niedziela, 4 października 2015

Rozdział osiemnasty

„ – Mamusiu droga, mak już wybrany! – zawołała: – Pójdę na bal, pójdę!
– Co? Ty na bal? A kto by cię tam wpuścił? – zadrwiły z niej siostry.
– Za mało widocznie wsypałam ci popiołu i maku – rzekła macocha – bo inaczej całą noc siedzieć byś musiała. My wyjeżdżamy, a, jeżeli za powrotem nie zastanę wybranego tego oto maku, to mi się nie pokazuj na oczy!”
Jules

Kark bolał mnie niemiłosiernie od pochylania głowy, a oczy piekły od chroniącej włosy odżywki. Przycisnęłam ręcznik do twarzy, gdy kolejna porcja wody spłynęła po moich czarnych jak smoła kosmykach.
– Wystarczy – oznajmiła Kayla.
Z ulgą wstałam, wycierając twarz.
Dziewczyna rzuciła mi drugi ręcznik, żebym wytarła włosy i zaczęła szukać suszarki. Potarłam nim czuprynę i zerknęłam w lustro. Ciemne, mokre kosmyki okalały moją twarz. Usiadłam na stołeczku i pozwoliłam, żeby Kayla wysuszyła mi głowę i dopiero wtedy mogłam zauważyć różnicę. Z czarnymi włosami wyglądałam starzej i bardziej egzotycznie. Opalona cera dobrze z nimi komponowała, a jasne oczy dawały ciekawy efekt.
– Do twarzy ci w nich – stwierdziła dziewczyna z lekkim uśmiechem.
– Dobrze, że się zmyją – rzuciłam bawiąc się długim, prostym kosmykiem. Farba była nietrwała, więc po kilkakrotnym myciu, miałam wrócić do swojego dawnego koloru. Mimo że kolor mi się nawet podobał, nie chciałam trwałym farbowaniem zniszczyć włosów na całej długości jak to się stało, gdy rok temu były turkusowe.
Kayla zerknęła na zegarek w telefonie i zobaczyła, że nie mamy wiele czasu. Bal zaczynał się za trzy godziny, z czego część trzeba będzie przeznaczyć na dojazd do zamku.
– Musisz najpierw się ubrać, żeby nie zniszczyć ci potem fryzury – oświadczyła. – Gdzie masz suknię?
Wskazałam na wieszak wiszący w pokoju jej i Dany. Wisiała na nim czarna kreacja sięgająca ziemi, posiadająca długie, przylegające rękawy oraz wycięcie na plecach z paskami materiału krzyżującymi się prostopadle po ukosie. Wybrałam także moją najlepszą, czarną, koronkową bieliznę. Do tego miałam przygotowane czarne szpilki na platformie.
Włożyłam suknię i poczekałam aż Kayla pomoże mi z zamkiem, po czym usiadłam na krześle i pozwoliłam, żeby zajęła się moją fryzurą. Nie posiadałyśmy lokówki, więc musiała zakręcić moje włosy przy użyciu prostownicy. Następnie zrobiła mi makijaż. Użyła cieni o barwie brązowego różu oraz narysowała kreski czarną kredką. Dokleiła mi sztuczne rzęsy i pomalowała usta na ciemnoczerwono, po czym założyła na szyję perłowy naszyjnik i pasujące kolczyki. Na koniec założyła mi czarną, koronkową maskę i zawiązała ją z tyłu.
Zerknęłam w lustro i wstrzymałam oddech.            Przywodziłam na myśl jakąś piękną, mroczną damę. W moim spojrzeniu także kryło się coś intrygującego. Zastanawiałam się czy to zasługa makijażu czy to, że dobrze umiałam wczuć się w rolę. Uśmiechnęłam się kusząco do odbicia i zakręciłam loka wokół palca, a potem zdjęłam maskę i uznałam, że założę ją znowu dopiero przed wyjściem z samochodu.
– Wyglądasz świetnie – stwierdziła Kayla.
– Przecież widzę – odparłam patrząc na siebie zauroczona i wstałam.
Pomyślałam, że  z takim wyglądem bez problemu uwiodłabym każdego osobnika płci męskiej w tym domu. No może z wyjątkiem młodszego brata Josha.
Przed oczami stanęła mi od razu ostatnia noc w jego towarzystwie. Był dla mnie taki czuły, delikatny i staranny. Rzeczywiście myślał w większej mierze o mnie i byłam mu za to wdzięczna. Odbierałam to jako przyjacielski gest i nie zamierzałam pozwolić, żeby wyszło z tego coś więcej. Zresztą Josh chyba również.
Zeszłam na dół, gdzie czekał już na mnie Alex oraz Josh. Ten pierwszy nadal nie pozwolił sobie rozmawiać ze mną tak jak dawniej. W końcu zostałam okłamana przez nich wszystkich. Miło było popatrzeć na ich wstyd.
Chłopcy popatrzyli na mnie i zamarli. W oczach Szkota pojawił się błysk, a na ustach uśmiech.
– Pięknie wyglądasz – pochwalił mnie.
– Dziękuję – odparłam bawiąc się wciąż jednym lokiem.
– I ładnie ci… w takich włosach – dodał Alex.
Skinęłam głową.
– Zaproszenie. – Odchrząknął i podał mi je.
Zerknęłam na nie. Było na niej nieznane mi nazwisko: Stephanie Harver. Popatrzyłam na chłopaka pytająco.
– Miało być adresowane do Kayli – zauważyłam.
– Przyszło z takim nazwiskiem. – Wzruszył ramionami. – Rowan… wpadł na to, że lepiej nie podawać nazwiska poszukiwanej księżniczki wampirów.
Czerwień zalała mi policzki. Rzeczywiście, to nie był najlepszy pomysł. Po prostu podsunęłam, żeby napisać zaproszenie dla niej, przekonując się, że już nigdy więcej tam nie przyjdę. Jak widać, musiałam wracać do Rowana jak frisbee.
– W porządku – odparłam. – Stephanie Harver – przeczytałam znów.
– Pamiętaj, żeby nie zwracać na siebie uwagi i… uważaj na siebie – poprosił Alex.
Popatrzyłam na niego.
– Dam sobie radę – zapewniłam.
Zrobił krok do przodu i przytulił mnie. Zamrugałam, a mój wzrok ponad jego ramieniem był zaskoczony. Nie spodziewałam się po nim takiego gestu.
Na dół zeszła również Dany, Kayla oraz Colt. Ten ostatni wyrwał mnie Alexowi i objął mnie dziesięć razy mocniej.
– Dasz radę, pysiu – wyszeptał w moje włosy. – Jak tylko spotkam Rowana, nagadam mu – obiecał.
Skinęłam główką i spojrzałam na niego z dołu.
– Jeśli go spotkam, mam mu przekazać, że mu spuścisz łomot? – spytałam cichutko.
– Owszem – potwierdził. – Chociaż wierzę, że tak silna dziewczyna jak ty, sama dałaby radę.
Roześmiałam się i odsunęłam, wpadając w ramiona Kayli.
– Wiem, że chciałaś mnie zabić, żeby mi pomóc – zaczęła ze śmiechem. – I chyba jestem ci za to wdzięczna – szepnęła. – Życzę ci powodzenia. Dziękuję, że tak dla mnie ryzykujesz…
– Coś tu się za słodko zrobiło – usłyszałam kpiący głos siostry, więc odwróciłam się w jej stronę. – Nie wypadałoby, żebym nic nie powiedziała – uznała.
Podeszłam do niej bliżej.
– Nie musisz, siostrzyczko – zapewniłam.
Przełknęła ślinę, a potem uśmiechnęła się kpiąco.
– Mam nadzieję, że wrócisz. – Wywróciła oczami.
– Ooo, to słodkie – zakpiłam. – Dzięki za troskę.
Poczułam jakieś dziwne ciepło. Mimo, że grupka tych osób ciągle karmiła mnie kłamstwami, zastanowiłam się, czy nadal nie mogę ich nazwać przyjaciółmi. W końcu z tylu już opresji mnie wyciągnęli. Miałam też cichą nadzieję, że nie powiedzieli mi prawdy o Rowanie, żeby uchronić mnie od przykrości, a nie dla własnych korzyści.
– Żegnacie mnie jakbym nie miała wrócić – powiedziałam patrząc na nich podejrzliwym wzrokiem. – O czymś znowu nie wiem? – Doszukiwałam się w ich oczach odpowiedzi na to pytanie.
– Nie – odparł Alex. – Po prostu pomyśleliśmy, że brakuje ci czułości.
Mieli rację, ale ja tylko wzruszyłam ramionami.
– Może już chodźmy – rzuciłam do Josha. – Chcę to już mieć za sobą.
– Wrócimy za parę godzin – oznajmił i ruszył do wyjścia, a ja poszłam za nim uważając, żeby się nie potknąć. Chociaż miałam wyćwiczone chodzenie na wysokich obcasach, to na platformach szło mi troszkę gorzej.
Chłodne, wieczorne powietrze uderzyło mnie w twarz. Nadal nie mogłam się przyzwyczaić do takiej różnicy temperaturowej pomiędzy Szkocją, a moją gorącą Karoliną Południową. Parę razy byłam w Anglii, ale nawet wtedy nie było tak zimno.
Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy tą drogą co ostatnio. Słońce zaczęło już zachodzić, będąc ostatnim jasnym punktem na horyzoncie. Musiałam przyznać, że Szkocja jest piękna. Wszystkie wzgórza i doliny były zachwycające. Mogłabym tu mieszkać, gdyby nie temperatura. Potrzebowałam gorąca.
– Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie – przyznał.
– Farba, trochę tapety i prostownica. – Machnęłam ręką.
– Co? Nie, nie mówię o twoim dzisiejszym wyglądzie. – Zaśmiał się. – Chodzi mi o to, że wczoraj tyle mi powiedziałaś. Musiało ci być trudno.
Pokiwałam głową.
– Dziękuję ci – szepnęłam. – Za to, że byłeś taki czuły i… dobrze się przy tobie czułam – dodałam.
– Nie ma za co – odparł. – Trochę głupio, że znów wysłali cię na misję. W końcu możesz tam spotkać swojego kochanka…
– Nie pozna mnie. Po to się przefarbowałam. Nie wierzę w brednie, że mógłby rozpoznać mnie po oczach.
– Skoro tak mówisz…
– Tak mówię – potwierdziłam.
Resztę drogi spędziliśmy w milczeniu. Naprawdę nie znałam zbyt wielu tematów do rozmowy z kimś, komu powiedziałam wszystko co leżało mi na sercu od paru tygodni.
Gdy dotarliśmy na miejsce, założyłam maskę, ale nie od razu wysiadłam. Wzięłam głęboki oddech. Pojawiło się jeszcze parę aut, ale podejrzewałam, że te wszystkie zaproszone szychy używają bardziej dyskretnych środków transportu. Przy wejściu nie zauważyłam nikogo oprócz strażników. Zerknęłam na godzinę. Byłam troszeczkę spóźniona. Było jednak jeszcze coś ważnego.
– Nie mam pojęcia jak mam udawać nie-siebie – wyznałam nagle. Dostałam nową tożsamość i kolor włosów, ale nie byłam pewna czy poradzę sobie z innym zachowaniem. Co miałam robić? Coś o czym nawet bym nie pomyślała? Bałam się, że zepsuję sprawę. Nie byłam najlepszą aktorką czy znawczynią ludzkich zachowań. Rzadko przysłuchiwałam się czyimś rozmowom i wyciągałam z nich wniosek.
– To proste. Pomyśl co zrobiłaby na twoim miejscu twoja ulubiona postać literacka albo…
– Rzadko czytuję książki – przyznałam.
– To postać filmowa.
Wywróciłam oczami.
– Zmieniłam zdanie, poradzę sobie sama – rzuciłam odpinając pasy i wysiadając z samochodu.
Skinął głową i odsunął szybę.
– Jules?
– Hm?
– Wyglądasz jak Miss Świata.
Uśmiechnęłam się do niego ostatni raz szczerząc zęby, a następnie odwróciłam na pięcie i ostrożnie poszłam w stronę zamku. Stanęłam przed strażnikiem, dzierżąc w dłoni zaproszenie.
Było już prawie ciemno, zwłaszcza, że na takim pustkowiu trudno było o latarnie. Współczułam Joshowi, który po ciemku będzie musiał jechać do Aviemore, gdy już wrócę z tym, czego chciałam.
Podałam zaproszenie strażnikowi. Przyjrzał się mu, następnie mnie, po czym machnął dłonią na znak zgody, że mogę wejść. Udałam się przez pięknie ozdobiony, znany mi już korytarz, tym razem nie kierując się do sali tronowej. Freski nie były tak zachwycające jak w niej, ale również musiałam pochwalić talent artysty. Rząd żyrandoli oświetlał pomieszczenie, nadając mu baśniowego klimatu. Poczułam się niemal jak Kopciuszek.
Na korytarzu zebrało się parę grupek gości. Wszyscy wyglądali zachwycająco. Nie mogłam ustalić ich dokładnego wieku ze względu na maski, ale nie widziałam nikogo starego. Mogło to się stać z przyczyny, że wampiry oraz niektórzy czarownicy byli nieśmiertelni.
            Kobiety miały naprawdę eleganckie suknie i przeozdobne maski. Moja kreacja wypadała przy nich wręcz skromnie. Mężczyźni natomiast nosili garnitury albo mundury, które w połączeniu z maskami wyglądały naprawdę sexy.
W końcu weszłam na salę balową tak piękną, że ta w Wersalu przypominała salę gimnastyczną w moim liceum. Ściany były zdobione złoceniami, kolejnymi freskami i dekoracjami. Nad głowami gości znajdował się ogromny żyrandol. W rogach pomieszczenia ujrzałam rzeźby nieznanego mi kultu. Parkiet był tak idealnie wypolerowany, że mogłam się w nim przejrzeć. Dostrzegłam również orkiestrę, podłużny szwedzki stół i wiele miejsc siedzących.
Usłyszałam nuty do jakieś starego tańca i ujrzałam setki dołączających do niego gości. Trochę głupio było mi tak stać samej, widząc, że prawie każda kobieta miała partnera. Zaraz natomiast zdałam sobie sprawę z tego, że nie przyszłam się tu bawić. Musiałam znaleźć kogoś, kto mógłby udzielić mi informacji na temat Darrena.
I wtedy zorientowałam się, że sama nie zdziałam nic. Zapewne nie poznałabym żadnego z tych ludzi nawet, jeśli nie nosiliby masek. Alex nie udzielił mi żadnych wskazówek, bojąc się chociażby do mnie odezwać. Nawet Kayla nie podała mi ani jednej informacji. Może sami również nic nie wiedzieli i liczyli, że znów zwrócę się o pomoc do Rowana.
Nie było nawet mowy. Nie miałam zamiaru zamienić z nim dzisiejszej nocy ani słowa.
Chcąc nie wyglądać podejrzanie, jak jakaś zagubiona sierotka, podeszłam do szwedzkiego stołu. Byłam zestresowana, więc nie miałam ochoty nic jeść. Natomiast łyk wody by mi nie zaszkodził. Nalałam jej sobie do kieliszka i mało elegancko wypiłam całość za jednym razem. W okolicy stołu stało jeszcze trochę osób.
Zerknęłam w lustro z pięknie zdobioną ramą, które znajdowało się na wprost mnie. Zauważyłam, że jeden z loków nieładnie zahaczył o maskę tuż przy skroni, więc zdjęłam ją i spróbowałam poprawić. Nie dałam rady zawiązać jej teraz z tyłu na kokardkę, nie widząc co robię, więc mocowałam się z nią przez kilka chwil zirytowana, dopóki ktoś nie dotknął mojego ramienia. Przestraszona upuściłam maskę i odwróciłam się.
Dostrzegłam opalonego mężczyznę o brązowych oczach patrzących na mnie zza maski. Miał kędzierzawe brązowe włosy i szelmowski uśmiech.
– Jules? – spytał.
Przymrużyłam oczy chcąc sobie przypomnieć skąd go znam.
– To ja. – Zdjął maskę. – Juan.
Rzeczywiście był to młody mężczyzna, który parę tygodni temu pilnował mnie w poczekaniu na przesłuchanie. Powiedział mi wtedy, że umrę w upokarzający sposób by pokazać niższość mojego gatunku, a w wszystko to działo się od czasu Drugiej Kryształowej Nocy. Musiał się dowiedzieć, że uciekłam.
Obok niego zauważyłam prawdopodobnie jego towarzyszkę, młodą kobietę o ciemnych lokach i również opalonej karnacji. Była ode mnie wyższa, nosiła bordową suknię i czarną maskę. W dłoni trzymała do połowy opróżniony kielich wina.
– Może zostawię was na chwilę, żebyście mogli porozmawiać – zaproponowała, po czym powoli się oddaliła.
– Juan. – Uśmiechnęłam się lekko. Dobrze było widzieć znajomą twarz, chociaż nie miałam pewności czy mogę mu ufać.
– Farbowałaś włosy – spostrzegł. Mówił z hiszpańskim akcentem, tak jak zapamiętałem.
Skinęłam głową, rozglądając się czy przypadkiem ktoś mnie nie rozpoznał.
– Pomożesz mi założyć maskę? – zapytałam podając mu ją, a następnie się odwróciłam.
Zawiązał mi wstążkę na kokardkę.
– Co cię tutaj sprowadza? – spytał zaciekawiony.
– No bo ja… – urwałam zastanawiając się czy mogę mu zaufać. W końcu nie pomógł mi, a raczej sprowadził na ziemię, gdy mogłam być pochłonięta paniką. Czasy się zmieniły, ale nikt nie powinien wiedzieć o mojej prawdziwej tożsamości. Wątpiłam czy Rowan chciałby dokończyć dzieła Aenasa. On był mądrzejszy, może równie okrutny, ale zdecydowanie posiadał większy iloraz inteligencji.
– Tak?
Odwróciłam się do niego. Skoro podlegał rozkazom mojego byłego kochanka, nie mógł powiedzieć Rowanowi nic czego jeszcze nie wiedział.
– Poszukuję Darrena Risley’a – oświadczyłam.
Zamrugał. Przyzwyczaiłam się już do takiej reakcji na to nazwisko. Mi nic nie mówiło, więc wypowiadałam je obojętnie.
– Szczerze wątpię, żeby się tu dzisiaj pojawił – powiedział po chwili z przepraszającym uśmiechem. – Chyba nie jest zaproszony.
Wiedziałam to. Mój kochanek przecież by mi powiedział gdyby było inaczej. Zresztą pamiętałam jego minę, gdy po zakopaniu ciała Setha jeszcze w Karolinie Południowej wspomniał kto mógłby go wskrzesić. Zdawał się niechętnie darzyć Darrena szacunkiem, ale to za mało żeby zostać zaszczyconym zaproszeniem.
– A orientujesz się mniej więcej kto mógłby go znać? – spytałam beztrosko.
Roześmiał się.
– To ważne – powiedziałam przybierając znów poważny wyraz twarzy.
Rozejrzał się po Sali uważnie i zatrzymał wzrok na grupce ludzi stojącej niedaleko nas.
– Widzisz tę blondynkę? – spytał.
Przyjrzałam się jej uważnie. Miała na sobie przepiękną czerwoną suknię z koronką i wieloma innymi zdobieniami. Blond fale spływały na jej odkryte, lekko blade ramiona. Nie widziałam jej twarzy, ale fakt, że była otoczona tuzinem mężczyzn utwierdzał mnie w przekonaniu, że miałam do czynienia z pięknością. W pewnym momencie dotknęła palcami dłoni bruneta stojącego tuż obok. Miał lekko opaloną skórę i dość długi nos, który dał się zauważyć nawet pod maską.
– Kto to? – zapytałam w końcu Juana.
– To Anastazja – powiedział. – Wampirzyca. Stara jak świat.
– Nie widać – przyznałam.
– Oczywiście, że nie. Jest bardzo piękna. Słowianki z natury są – zaśmiał się cicho.
– A ten, którego trzyma za rękę?
– Walery. Od biedy też mógłby ci coś powiedzieć.
– Są parą? – zainteresowałam się. Wyglądali razem naprawdę ładnie.
Popatrzył na mnie z rozbawieniem.
– Tak. I to nawet dość długo.
– Ile?
Wzruszył ramionami.
– Poznali się podczas Drugiej Wojny Światowej.
Spojrzałam na nich jeszcze raz. Anastazja prezentowała się niezwykle elegancko, Walery dostojnie. Uznałam, że skoro będę miała okazję porozmawiać choć z jednym z nich, powinnam więcej dowiedzieć się o tej parze, żeby nie dać plamy. W końcu od tej rozmowy wiele zależało.
– A on ile ma lat? – drążyłam.
– Nie tak dużo. Niecałe sto.
– Nie tak dużo? – powtórzyłam unosząc brwi.
Orkiestra skończyła stroić instrumenty i wzięła się za kolejny utwór. Skojarzyłam go z jakimś tańcem, ale do końca nie wiedziałam jakim.
– Chodź. – Juan podał mi dłoń i zaprowadził na parkiet. – Uważaj, żeby się nie zgubić – dodał. – To taniec ze zmianą partnerów. – Zakręcił mną.
– Powiedz mi więcej o Anastazji i Walerym.
– Nie zdążę – odparł. – Tylko pamiętaj, że nie możesz żartować tak jak ja.
– Domyśliłam się. Powiedz mi chociaż jak mam z nimi rozmawiać.
– Po angielsku – odparł.
Wywróciłam oczami i wtedy nastąpiła zmiana partnera. Trafiłam na średniego wzrostu szatyna z czerwoną maską. Zakręcił mną o wiele mniej delikatnie od Juana. Popatrzyłam tęsknie w jego kierunku, był jedną z niewielu osób, które tu znałam, a także kimś, kto mógł przekazać mi ważne informacje. Natomiast i tak coś już wiedziałam, więc nie było źle. Całe szczęście, że spotkałam starego znajomego, bo inaczej pewnie musiałabym zwrócić się o pomoc do Rowana.
Nastąpiła kolejna zmiana partnera.


_____

Hej! Dawno mnie nie było i bardzo za to przepraszam. Po prostu nie wiedziałam jak się zabrać do pisania. Ale coś już tam naskrobałam. Rozdział miał być o wiele dłuższy i akcji też miało być więcej, ale postanowiłam, że rozłożę go na dwie, może trzy części. Nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy. Podejrzewam, że za miesiąc. :)