środa, 29 lipca 2015

Rozdział siedemnasty

„Przez wszystkie wieczory księżniczka pozwalała się pieścić.
Ale ten, co ją pieścił, zaspokajał jedynie swój własny głód.
Jej tęsknota była płochliwą mimozą, wielkooką bajką wobec rzeczywistości.
Nowe pieszczoty napełniały jej serce gorzką słodyczą,
jej ciało – lodem, lecz jej serce pragnęło wciąż więcej.
Księżniczka poznawała ciała, szukała jednak serca;
nie widziała nigdy innego serca niż własne.”
~ Edith Södergran
Jules
           
            Z każdym krokiem robionym w stronę auta Josha, mój uśmiech był coraz mniej wesoły. Właściwie to nie miałam się z czego śmiać. Przyjaciele zrobili chyba najbardziej paskudną rzecz jaką mogli, mój kochanek tym bardziej nie był miły, a z tego wszystkiego zaczął mnie jeszcze boleć brzuch. Gdy dotarłam do samochodu, otworzyłam drzwi i bez słowa usiadłam na miejscu pasażera.
            – Och, już jesteś – zauważył Josh przyciszając muzykę z radia.
            – Jedźmy stąd – poprosiłam.
            – Poczekaj, jak było na rozmowie… – zaczął.
            – Mam zaproszenie – przyznałam. – Proszę, jedźmy.
            Zamrugał.
            – Wszystko w porządku? – spytał marszcząc brwi.
            Uśmiechnęłam się przekonująco.
            – Oczywiście – odparłam spokojnie.
            Patrzył na mnie jeszcze chwile tymi piwnymi oczami, po czym wzruszył ramionami i odpalił silnik.
            – Musimy wracać do domu? – spytałam nagle.
            Wyjechaliśmy na drogę i z dużą prędkością odjechaliśmy. Odwróciłam się i popatrzyłam na oddalający się zamek.
            – A nie chcesz? – Nie patrzył na mnie zajęty prowadzeniem.
            – Parę dni już nie opuszczam domu – wyjaśniłam smutnym tonem. – Poszlibyśmy coś zjeść albo…
            –  W porządku. Pięćdziesiąt kilometrów i jesteśmy w takiej małej nadmorskiej miejscowości. Zjemy tam co tylko będziesz chciała. – Uśmiechnął się, a ja to sztucznie odwzajemniłam.
            Jechaliśmy jeszcze około pół godziny przez piękne, zielone doliny otaczające nas ze wszystkich stron oprócz północy. Tam dostrzegłam już szarą wodę ani trochę nie kontrastującą z barwą nieba. Miasto, które odwiedziliśmy było tylko trochę większe od naszego tymczasowego miejsca zamieszkania. Raczej nie zaobserwowałam tutaj zjawiska wysokich budynków. Zaparkowaliśmy niedaleko brzegu i ruszyliśmy przez wybrukowaną strefę pełną restauracji tuż przy plaży.
            – To dziwne, że tyle tu tego – oznajmiłam. – Chyba nie macie tu dużo turystów, co?
            Wzruszył ramionami idąc do pierwszej lepszej pizzerii. Zajęliśmy miejsca na zewnątrz, pod parasolami. Kelnerka z jasnymi włosami i brwiami wręczyła nam menu.
            – Wegetariańska – powiedziałam od razu.
            Josh zamrugał.
            – Chyba tego nie ustaliliśmy – zaśmiał się.
            Ręka kelnerki trzymająca długopis zastygła czekając aż to sobie wyjaśnimy i będzie mogła zanotować zamówienie.
            – Nie jem mięsa – wyjaśniłam.
            Westchnął ciężko.
            – Niech będzie – rzucił do kobiety. – Dla mnie woda do picia. A ty Jules, co chcesz? Piwo?
            – Nie piję alkoholu – dodałam.
            Uniósł brwi.
            – Następnym razem ty będziesz zamawiać – oznajmił. – Co więc chcesz do picia?
            – Wodę – odparłam.
            Kelnerka skinęła głową i zniknęła w środku budynku. Mój wzrok zatrzymał się na szarych falach morza. Wiatr trochę rozczochrał mi fryzurę. Czekaliśmy na zamówienie w milczeniu. Po piętnastu minutach kobieta wróciła z pachnącą pizzą, dwoma butelkami wody oraz dwoma szklankami. Postawiła je przed nami i podeszła do innego stolika, gdzie przysiadło się dwóch mężczyzn. 
            Josh wziął kawałek pizzy do rąk.
– Wiesz jak żałuję, że nie ma tu kurczaka?
            Zaśmiałam się lekko. Swobodna pogawędka pozwalała mi chociaż na chwilę oderwać się od smutnych rozmyślań. Odruchowo wyjęłam telefon i spojrzałam na ekran jakbym oczekiwała jakichś wiadomości. Poczułam uścisk w żołądku i moja druga dłoń zatrzymała się w drodze po kawałek pizzy.
            – Ale i tak jest dobra – dodał chłopak. – Powiesz mi dlaczego nie jesz mięsa? – spytał zaciekawiony.
            – Och. – Przeniosłam wzrok z ekranu na niego. – Religia mi nie pozwala – mruknęłam, odblokowując komórkę.
            – A nie pijesz alkoholu, bo…?
            Westchnęłam biorąc w końcu do ręki upatrzony kawałek.
            – Trochę też. Ale nie lubię – wyjaśniłam. – Poza tym picie wspomaga wzrost cholesterolu i tak dalej. – Wzruszyłam ramionami, przeglądając listę kontaktów.
            Uśmiechnął się rozbawiony.
            – Wyglądasz na pijący typ – stwierdził.
            – Proszę? – Zmarszczyłam czoło znów przerzucając na niego spojrzenie.
            – Och, wybacz. To nie miało na celu urażenia cię. – Wziął do ręki kolejny kawałek.
            – Przez ten cały czas miałeś mnie za pijaczkę? – Uniosłam brwi.
            Wiatr nieco się wzmógł, a fale coraz mocniej uderzały o brzeg. Przygotowałam się na deszcz, bo w końcu znajdowaliśmy się w Wielkiej Brytanii. Zobaczyłam też, że dwójka mężczyzn siedzących parę stolików dalej, rzuca mi ukradkowe spojrzenia. Zignorowałam to, bo najzwyczajniej mogłam się im podobać. Może nie dla wszystkich wyglądałam jak pijaczka.
            – Co jeszcze pomyślałeś? – spytałam popijając wodę.
            – Naprawdę chcesz wiedzieć? – Uniósł brwi w lekko kpiącym uśmieszku.
            – Nie wierzę, że byłbyś w stanie obrazić mnie bardziej. – Uniosłam wysoko podbródek, ale nie potrafiłam ukryć rozbawienia.
            Przechylił głowę, patrząc na mnie piwnymi oczkami.
            – Wyzwanie zaakceptowane – odparł. – Gdy po raz pierwszy cię zobaczyłem, uznałem, że wszystko co miałaś na sobie w sumie kosztowało dwa funty… – urwał na co ja machnęłam tylko dłonią.
            – Kontynuuj – poprosiłam.
            – Wyglądałaś jakbyś spędziła parę lat w kanałach ze strzykawką podpiętą do żyły dwadzieścia cztery godziny na dobę. Miałem ochotę rzucić ci parę groszy  na jedzenie, ale bałem się, że przetracisz na heroinę. Byłaś typem dziewczyny, która budziła we mnie współczucie i odrazę jednocześnie. Ale mimo to… było w tobie coś pięknego.
            Zamrugałam.
            – Więc chyba nie widziałeś mnie pierwszy raz w życiu parę dni temu.
            – Masz rację. To było… w zamku. Pomogliście uciec wielu Wyklętym. Nie zaliczam się do nich do końca, ale wiesz. Byłaś gwiazdą wieczoru – zakpił.
            Zarumieniłam się. Rzeczy, które wydarzyły się parę tygodni temu wydawały mi się teraz bardzo odległe. Nie wracały w koszmarach. Po prostu starałam się o tym zapomnieć i nawet dobrze mi szło. Zabiłam wiele osób i nie wiem czy powinnam czuć ulgę czy niepokój, że nie zadręcza mnie ogromne poczucie winy. Tak to jest, gdy jest się w części demonem, a Josh musiał coś o tym wiedzieć.
            – I co? Miałeś wielką ochotę wytłumaczyć mi czym jest woda i mydło? – Odgarnęłam włosy za plecy. – Powiem ci, że wtedy po prostu nie miałam do nich zbytniego dostępu. Dlatego wyglądałam jakbym… no wiesz, była brudną ćpunką z ulicy. – Przełknęłam ślinę.
            Teraz gdy już wiedziałam jak szybko pozbyłam się uzależnienia, nie wiedziałam czy mam być wdzięczna czy zła, że Rowan podjął tą decyzję za mnie. W końcu czułam się dobrze nie musząc spać, odpoczywać. Odkąd wplątałam się w to całe zamieszanie, jadłam może dwa marniutkie posiłki dziennie. Schudłam z osiem kilo, a podczas okresu ćpania, nie ruszyłam praktycznie nic. Wyglądałam niezdrowo i do teraz nie udało mi się wrócić do dawnej świetności.
            – Ty też nie lubisz ćpunów? – spytałam w końcu cicho.
            Wzruszył ramionami.
            – Co masz na myśli mówiąc „też”? – Zamrugał.
            – Mój… były – przełknęłam ślinę – też ich nie lubił.
            – A ćpałaś? – Uniósł brwi, ale nadal najwyraźniej nie musiał pokazywać zaskoczenia.
            Popatrzyłam mu w oczy.
            – Jeśli obcy proponuje ci narkotyki, podziękuj, ponieważ narkotyki są drogie.
            Patrzył się na mnie jeszcze chwilę ze zmarszczonymi brwiami.
            – Ćpałaś – stwierdził. – Ale… ile ty masz lat?
            – Szesnaście – przyznałam.
            – Dobra, zdarzały się gorsze przypadki – powiedział w końcu. – A więc z czym miałaś problem?
            – Z metamfetaminą – odparłam. Nie wspominałam o marihuanie, z którą wcale problemu nie miałam.
            Skinął głową, jedząc ostatni kawałek.
            – Byłaś na odwyku?
            – Tak – skłamałam.
            Patrzył na mnie jeszcze chwilę, po czym przełknął ślinę.
            – Nie musimy o tym rozmawiać – zapewnił. – Chcesz już wracać?
            Nie wiedziałam czy jestem gotowa wrócić do tego domu, pełnego fałszywych przyjaciół i nie moich problemów. Wiedziałam natomiast, że im szybciej załatwię wszystko, tym szybciej wrócę do Stanów. Mieliśmy przecież z Curtisem zaplanowany wyjazd do dziadków w Austrii, a wakacje zaczynały się za jakiś tydzień.
            Pokiwałam głową. Josh zawołał kelnerkę i poprosił o rachunek. Zapłaciliśmy i zabraliśmy ze sobą piwo. Odnaleźliśmy nasze auto i znów wyruszyliśmy w drogę. Jak się spodziewałam, zaraz spadł deszcz. Na początku kropiło, ale potem lało jak z cebra. Spowalniało to trochę nasz powrót, ale w końcu wróciliśmy. Bez słowa opuściłam samochód i weszłam do domu. Nie zamierzałam robić wielkiego wejścia, obrzucać ich obelgami czy cokolwiek. Chciałam mieć już na dzisiaj spokój.
            W jadalni zobaczyłam wszystkich. Colta, Dany, Kaylę i Alexa. Wszyscy oprócz siostry mieli skruszone miny. Ona wyglądała na bardzo zaciekawioną.
            – Hej. – Uśmiechnęłam się do nich szeroko bez grama ironii.
            – Sałatki? – spytała Danielle unosząc do góry miskę. – Usiądziesz z nami przy stole i wszystko nam opowiesz.
            Pokręciłam głową z przepraszającym uśmiechem.
            – Po długiej podróży zwykle robi mi się niedobrze. – Wsunęłam dwa palce do ust jakbym chciała wywołać wymioty i po chwili je wyjęłam, zginając jeden i zostawiając środkowy.
            Zamrugali, a ja odwróciłam się i wyszłam na piętro, żeby się przebrać. Odrobinę zmokłam przez deszcz. Gdy wychodziłam na piętro, usłyszałam za sobą kroki. Weszłam do mojego pokoju i rozebrałam się do bielizny. Za mną wszedł Colt.
            – Pysiu… pogadamy? – spytał.
            – Nazywasz tak wszystkie dziewczyny Rowana, tak? – Odwróciłam się do niego.
            Odwrócił wzrok.
            – Więc może powinieneś tak nazwać jej wysokość, Fanellę Stark – rzuciłam ze spokojem, wybierając luźną koszulkę z logo Iron Maiden i bordowe legginsy z prototypowego aksamitu.
            Westchnął.
            – Powinienem ci powiedzieć – stwierdził.
            Uśmiechnęłam się miło, ale moje spojrzenie musiało wyrażać dogłębny smutek.
            – Naprawdę, nie musiałeś. – Położyłam się na łóżku i wtuliłam w poduszkę. Nie mógł już widzieć, że uśmiech zniknął z mojej twarzy.
            Usiadł obok mnie i położył mi dłoń na plecach.
            – Kazał mi ci nie mówić – szepnął. – Wtedy na imprezie, gdy poprosił mnie na stronę. Widziałem cię wtedy po raz pierwszy w życiu, a Rowana znam chyba od kilkunastu lat – przyznał. – Zrobiło mi się ciebie żal, bo wiem, że on jest dość… trudny, a nie zawsze taki był.
            – To jaki był? – spytałam, odwracając się niepewnie w jego stronę. Miałam bezbronną minkę i patrzyłam na niego wielkimi oczami.
            Przełknął ślinę, jakby mój wzrok był trudny do wytrzymania. Pogłaskał mnie niepewnie po ręce.
            – Mam ochotę mu wpierdolić, kiedy widzę co przez niego przeżywasz – przyznał.
            Zadrżała mi warga.
            – Powiedz mi coś o nim, proszę – wyszeptałam. – Ja już nie wiem o nim niczego.
            – A co… chciałabyś o nim wiedzieć? – Przełknął ślinę.
            Po moich policzkach spłynęły łzy. Podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam mu w oczy.
            – Ja nawet nie wiem ile on ma lat – wyszeptałam. – Gdzie chodził do szkoły, co będzie studiował czy studiuje… A nie, czekaj. On nie musi tego robić, bo jest wykształcony na tyle, że został królem elekcyjnym. – Westchnęłam cicho, ocierając łzy.
            – Nie płacz – poprosił i objął mnie mocno.
            – To nic, że on mnie nie kocha. – Pociągnęłam nosem. – Chcę tylko… chcę tylko… – urwałam szlochając.
            Pogłaskał mnie uspokajająco po włosach. Rzeczywiście wiedział, jak sobie radzić z płaczącą dziewczyną.
            – Nie musi mu zależeć – dodałam ciszej. – Najważniejsze, że jest szczęśliwy. Ma żonę, będą mieli dzieci, księcia i księżniczkę… – Zadrżał mi podbródek.
            Moje myśli natomiast krążyły wokół pytania: dlaczego ja tak przez niego cierpię. Poniżył mnie. Decydował za mnie. Okłamał. Oszukał. Manipulował.
Całował mnie.
            Inaczej wyobrażałam sobie nasz pierwszy raz. Myślałam, że zaleje mnie fala emocji i padnę mu w ramiona, obejmę go najmocniej jak będę potrafiła. Odnajdę ustami jego usta, zerwę z niego ubranie, z siebie także, że bezwładnie opadnie na podłogę. Że będziemy się całować, przyciśniemy się do siebie każdym milimetrem skóry. Nie będę płakać. Rozpalimy się, a ja przez jedną chwilę będę mogła być ogniem.
            Tymczasem wszystko było takie… zimne. Bez żaru. Jak dawno wygasła świeca czy niedopałek zgnieciony w palcach.
            – Pysiu, on… – zaczął znów Colt – nie wiń go za wszystko.
            Wyrwałam się z zamyślenia i zerknęłam na niego żałośnie.
            – Wiem, że to twój przyjaciel. – Pociągnęłam nosem. – A mnie znasz parę dni i to logiczne, że stajesz po jego stronie.
            – Nie staję po jego stronie. Nie podoba mi się jak cię traktuje, ale… to nie do końca… – Przełknął ślinę.
            – Co masz na myśli? – Otarłam łzy z policzków.
            – On… – westchnął – nie potrafi się o ciebie zatroszczyć – wyjaśnił na wydechu. – Nie mogę powiedzieć, że nie wie, że robi źle, bo on to dobrze wie. Po prostu…
            Zamrugałam.
            – Tak?
            – Mógłbym ci próbować wmówić, że wymagasz od niego za wiele, a on po kilku tygodniach znajomości nie jest w stanie cię pokochać, ale to byłoby nie w porządku wobec ciebie… – Puścił mnie i wstał.
            – Co? – Popatrzyłam na niego zdezorientowana.
            Co dokładnie próbował mi przekazać? Wszystkiego tego raczej się domyślałam, ale starałam tego do siebie nie dopuszczać.
            – On wie, że robi źle – powtórzył. – I raczej… nie ma w związku z tym poczucia winy… skruchy czy czegoś. – Zacisnął usta. – On… – Wyglądał jakby chciał wypowiedzieć jedno zdanie, ale naprawdę nie potrafił się do tego zabrać.
            Przestałam płakać i zaczekałam aż to powie zapierając dech w piersiach.
            – On nie przystosuje się do normalnego związku – kontynuował.
            Skinęłam głową.
            – Czy to moja wina? – szepnęłam. – Co mogłam zrobić źle? Powiedziałam coś nie tak?
            Przecież tak naprawdę nic nie zrobiłam źle. Starałam się i okazywałam moje uczucie. Nawet jeśli było nie do końca przemyślane i toksyczne.
            – Nie, Jules. To w żadnym stopniu nie jest twoja wina. Dlaczego tak mówisz? – jęknął.
            Spuściłam wzrok.
            – To musi być moja wina – wyszeptałam.
            – Nie – powiedział stanowczo, na co ja zadrżałam jakby mnie uderzył. – Posłuchaj mnie uważnie, bo to ważne.
            Pokiwałam bezbronnie głową.
            – Rowan jest socjopatą – oznajmił na wydechu.
            – Czyli kim? – szepnęłam.
            – Po moich obserwacjach mogę ci tylko powiedzieć, że… jego oczy były kiedyś jak dwa magnesy. Teraz są puste.
            Zamrugałam zagubiona, więc podszedł do swojej walizki i wyjął z niej iPada, a następnie połączył się z Internetem i mi go wręczył.
            – Naprawdę powinnaś sama to przeczytać – szepnął. – Jakbyś chciała potem porozmawiać…
            – Zawołam cię – obiecałam, wpisując w wyszukiwarkę odpowiednią definicję.
            Usiadł jeszcze obok mnie i złapał mocno obie moje dłonie.
            – Jeśli teraz pomyślisz, że jest chory… Zaprzeczę, bo to bardziej kwestia tego iż jest nieufny i niezrozumiany… Ma pewien problem z wyrażaniem uczuć, więc można myśleć, że nie zasługuje na szczęście. Jest przez to bardzo samotny, naprawdę ma tylko mnie. – Przełknął ślinę. – Gdy będziesz czytała o tym kim jest, proszę pomyśl o tym. – Znów wstał, puszczając moje ręce.
            Wyszedł z poczuciem winy wypisanym na twarzy, a mi wczytała się odpowiednia strona. Przewertowałam wzrokiem parę linijek.
Socjopatów cechuje całkowity brak sumienia, poczucia winy czy współczucia. Na czyjąkolwiek krzywdę każdy z nich wzruszy tylko ramionami, co będzie jedyną oznaką jego emocji. Z brakiem uczuć wyższych wiąże się niezdolność do kochania i zawiązywania dłuższych znajomości, które nie opierają się na wyzysku i spełnianiu zachcianek. Dla socjopaty drugi człowiek jest jedynie obiektem do wykorzystania. Nie liczy się z uczuciami innych, szuka za to słabych stron i wad, których będzie mógł użyć potem do swoich celów, zazwyczaj destrukcyjnych dla drugiej osoby.
            Socjopata uwielbia manipulować innymi. Gdy jest uroczy i miły, oznacza to, że prawdopodobnie ma jakiś plan wobec drugiej osoby. Potrafi umiejętnie bajerować i mówić dokładnie co drugi człowiek chce usłyszeć. Pomimo że nie potrafi odczuwać wyższych emocji, to świetnie je naśladuje. Wie jakich zachowań spodziewają się inni w różnych sytuacjach i niczym kameleon dostosowuje swoją powierzchnię do ich oczekiwań. Nie brzydzi się kłamstwem i ściemnia nawet gdy zostanie przyłapany, nie wstydzi się swoich czynów, wliczając w to szkody i krzywdy, które sam wyrządził.
            Człowiek ten  ma zawyżone poczucie własnej wartości i skłonności narcystyczne. Uwielbia siebie za to, że potrafi tak zręcznie oszukiwać, omijać normy i przepisy. Czuje się przez to lepszy od naiwniaków, którzy dali mu się wykorzystać. Jakiekolwiek próby rozmowy z socjopatą na jego temat są bez sensu. Nie da sobie wytłumaczyć, że coś jest z nim nie tak. Praktycznie nie ma możliwości jego leczenia. Wszak nie można mu w żaden sposób wszczepić sumienia, skoro go nie posiada.
            Mój wzrok był wlepiony w ekran, a mój wyraz twarzy kamienny. Nie byłam pewna, ale chyba zbladłam. Definicja idealnie odzwierciedlała osobę, jaką był Rowan. Zadrżała mi warga, ale nie miałam już siły krzyczeć, płakać. Skuliłam się tylko na łóżku i przycisnęłam twarz do kocyka. Teraz kiedy wiedziałam kim jest,  niemniej chciałam go znów widzieć. Liczyłam, że może zadzwoni lub napisze, chociaż teraz się tego bałam, nawet mimo prób usprawiedliwienia go przez Colta. Okryłam się cała kołdrą jakbym chciała schować przed potworami spod łóżka. Nie miałam zamiaru iść się już dzisiaj kąpać. Nigdy nie brałam niczego na sen i nie sądziłam, że kiedyś mi się przyda. Nie przydało się i dzisiaj, bo zasnęłam dosyć szybko.
***
            Następne dni spędziłam na unikaniu reszty. Tylko raz Colt przyszedł ze mną porozmawiać. Zadał mi podstawowe pytania w stylu „jak się czuję”, a gdy zapewniłam go, że wszystko dobrze, bo i tak nie mam zamiaru się już z nim widywać, niechętnie dał mi spokój. Sama nie wiedziałam czego teraz naprawdę potrzebuję. Powinnam się cieszyć, bo z tego co mówił mi Internet, nie łatwo uwolnić się od takiego toksycznego związku. Jednak nadal czułam, że będę musiała powrócić do tej sprawy.
            Moje plany pokrzyżowała Kayla, która ubłagała mnie, żebym przyszła na bal w jej imieniu. Bała się, że ktoś od ojca może ją zgarnąć i nie powinna się tam pokazywać. Przeprosiła mnie za to, że nie wspomniała ani słowem o Rowanie, a ja jej wybaczyłam, bo wiedziałam, że naprawdę dużo rzeczy ostatnio zwaliło się na jej głowę. Byłam jej coś winna po tym, jak próbowałam ją zabić. Zgodziłam się iść na ten bal.
            Ostatnią osobą, która mnie odwiedziła, był Josh. Przyszedł do mnie w środę wieczorem, czyli dobę przed balem maskowym. Siedziałam wtedy z iPadem Colta, słuchając muzyki na słuchawkach. Żaluzje w pomieszczeniu zostały odsłonięte, wpuszczając do środka światło latarni stojącej przy chodniku. Okno miałam otworzone by wpuszczać rześkie powietrze, a lampa w pokoju była zgaszona.
            Kilkanaście minut przed jego wizytą, odważyłam się w końcu napisać do Rowana. Czułam potrzebę rozmowy z nim.
Ja: Hej.
            Odpisał dopiero parę minut później.
Rowan: Cześć, Jules. Coś się stało? :(
Ja:  Tak.
            Zawahałam się, po czym dopisałam jeszcze:
Ja: Ale nie chcę pisać. Wolałabym porozmawiać na żywo. Może moglibyśmy się gdzieś wybrać jutro przed południem czy coś? Klasycznie, kino i McDonald? :)
            Znów odpisał dopiero po jakimś czasie.
Rowan: Jutro? Jutro jest bal i raczej nie zdążę… Muszę być obecny przy przygotowaniach.
Ja: A po jutrze?
Rowan: Obawiam się, że nie. Wyjeżdżam do Londynu na serię ważnych spotkań i będę tam parę dni. Może potem…
Ja: Dobra, nie trzeba. Zrozumiałam aluzję.
Rowan: Jaką aluzję?
            Ale ja już nie odpisałam. Zrozumiałam, że bardzo nie chce się ze mną widzieć. Ja w sumie chciałam tylko wyjaśnić ostatnią sprawę i na zawsze dać mu spokój.
Nawet przez słuchawki usłyszałam pukanie do drzwi. Gdy je zdjęłam, okazało się wyjątkowo głośne.
            – Proszę – zawołałam, a drzwi się otworzyły, wpuszczając snop światła do środka.
            W drzwiach stanął Josh.
            – Hej – przywitał się niepewnie. – Mogę wejść?
            Pokiwałam głową, okładając iPada, ale nie wyciszając muzyki.
            – Nic nie jesz – zauważył. – Bo nie schodzisz już nawet na posiłki.
            Westchnęłam tylko ciężko, a on usiadł obok mnie na łóżku. Miał odrobinę rozczochrane włosy i zmęczone spojrzenie.
            – Nie chodzisz do szkoły? – zagadnęłam go.
            – Podczas waszej wizyty nie – oznajmił. – Muszę pilnować domu i tak dalej.
            Patrzyłam na niego chwilę czujnie, zastanawiając się dlaczego właściwie przyszedł. Na pewno nie, żeby mi przypomnieć, że ostatnio mało jem. Zresztą nigdy się nie opychałam, a mój żołądek był wiecznie skurczony.
            – Co chciałeś? – spytałam w końcu.
            – Porozmawiać. Od czasu, gdy wróciliśmy z zamku, zachowujesz się jakbyś nie mogła znieść czyjegoś towarzystwa….
            Wzięłam głęboki oddech.
            – Bo to prawda – przyznałam.
            – Co się tam zdarzyło? – zapytał poważnie.
            Milczałam, mierząc go uważnym spojrzeniem. Zastanawiałam się czy mogłam mu zaufać. W końcu sporo dla mnie zrobił, był całkiem miły pomijając nazwanie mnie pijaczką. Nie mogłam go za to winić, bo w tamtych dniach rzeczywiście wyglądałam źle. Nie mogłam wszystkiego powiedzieć Coltowi, bo wiedziałam, że w głębi duszy i tak stawiłby się za Rowanem. Zostało mi więc ryzyko zwierzenia się Joshowi.
            – Muszę ci coś powiedzieć – oznajmiłam, nerwowo bawiąc się sznureczkiem bluzy.
            Skinął głową, żebym kontynuowała.
            – Znasz… Rowana Malarkey, prawda? – spytałam. Oczywiście, że go znał.
            Zamrugał patrząc na mnie jak na idiotkę.
            – Oczywiście, że tak. Jest naszym królem – zauważył. – To u niego przecież byłaś na audiencji.
            Pokiwałam głową spodziewając się tej odpowiedzi.
            – Nie wiem czy doszły do ciebie słuchy, ale… mnie i jego coś łączyło.
            Zmarszczył brwi.
            – Co dokładnie?
            – Byłam jego… – urwałam zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów – kochanką – powiedziałam w końcu.
            Patrzył na mnie oczekując rozwinięcia tego wątku. Żadnych pytań dlaczego taka nijaka szesnastolatka została zabawką króla?
            – Zostawił mnie – kontynuowałam. – Gdy mu się znudziłam. Przespał się ze mną i zwyczajnie zwiał. A potem oni kazali mi iść się z nim spotkać, chociaż wiedzieli, że mnie zranił. – Łzy mimowolnie spłynęły mi po policzkach. – Do tego usłyszałam od niego parę smutnych rzeczy i jakoś tak… – Zabrakło mi już głosu.
            Patrzył się na mnie ze szczerym współczuciem wypisanym na twarzy.
            – I by dla mnie taki nieczuły – wyszeptałam. – Zawsze myśli tylko o sobie, w łóżku też. 
            – Czego się spodziewałaś po takiej znajomości? – spytał delikatnie.
            Zerknęłam na niego i pociągnęłam nosem.
            – Byliśmy razem, zanim dostał tą cholerna koronę! – wyrzuciłam z siebie. – Rzucił mnie dla niej.
            Przełknął ślinę, przysuwając się trochę.
            – A wiesz co jest najgorsze? – Popatrzyłam mu w oczy, otwierając szeroko swoje. – Boję się, że nie będę mogła już zaufać żadnemu mężczyźnie – wyjąkałam. – Boję się, że jakiś znowu mnie wykorzysta. Liczyłam, że będę miała przyjemność z seksu, a tak naprawdę to… nie czułam się dobrze – dokończyłam ocierając łzy.
            Popatrzył na mnie z mieszanką współczucia i czułości. Po czym mnie objął, a ja znów wybuchłam płaczem, bo było mi przykro, że musi mnie pocieszać facet, którego znam parę dni, a nie ktoś na kim mi zależało. Rowana przy mnie nie było.
            – Jeśli chcesz… – zawahał się – mógłbym ci udowodnić, że możesz mieć przyjemność z seksu…
            Spojrzałam na niego błyszczącymi od łez oczami.
            – O czym mówisz?
            Kciukiem otarł mi łzę z policzka.
            – Mógłbym… sprawić ci przyjemność – szepnął. – Będę myślał tylko o tobie – obiecał.
            – Zrobiłbyś to? – spytałam drżącym głosem.
            – Jeśli tylko chcesz – odparł patrząc na mnie czule, głaszcząc mnie po policzku, na co ja drgnęłam, więc zabrał rękę. – Nie musisz się bać – dodał.
            Skinęłam głową, naprowadzając jego dłoń z powrotem na moją twarz, po czym pocałowałam go. Zamrugał zdziwiony tą śmiałością i dopiero po chwili oddał pocałunek, kładąc dłonie na moich plecach. Łzy przestały płynąć, ale te jeszcze niezaschnięte zetknęły się również z twarzą Josha. Nie próbował mnie rozbierać, to ja rozsunęłam bluzę i zdjęłam czarną bokserkę. On ściągnął z siebie koszulkę i zsunął powoli usta na moją szyję, w jednym miejscu zatrzymując je na dłużej. Zamruczałam.
            – Jesteś śliczna – wyszeptał. – Cała brudna i we krwi też byłaś – dodał.
            Pokręciłam głową czując w oczach świeże łzy.
            – Tak – zapewnił.
            Pociągnęłam noskiem i spojrzałam mu w oczy.
            – Będziesz delikatny? – zapytałam cichutko.
            – Tak – obiecał, zatrzymując palce na mojej skórze, tuż obok brzegu spodenek.
            Pokiwałam głową zachęcająco, więc zsunął je z moich nóg, całując mnie znów czule w usta. Poczułam do niego nagły przypływ zaufania. Jego dotyk był subtelny. Wiedziałam, że postara się dbać tylko o mnie. Łzy przestały płynąć z moich oczu i poczułam, że wreszcie ktoś potraktuje mnie wyjątkowo.


_______

Hej! :) Bardzo, bardzo dawno mnie nie było i jestem z krótkim rozdziałem. W sumie jako tako nie ma wielkiej akcji i wyszło tak sobie, ale nie tragicznie XD
Pozdrawiam ;*