piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział piętnasty

„Opuszkami palców muskam skórę
Gładzenie zimnego martwego ciała uspokaja moje artefakty
Prowokacyjne wizerunki, subtelne i szlachetne rysy twarzy
Kojąca woń w świetle księżyca
W moich snach tańczę z umarłymi
Słucham ich czcigodnych krzyków
Zmarli zabrali mi duszę
Pokusa nie do powstrzymania” 

Jules
            
           Gdyby ktoś spytał mnie z czym mi się kojarzy Szkocja, odpowiedziałabym, że z facetami w spódnicach (kiltach), jednorożcami, zielonymi wyspami, zamkami i niezłą historią. Powinnam również nazwać ją drugą ojczyzną, bo w końcu pochodził z niej mój prawdziwy ojciec. Zawsze chciałam mieszkać w Europie i chociaż środkowa wydawała mi się bardziej pociągająca, to Szkocję też uznałam za obiecujące miejsce. Natomiast z czym ten kraj powinien mi się kojarzyć? Z przelewem krwi, którego byłam świadkiem. Gorzej, w którym brałam udział. Jednak nigdy mi się on nie śnił, nie wracałam do tych zdarzeń w podświadomości. Mogłam powiedzieć, że częściowo wyrzuciłam z pamięci to wydarzenie. Nie było dla mnie traumą. Bez wspomnień czasem zdecydowanie łatwiej żyć.
            Edynburg, w którym spędziliśmy chyba zaledwie godzinę, okazał się bardzo ładnym miastem ze starym urokiem, który tak bardzo mi się podobał. Duża liczba kamienic była kolejnym plusem. Niestety reszta moich towarzyszy uznała, że to nie jest czas na zachwycanie się widokami i nie będę mogła nic zwiedzić, a od razu udamy się do Aviemore, chociaż podróż do niego miała trwać około trzech godzin. Rozumiałam, trzeba ratować Setha, odwiedzić zamek WRIN i zapobiec kolejnej wojnie, w której wcale nie miałam ochoty brać udziału, ale nie mogliśmy cały czas żyć w biegu. Powinniśmy się rozluźnić, zobaczyć zabytki, przecież Seth nam nie ucieknie. Mieliśmy cały miesiąc, a to dużo czasu biorąc pod uwagę, że sprawy załatwialiśmy bardzo szybko, nie było gdzie się spieszyć. Moje rozumowanie było bardzo samolubne, ale jakoś nie potrafiłam zmusić się do myślenia, że powinnam wszystko robić jak najszybciej. Życie nauczyło mnie, że nie warto i bezinteresowność jest bardziej wadą niż zaletą.
            Udało mi się zasnąć w samolocie, więc nie byłam zmęczona. Trzy godziny drogi do Aviemore spędziłam na podziwianiu ciemności przez okna auta, ponieważ podróżowaliśmy chłodną nocą. Ja na miejscu gospodarzy domu, w którym mieliśmy się zatrzymać, nie byłabym zachwycona, że goście zawitają do mnie o dziesiątej w nocy. Jednak gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że ktoś na nas czeka, ponieważ przez okna domu, pod którym się zatrzymaliśmy, jarzyły się światła lampy. Opuściliśmy taksówkę, zabraliśmy bagaże i weszliśmy na ganek domu, po czym zapukaliśmy do drzwi. Minęła chwila zanim zostały one otwarte. W progu stanął około osiemnastoletni chłopak o miodowych, lekko kręconych włosach i piwnych oczach. Był wyższy od Alexa, ale do wzrostu Colta było mu daleko. Policzki i długi nos miał upstrzone piegami.
            – Dobry wieczór, Josh – odezwał się Alex, na co ten uśmiechnął się w kochany sposób i zaśmiał. Chłopcy uściskali się, po czym Szkot zerknął na nas.
            – Cześć – powiedział i wybałuszył oczy. – Myślałem, że będą tylko cztery osoby.
            – Ta, ja też – mruknął ponuro jego kumpel, zerkając przelotnie na Colta.
            – Mam nadzieję, że to nie problem – oznajmiła Danielle, patrząc na Alexa wymownie.
            – Oczywiście – odparł najwyraźniej zmieszany i bardziej uchylił drzwi. – Zapraszam.
            Mijając Josha, posłałam mu lekki uśmiech, a on go odwzajemnił. Weszłam do przedpokoju urządzonego w nowoczesny sposób. Miałam na myśli beżowe płytki na podłodze, w których odbijał się sufit. Ściany miały kolor kawy z mlekiem. Zobaczyłam też schody z metalową poręczą prowadzące na górę oraz parę drzwi.
            – Pewnie jesteście zmęczeni po podróży – zauważył gospodarz przyciszonym głosem. Zorientowałam się, że reszta członków rodziny pewnie dawno już zasnęła. – Chodźcie na górę.
            Posłuchaliśmy go i poszliśmy za jego śladem. Na piętrze ujrzałam kolejny korytarz z pięcioma drzwiami. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na górze, Josh odwrócił się do nas twarzą.
            – Okej – zaczął. – Ten pokój należy do mojego brata. – Wskazał na pierwsze drzwi po prawej. – Alex, rozumiem, że będziesz mieszkał ze mną? – zwrócił się do przyjaciela.
            – Pewnie. – Chłopak skinął głową.
            – A wy, panie? Chcecie mieszkać we trzy? – Zerknął na nas.
            – Nie – powiedziałam od razu.
            Wydawał się lekko zdziwiony, ale się uśmiechnął.
            – Ile jest jeszcze pokoi? – spytała Kayla.
            – Jeden z łóżkiem małżeńskim i gościnny z łóżkiem i kanapą – oświadczył wzdychając.
            Wywróciłam oczami.
            – Ja będę mieszkać z Coltem. – Złapałam wilkołaka za ramię i wyszczerzyłam zęby. – Bierzemy gościnny.
            Kayla i Danielle wzruszyły ramionami.
            – Okej – powiedziała moja siostra. – A który jest nasz?
            Josh uchylił trzecie drzwi po lewej.
            – Tutaj jest łazienka – wskazał środkowe drzwi po lewej – ale wy, dziewczyny – skinął głową w ich kierunku – macie ją również w swoim pokoju. No to chyba tyle. – Ziewnął. Musiał być naprawdę zmęczony. – Dobranoc.
            – Dobranoc – powtórzył Alex i podążył za gospodarzem.
            – Dziwny jakiś – uznała szeptem Kayla, gdy drzwi się za nimi zamknęły.
            Wzruszyłam ramionami.
            – Mi wcale nie chce się spać – oświadczyłam.
Za to musiałam skorzystać z toalety, więc szybko wepchnęłam walizkę do mojego i Colta pokoju. W środku zauważyłam wyglądając na wygodne łóżko dwuosobowe i zdecydowanie mniej wygodną kanapę. Oprócz nich, w pomieszczeniu była jeszcze szafa, komoda i wyjście na balkon. Ściany miały kremowy kolor, a meble były białe. Wyszłam z pokoju i wślizgnęłam się do łazienki. Była całkiem spora, co mnie ucieszyło. Moim oczom ukazała się duża wanna i prysznic, długi blat z umywalką oraz upragniony sedes. Ostatnio byłam w toalecie na pokładzie samolotu. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych umyłam ręce i upięłam włosy w kok by nie rozczochrały się podczas snu, który na marginesie nie był mi potrzebny, bo spałam podczas prawie całego lotu.
            Wróciłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Ze zmarszczonymi brwiami zauważyłam swoje rzeczy porozwalane po całym pomieszczeniu i Colta pochylającego się nad moją walizką. Gdy się do mnie odwrócił, zobaczyłam w jego rękach moje czarne, koronkowe figi.
            – To dla Rowana, pysiu? – spytał unosząc brwi i uśmiechając się.
            – Oddawaj. – Podeszłam do niego i wyrwałam mu majtki, po czym wrzuciłam je z powrotem do walizki, po czym pozbierałam parę rzeczy z podłogi i położyłam je na łóżku.
            Ze zirytowaniem spostrzegłam, że chłopak podniósł je ponownie.
            – A jak ci się z nim podobało? – kontynuował.
            Zerknęłam na niego ze znużeniem.
            – Wcale – oświadczyłam.
            Wybałuszył oczy wyglądając na naprawdę zdumionego moim wyznaniem.
            – Wiesz, tak naprawdę to już skończyłam z Rowanem. – Westchnęłam, po czym zerknęłam na niego i uśmiechnęłam się zalotnie.
            – Więc... lecisz na mnie? – Upuścił moje majtki na ziemię, robiąc przestraszoną minę. – Wiesz, pysiu, normalnie to uznałbym, że jesteś niezła, ale muszę być solidarny z Rowanem, a to oznacza, że nie mogę z tobą być.
            – On na pewno nie byłby taki wspaniałomyślny na twoim miejscu. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Ale nie przespałabym się z tobą. – Mój wzrok zmienił się na rozczulony i rozbawiony jednocześnie.
            Colt zrobił urażoną minę, co jeszcze bardziej mnie rozśmieszyło.
            – Dlaczego właściwie grzebałeś w mojej walizce? – spytałam, układając ubranie i wieszając je w szafie.
            – Szukałem gumek – oznajmił.
            Odwróciłam się do niego twarzą i zmarszczyłam czoło. Jakież było moje zdumienie, gdy wydobył opakowanie z mojej walizki, uśmiechając się przy tym bezczelnie.
            – Kiedy ty to tam wsadziłeś? – spytałam prychając. – I po ci… – urwałam powoli domyślając się odpowiedzi. – Danielle, prawda? – Założyłam ręce na piersi.
            Chłopak uśmiechnął się, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam rację.
            – Rowan mówił, że jest dobra – wytłumaczył nieprzyjemnie. Jego głos nie świadczył o tym, że chce mnie zdenerwować, ale i tak mu się udało. Nie miałam zamiaru jednak tego pokazywać.
            – To chyba nieźle – uznałam, podchodząc do walizki i wyciągając z niej więcej rzeczy, po czym umieściłam je w szafie i komodzie.
            – I wiesz co? Chciałbym być z nią w pokoju – powiedział.
            Zacisnęłam ręce na koszulce, którą właśnie trzymałam.
            – Nie, nieprawda. Nie chciałbyś – mruknęłam zwięźle.
            – Co? – spytał parskając śmiechem.
            W tym momencie skończyłam wypakowywanie ubrań, więc porwałam z szuflady za dużą, czerwoną koszulkę, która od dzisiaj miała mi służyć za piżamę, a następnie odwróciłam się do Colta tyłem i zdjęłam z siebie wszystko oprócz majtek, po czym założyłam ją i wsunęłam się pod kołdrę. Była zimna, więc na moich ramionach pojawiła się gęsia skórka.
            – Hej, ale co to ma znaczyć? – odezwał się Colt. – Chcesz mi powiedzieć, że mam spać na kanapie?
            – Dobra odpowiedź – mruknęłam i objęłam się ramionami, próbując zagrzać. Niby chłodne Aviemore wydawało się miłym zaskoczeniem po opuszczeniu upalnej Karoliny Południowej, ale w tym momencie miałam ochotę szczękać zębami. Nie wstałam jednak po bluzę ani spodnie w obawie, że Colt zajmie łóżko.
            – Zimno ci – zauważył słusznie. – Może cię przytulić?
            – Nie. – Odwróciłam się do niego plecami i wtuliłam w poduszkę. Za chwilę się zagrzeję i mi przejdzie.
            – Nie to nie.
            – A zgasisz światło? – spytałam niewinnym głosem.
            Usłyszałam ciężkie westchnięcie, ale też to, że Colt podniósł się z kanapy i ruszył do drzwi, przy którym umieszczony był włącznik.
            – Pysiu, wykorzystujesz mnie – stwierdził, gdy otoczyła nas ciemność.
            Zaśmiałam się, ale nic nie odpowiedziałam.
***
            Mimo iż byłam wypoczęta do granic możliwości, rano i tak miałam problem ze wstaniem. Jakoś tak już było, że trudniej się podnieść z łóżka niż w nim zasnąć. Mimo wszystko, gdy w końcu to zrobiłam, Colta już ze mną nie było. Nie wiedziałam, która jest godzina i coraz bardziej zaczęło mi brakować telefonu, więc odsunęłam zasłony i wyjrzałam przez okno. Gdy przyjechaliśmy było ciemno, więc nie miałam możliwości przyjrzeć się okolicy. Moim oczom ukazało się dużo jednopiętrowych domków, pełne kałuż ulice i zachmurzone niebo. W oddali widziałam pełno pagórków i ogółem bardzo dużo zieleni. W końcu ta mieścina znajdowała się w parku narodowym. Uznałam, że nie będzie mi brakowało palm i upałów, bo w Stanach miałam je na co dzień. Oceniłam godzinę na jakąś ósmą nad ranem. Wzięłam kosmetyczkę i ubrania na zmianę, po czym wyszłam z pokoju i skierowałam się do łazienki. Na szczęście wszyscy musieli już wstać i nie było żadnej kolejki. Zamknęłam się na klucz i usiadłam na sedesie. Po załatwieniu potrzeby oddania moczu, odkryłam smutną prawdę, że dostałam miesiączki. Westchnęłam tylko ciężko, rozebrałam się i udałam pod prysznic. Po umyciu siebie i włosów osuszyłam ciało ręcznikiem, a głowę suszarką. Wydobyłam pudełko tamponów i umieściłam jeden w odpowiednim miejscu, po czym ubrałam bieliznę, a na nią błękitną sukienkę w ozdobione abstrakcyjnymi wzorami, białe paski, czarny, długi sweter oraz tej samej barwy pończochy i creepersy. Na szyję założyłam srebrny naszyjnik w kształcie kołnierzyka, a na palec pierścień. Później rozczesałam włosy, narysowałam kreski kredką do oczu, rzęsy potraktowałam tuszem, a usta czerwoną szminką. Gdy uznałam, że wyglądam dobrze, opuściłam łazienkę i schodami zeszłam na dół, po czym skierowałam się do pokoju, z którego dochodziły do mnie rozmowy, więc uznałam go za jadalnię.
            Przywitał mnie obraz mojej wesołej gromadki oraz gospodarza i kogoś kto wyglądał na matkę i brata wczoraj poznanego chłopaka jedzących śniadanie.
            – Dzień dobry – przywitała mnie kobieta o takich samych włosach, co w moim mniemaniu jej synowie. Była uśmiechnięta, ale dojrzałam jakieś zmęczenie w jej oczach.
            – Dzień dobry – odpowiedziałam wesoło.
            Usiadłam na wolnym krześle między Kaylą a Alexem i zerknęłam na chłopca siedzącego naprzeciw mnie ze wzrokiem utkwionym w talerzu. Brat Josha miał około sześciu lat i takie same, lekko kręcone blond włosy oraz śliczne, piwne oczka.
            – Jak masz na imię, kochanie? – spytała matka.
            – Jules – odparłam.
            – Marie. – Podała mi dłoń, a ja ją uścisnęłam. – Trochę późno wstałaś – zauważyła z rozbawieniem. – Pewnie jesteś głodna. – Wskazała na stół z wielkim wyborem wśród jedzenia. Moim oczom ukazało się różne pieczywo, mięsa, nabiał, warzywa i owoce. – Wybierz coś sobie.
            – Dziękuję – powiedziałam i nałożyłam sobie na talerz kromkę chleba, a na niego położyłam plaster sera i pomidora. Zobaczyłam też  dzbanek z herbatą, więc nalałam ją do kubka.
            Podczas jedzenia, czułam na sobie wzrok Josha. Zerknęłam na niego ukradkiem i oceniłam jego wzrok jako zainteresowany, ale nie w oczywisty sposób. Odchrząknął i odsunął od siebie swój pusty talerz.
            – Ja już skończyłem.
            – Josh, jadę odwieść Charlesa do kolegi, a potem do pracy – odezwała się Marie. – Dobrze zajmuj się gośćmi – dodała surowo, ale dostrzegłam rozbawienie na jej twarzy. Coś czułam, że polubię tą kobietę. Było mi jej żal, że musi pracować w soboty. Z drugiej strony nie zauważyłam tutaj jej męża czy kogoś, więc utrzymywanie tak dużego domu musiało wymagać wysiłku.
            – Jasne, mamo – odparł.
            Ta uśmiechnęła się i wstała, biorąc chłopczyka za rękę i zniknęła za drzwiami.
            – Dobra, jaki jest plan na dzisiaj? – spytałam od razu, zakładając ręce na piersi.
            Alex oderwał wzrok od wyjścia i przerzucił go na mnie.
            – Zwiedzamy okolicę i podziwiamy widoki? – spytał ironicznie nawiązując do mojej sympatii związanej z podróżowaniem. Wyglądał na rozdrażnionego, a ja nie wątpiłam, że chodzi o obecność Colta.
            Uśmiechnęłam się lodowato.
            – Alex, właściwie to udzieliłeś mi bardzo mało informacji, dlaczego tu przyjechaliście – odezwał się Josh.
            – Ja też mało wiem, Wright – dodał mój współlokator.
            – Chyba pora na wyjaśnienia, co? – Kayla westchnęła.
            Czarownik wywrócił oczami, po czym zaczął mówić:
            – Zgromadziliśmy się tutaj, ponieważ kochaś Kayli kopnął w kalendarz, a naprawdę bardzo go kochaliśmy, więc robimy wszystko co w naszej mocy, żeby wrócił, a do tego posiadamy śmiertelnie ważne informacje i możemy w każdej chwili wykorzystać je przeciwko tym szychom z WRIN. Natomiast tego nie zrobimy i zawrzemy z nimi układ, żeby uratować nam wszystkim tyłki. Czy to jasne? – Spojrzał na wszystkich z nas z osobna.
            – Niech ktoś go znowu zabije – powiedziała wampirzyca zirytowana, wskazując na chłopaka.
            – Ja nie zamierzam z nimi wchodzić w żadne układy. – Uniosłam ręce do góry. – Nie ufam im.
            – Czekajcie, nie rozumiem – zaczął Josh. – Chcecie kogoś wskrzesić, tak?
            Wszyscy skinęliśmy głowami.
            – To życzę powodzenia. – Wzruszył ramionami. – Szansa, że znajdziecie kogoś kto to potrafi jest dość mała…
            – Znamy nazwisko – wtrąciła Dany. – Darren Risley.
            Szkot i jego przyjaciel spojrzeli po sobie wymownie, przełykając ślinę.
            – Co z nim nie tak? – spytałam.
            – Właśnie – odezwała się Kayla. – Jak tylko ktoś o nim wspomni, zachowujecie się dziwnie.
            – Podobno… nie jest za przyjemny – wyjaśnił Josh.
            – To znaczy?
            Chłopak umilkł, wbijając wzrok w talerz.
            – Nie przejmuj się, Kayla – mruknęła moja siostra. – Same go znajdziemy bez pomocy tych… – Odchrząknęła.
            – Ja bardzo chętnie pomogę – wtrącił Colt.
            – Tak, wiemy – mruknęłam.
            – To nie jest takie proste jak wam się wydaje – ostrzegł Josh. – Nawet nie macie żadnych informacji o jego położeniu…
            – Skąd wiesz? – Kayla zmarszczyła brwi.
            – Bo o nich się nigdy nic nie wie – oświadczył. – Trzeba mieć znajomości i…
            Westchnęłam. Koleś zdawał się chcieć odciągnąć nas od pomysłu przywracania kogoś do życia. Rowan też był przeciwny i mówił o tym jak o jakiejś zbrodni. Przypomniałam sobie, że Alex już raz wrócił ze świata zmarłych.
            – Jak tam jest? – odezwałam się, patrząc na niego.
            – Hm? – Zwrócił spojrzenie na mnie.
            – Kiedy umarłeś, co się stało?
            Chłopak przełknął ślinę i chwilę zastanowił się nad słowami.
            – Więc… zastanawiałem się czy to sen. Potem zrozumiałem, że to śmierć, z której na początku pragnąłem powrócić, ale… następnie wszystko zdawało się być mało ważne i sam sobie zadałem pytanie „Po co wracać?”. Natomiast jeśli chodzi ci o to, czy poszedłem do Nieba lub odrodziłem się na nowo, nic takiego się nie stało.
            Poczułam przenikliwe zimno. Czy gdyby Alex nie powrócił, nadal tkwiłby w celi utworzonej z własnych myśli o tym, że nie warto tego robić?
            – Przestałeś być wierzącym? – zapytałam.
            – Sam nie wiem – szepnął. – To było straszne przeżycie.
            – Wolałbyś tam zostać, czy cieszysz się, że tu jesteś? – spytała Kayla nieśmiało.
            – Chyba wolałbym zostać. – Westchnął ze wzrokiem wbitym w okno. – Nie za bardzo miałem dla kogo wracać. – Uśmiechnął się krzywo.
            Po jego słowach zapanowało niezręczne milczenie. Dopiero Josh je przerwał:
            – Hm, jeśli chcecie zdobyć znajomości, musicie iść w miejsce, gdzie jest dużo osobistości. Rozumiecie mnie?
            – Powiedzmy – odparła Dany.
            – Bal, impreza, cokolwiek. Tylko musi być zorganizowana przez kogoś ważnego.
            – A zbliża się jakaś? – spytałam.
            – Podobno w zamku będzie zorganizowany bal maskowy – oświadczył Szkot. – Tylko trzeba dostać zaproszenie od króla albo królowej. Szanse na włamanie się są bardzo małe.
            Popatrzyłam po pozostałych. Wyglądali jakby im ulżyło, jakby zdobycie tego zaproszenia było bardzo proste. Wiedziałam, że będziemy zmuszeni tam iść, ale i tak zdziwiło mnie jak lekkodusznie do tego podchodzą.
            – To sprawa załatwiona – uznała Danielle. – Jules pójdzie po zaproszenie i…
            – Czemu ja? – Zmarszczyłam brwi.
            – No, Jules, proszę – jęknęła. – Zobaczysz, będzie fajnie.
            – Niby dlaczego?
            Popatrzyłam na Colta, ale on wzruszył tylko ramionami. Natomiast moja siostra wydawała się bardzo zadowolona z faktu, że to ja mam tam iść.
            – A jak ci zapłacę? – podsunął Alex.
            – Ty też? – Przytknęłam wymownie dłoń do czoła. – Ja się kurwa naprawdę nie mogę denerwować.
            Danielle zamrugała niewinnie.
            – Nie no, w porządku – powiedziałam szybko. – Mogę iść. A kiedy jest ten bal?
            – Chyba w czwartek – odparł Josh.
            – Więc muszę iść do zamku w przyszłym tygodniu – oznajmiłam. Dopiłam już całą herbatę, więc wstałam od stołu i skierowałam się z powrotem na drugie piętro.
            Reszta także opuściła stół i rozeszła się. Nie miałam pojęcia, co będę tu robiła przez kilka następnych dni, czy nawet tygodni. Aviemore było naprawdę małe i nie miałam pojęcia, jak można się tutaj rozerwać. Przydałby mi się telefon, żebym chociaż mogła porozmawiać z Curtisem albo Elizabeth. Z racji, że nie mogłam tego zrobić, po prostu położyłam się na łóżku pogrążyłam w myślach. Colt tu nie przyszedł, więc uznałam, że wykorzystuje czas wolny na podrywanie Danielle. Bo co innego mógłby robić?
            Dziwne wydawało mi się też to, że wszyscy pchają mnie na to spotkanie. Nie miałam nic przeciwko, ale do głowy nie przyszedł mi żaden logiczny powód, dla którego ja najlepiej nadawałam się na królewską rozmowę. Może dowiedzieli się o moich poglądach politycznych, a mianowicie o tym, że byłam monarchistką. Taki argument wydał mi się mało sensowny, ale innego nie potrafiłam wymyślić.
            Po jakimś czasie bezczynnego leżenia plackiem na łóżku, stwierdziłam, że dostanę nerwicy, jeśli zaraz stąd nie wyjdę. Gdy opuszczałam swój kraj, zawsze tak miałam. Gdy nic nie robiłam, czułam jakąś nostalgię i wyliczałam w myślach rzeczy, które mogłabym teraz robić w Ashadewoods. Kochałam podróże, ale nie bezczynność, dlatego też wstałam i zeszłam do jadalni. Była pusta, a po naszym śniadaniu nie zostało śladu. Natomiast usłyszałam szum lecącej wody i natknęłam się na kuchnię. W środku dostrzegłam Josha myjącego naczynia, a było ich sporo. Moje buty stukały na podłodze, więc usłyszał, gdy weszłam.
            – Hej – odezwał się.
            – Dużo roboty, co? – Wskazałam współczująco na stertę talerzy, skupisko sztućców i rząd szklanek.
            – Niestety. – Westchnął.
            – Może ci pomóc? – zaproponowałam. – I tak nie mam co robić.
            – Jeśli to nie kłopot. – Uśmiechnął się.
            – Mogę je wycierać – zaproponowałam i wzięłam do rąk suchą szmatkę.
            – Pewnie – odparł i wrócił do mycia.
            – Długo się znacie z Alexem? – spytałam nie mając ochoty na pracę w niezręcznym napięciu.
            – Kilka lat – oświadczył. – A ty? Jesteś jego dziewczyną?
            – Nie – zaśmiałam się. Zerknęłam na niego. – Towarzyszem broni. – Uśmiechnęłam się krzywo.
            Otworzył szeroko oczy i uniósł brwi.
            – No to nieźle – uznał, podając mi ociekając wodą talerz. Szybko go wytarłam i odłożyłam na stertę czystych. – Hm, mam do ciebie osobiste pytanie.
            Zerknęłam na niego zdziwiona. Ten chłopak wydawał mi się podejrzany i raczej nie byłabym skłonna mu zaufać, jeśliby nie był przyjacielem Alexa.
            – A jak będzie brzmiało to pytanie?
            – Jak masz na nazwisko?
            Przerwałam wycieranie kolejnego talerza. Nie zabrzmiało to jak osobiste pytanie, a za to dziwne.
            – Słucham?
            – Jak masz na nazwisko? – powtórzył. Jego głos był raczej beztroski, ale czułam, że włosy jeżą mi się na karku.
            – Cairstairs – szepnęłam.
            – Dobrze, a jak brzmi twoje prawdziwe nazwisko?
            Teraz już naprawdę zaczęłam się bać. A jeśli to była jakaś pułapka?
            – Dlaczego chcesz to wiedzieć? – zapytałam.
            – Odpowiedz – naciskał.
            Zauważyłam, że jego dłoń spoczywa na blacie, niebezpiecznie blisko pojemnika na sztućce. Było tam sporo noży. Josh spostrzegł, że zwróciłam na to uwagę, więc szybko porwał rękę z powierzchni.
            – Nie bój się – powiedział łagodnie.
            – Zachowujesz się jakbyś mi groził – zauważyłam.
            – Ale tak nie jest. Proszę, odpowiedz.
            – Scott – szepnęłam.
            Uśmiechnął się szeroko i wytarł mokre dłonie w ręcznik zawieszony przy kuchence.
            – Wiedziałem – oświadczył, a ja czułam się coraz bardziej zaniepokojona. – Ale naprawdę nie musisz się mnie bać – powiedział zmęczonym tonem. – Chodzi o to, że… – westchnął – nie spotkałaś jeszcze nikogo ze swojego gatunku, prawda?
            – Co chcesz przez to powiedzieć? – Zmarszczyłam czoło.
            – Proszę, nie udawaj, że nie wiesz. Tracimy przez to cenny czas. Chodzi mi o to, że jesteś hybrydą Wyklętego i demona, prawda? – Wyglądał na zniecierpliwionego.
            – Tak – przyznałam.
            – I nie znasz nikogo podobnego do ciebie, czy nie tak?
            – To prawda.
            – Przez parę lat szukałem kogoś takiego jak ja, nawet nie wiesz jakie to trudne. Poznałem trzy takie osoby, a jakiś miesiąc temu usłyszałem o tobie. Pamiętasz, kiedy było o twojej osobie tak głośno?
            Patrzyłam na niego zdumiona. Zabrakło mi głosu. Owszem, czasem zastanawiałam się, czy jest ktoś równie bezużyteczny pod względem umiejętności magicznych jak ja i nawet nie miałam pojęcia jak taką osobę rozpoznać. Przecież w moim wyglądzie nie było nic charakterystycznego. W Joshu też nie i gdyby mi nie powiedział kim jest, w życiu bym się nie domyśliła. Znalazłam też odpowiedź na pytanie, dlaczego nie spotkałam w tym domu nikogo, kto mógłby być ojcem tych dzieci. Tatuś najzwyczajniej był potworem.
            – Charles też jest hybrydą? – spytałam znienacka.
            – Tak. – Josh przytaknął.
            – Okej – zaczęłam. – Skoro już mnie poznałeś i okazało się, że to co o mnie mówiono jest prawdą, to… czego ode mnie chcesz?
            – Pewnie nawet nie masz pojęcia jaka możesz być potężna – oznajmił. Tym zdaniem kompletnie zbił mnie z tropu.
            – Nic nie potrafię. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Poza tym, że nieźle mi idzie posługiwanie się bronią – dodałam.
            – Ale wychodzi ci to tylko wtedy, gdy jesteś zagrożona – dokończył. – Taka drobna dziewczyna nie potrafiłaby skutecznie zabić muchy.
            Zmrużyłam oczy.
            – Do czego zmierzamy? – spytałam chłodno.
            – Że twój brak umiejętności wynika z braku wiedzy – wyjaśnił. – Nie masz własnej mocy, ale ktoś może ci jej użyczyć.
            – O czym ty mówisz? – Zmarszczyłam czoło.
            – Mogłabyś posiąść prawie każdą moc, którą posiadają demony…
            – Chyba nie mam ochoty tego robić, jeśli w grę wchodzą demony – oznajmiłam.
            – Myślisz o nich jak o wrogu. Przestań. To twoi sprzymierzeńcy.
            – Miałam tyle nieprzyjemnych doświadczeń z tymi paskudami, że jestem skłonna uznać ich za wroga.
            – A myślisz, że dlaczego nasz gatunek wydaje się taki bezużyteczny? Bo nie potrafimy nikomu zaufać.
            Zastanowiłam się nad jego słowami. A co jeśli miał rację? Jeśli to ja byłam głupia i nie otwierałam oczu na nowe możliwości? Powiedział, że mogę być potężna. Czy nie tego każdy chciał? Nie musiałabym już polegać na przyjaciołach, tylko na sobie. Łatwiej byłoby mi zadbać o samą siebie.
            – Wbrew temu co o teraz sobie o nas myślisz, na przykład, że jesteśmy bardzo potężnym gatunkiem… nie. Tak naprawdę jesteśmy jeszcze większym robactwem niż Wyklęci – oświadczył. – Oni przynajmniej mają swoje zdolności, a my musimy „pożyczać” je od demonów, co jest bardzo niewygodne biorąc pod uwagę to, że trzeba to robić pod osłoną nocy wiecznie się chowając. – Westchnął. – Weź też pod uwagę, że znowu ktoś uzna, że nie mamy prawa oddychać i spróbuje nas wybić. Był taki jeden, co zmienił świat w piekło. Chciał jedną rasę, jeden kolor. Mówił, że jest z nim Bóg, a zamordował kogo zdołał. I teraz pewnie dużo nazwisk przychodzi ci na myśl. Za wiek tych osób będzie więcej, także w naszym przypadku. Ktoś wystawi nas na pośmiewisko, inni nas obrażą i taki też będzie nasz męczeński żywot. – Zerknął mi w oczy. – Ale nie myśl, że to nas wywyższa, byli i gorzej traktowani. Nie potrzebujemy czyjegoś podziwu czy cudów. Zapamiętaj to, Jules, bo cierpiętnicza pycha może być zgubna. – Po tych słowach uśmiechnął się niewinnie, po czym zostawił mnie samą i zdezorientowaną.

Kayla

            W małych miastach rozrywek również było mało. Po zwiedzeniu okolicy z Danielle, odkryłyśmy tylko jedno miejsce, gdzie mogło być ciekawie po zachodzie słońca, a mianowicie klub, w którym w soboty według Josha potrafiło być tłoczno. Dany oczywiście chciała iść, a ja uznałam, że też mogę się wybrać. I tak nie miałam nic lepszego do roboty, a zabawa przecież nie mogła mi zaszkodzić. Dlatego już o dziewiętnastej zaczęłyśmy się przygotowywać do wyjścia.
            – Jak myślisz, co wybrać? – spytała mnie Danielle i podsunęła mi pod nos czarny bralet oraz obcisłą spódnicę w panterkę. Z uśmiechem zauważyłam, że  dziewczyna uwielbia ten wzór. W drugiej ręce trzymała za to czarny, krótki kombinezon z górą w kwiecisty wzór.
            – Chyba ten pierwszy – uznałam. – Powinnaś wyprostować jeszcze włosy – oświadczyłam.
            – Dobry pomysł – uznała posyłając mi uśmiech, ściągając sukienkę, którą miała teraz na sobie i zakładając bralet, który dla niej wybrałam.
            – Ej, a co z tym Coltem? Podobasz mu się – zauważyłam.
            – Jak wszystkim. – Wzruszyła ramionami.
            Parsknęłam śmiechem.
            – Wątpisz? – Uniosła brew, wciągając na siebie spódnicę.
            – Oczywiście, że nie, wywłoko – burknęłam i uśmiechnęłam się mrużąc oczy.
            Odwzajemniła uśmiech i wzięła do rąk nagrzaną prostownicę, po czym wzięła się za według niektórych zbrodnię na naturalnych lokach.
            – A co ty zakładasz? – kontynuowała.
            Wskazałam na czarną sukienkę bez rękawów i rajstopy w serduszka. 
            – Mm, ładnie – uznała. Pukle po lewej stronie jej głowy były już proste, za to po prawej nadal dominowały loki, co wyglądało w tej chwili zabawnie. – Pożyczyć ci czerwoną szminkę?
            – Mam swoją. – Uniosłam ją do góry. – Ale nie mam żadnego cienia. A ty? – Zerknęłam na nią.
            – Nie będzie ci potrzebny – stwierdziła. – Wystarczy ci kredka do oczu. I róż. – Uśmiechnęła się krzywo.
            Ubrałam się w to co przygotowałam, rozczesałam włosy, które nie wymagały jakichś skomplikowanych fryzur, po czym wzięłam kredkę do ręki i namalowałam sobie nią kreski, a następnie nałożyłam róż na policzki zgodnie z radą Danielle. Natomiast ona skończyła prostowanie swoich blond pukli. Gdy byłyśmy gotowe, zeszłyśmy do salonu by oznajmić, że wrócimy późno nocy. Spotkałyśmy tam całą czwórkę z reszty naszej gromadki.
            – Wychodzimy – oznajmiła Dany, zakładając po drodze skórzaną kurtkę. O tej porze było już chłodno.
            – Gdzie? – zainteresował się Colt.
            On naprawdę nie zamierzał dać jej spokoju.
            – Do klubu. Mam ochotę się zabawić. – Wzruszyła ramionami i odgarnęła włosy za ramię.
            – Ja też – wtrącił szybko z uśmiechem.
            Dziewczyna odwzajemniła go konspiracyjnie, chwyciła mnie za ramię i ruszyła do wyjścia. Odwróciłam się i zobaczyłam, że chłopak idzie za nami.
            – Też pójdę – usłyszałam jeszcze Alexa, ale jego głos był raczej zirytowany.
            Podejrzewałam, że był zazdrosny o swoją byłą dziewczynę, co wzmagał fakt, że ktoś kim teraz była zainteresowana, nie był szczególnie przez czarownika lubiany. Było w tym coś zabawnego i rozczulającego.
            Klub znajdował się tylko parę przecznic dalej, więc dostanie się tam zeszło naprawdę szybko. Był to dość duży budynek z brudnymi ścianami ozdobionymi graffiti przez niezbyt utalentowaną osobę. Z wewnątrz dobiegła mnie głośna muzyka. Gdy weszliśmy do środka, przywitała nas niemała grupka ludzi, którą faktycznie poniosła zabawa. Było ciemno, ale co chwila błyskały światła. Na początku lekko mnie oślepiły, więc stałam jak głupia mrugając powiekami i blokując wejście.
            – Co ty robisz? – spytała rozbawiona Dany ciągnąc mnie na bok.
            – Nic, chyba idę się czegoś napić – oznajmiłam i szybko ruszyłam w stronę baru. Coś czego nienawidziłam w byciu wiecznie młodą siedemnastolatką było to, że nikt nie chciał mi sprzedać alkoholu. Zwłaszcza, że tutaj nie musiałam mieć dwudziestu jeden lat, a jedynie osiemnaście.
            Usiadłam na wysokim stołku i zamówiłam piwo, a barman bardzo zdziwił się, gdy po zobaczeniu dowodu, dowiedział się, że mam dwadzieścia lat. Popijając je ze szklanki, odwróciłam się tyłem do baru i postarałam się odszukać wzrokiem Danielle i resztę. Wypatrzyłam ją w tłumie, w towarzystwie swoich dwóch amantów. Dziewczyna zbliżyła się do Alexa i zarzuciła mu ręce na szyję, namiętnie go całując. Chłopak objął ją w talii, zamykając oczy, ale jej spojrzenie podążyło w kierunku Colta. Kiedy usta czarownika zsunęły się na jej skroń, posłała drugiemu chłopakowi drapieżny uśmiech i wyciągnęła w jego stronę jedną rękę. W jego oczach pojawił się błysk, kiedy Dany położyła dłoń na jego karku, przyciągając go bliżej. Kiedy Colt zaczął całować jej szyję, Alex rzucił dziewczynie zdezorientowane spojrzenie. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć wilkołakowi, ale Dany skutecznie zajęła jego usta. Jedną dłoń trzymała na szyi Colta, a drugą na policzku Alexa. Blondyn chwycił ją w talii, próbując skierować całą jej uwagę na siebie, ale drugi z chłopaków zdawał się tym nie przejmować. Uśmiechnął się tylko lekko z ustami na skórze Danielle, odgarniając lekko jej włosy, zadowolony jeszcze bardziej, gdy ta odwróciła się i przycisnęła swoje wargi to tych jego. Z wywróceniem oczami, odwróciłam się do nich tyłem. Moja szklanka była już opróżniona, więc poprosiłam barmana o kolejną.
            Gdy tak patrzyłam na czułe zachowania przypadkowych osób, chociaż zachowanie przyjaciółki i tamtych dwóch nie powinno być ta określane, czułam się nieswojo. Jakbym nie była obdarzona uczuciem mężczyzny od bardzo długiego czasu, a przecież od śmierci Setha minęły tylko dwa dni. Mimo to tak strasznie mi go brakowało. Było bez niego pusto i smutno, ale nie dawałam po sobie tego poznać. Starałam się żyć nadzieją, że znajdę tego czarownika, a ten przywróci go do życia. Zaczęłam również zastanawiać się nad słowami Alexa. Ten przyznał się, że wolałby nie wracać do żywych. Ale potem dodał, że tylko dlatego iż nie miał dla kogo. Seth miał. Przecież to nie był czas na niego, było przed nim jeszcze całe życie. Na wspomnienie o nim zatchnęło mi w gardle, a w oczach stanęły łzy.  Głośna muzyka doprowadzała mnie do szału zamiast pomóc się zrelaksować, a zimne piwo również nie pomogło. Nie miałam ochoty przedzierać się do pozostałych i powiedzieć, że wychodzę, bo i tak chyba niezbyt przejęliby się moją nieobecnością. Dlatego też postanowiłam zmyć się wcześniej bez słowa, zostawiając do połowy opróżnioną szklankę jako jedyny dowód na to, że dzisiaj tu byłam.

Jules

            Tak jak ustaliłam z Joshem, po dwudziestej drugiej, kiedy większość naszej ekipy przebywała poza domem, a Marie i Charles dawno zasnęli, opuściłam dom i poszłam prosto uliczką, aż dotarłam do małego mostu, na którym miałam zaczekać na Szkota. W nocy było naprawdę zimno, więc stałam opatulona w parkę oraz wielki szalik, ale te nie dały rady mnie ogrzać, więc co chwila podskakiwałam trzymając dłonie w kieszeniach. Myślałam, że minęła wieczność zanim w świetle latarni ulicznej zobaczyłam sylwetkę Josha.
            – Nareszcie – mruknęłam, gdy zatrzymał się przede mną. – Myślałam, że zamarznę.
            Spojrzał na mnie dziwnie. Sam miał na sobie tylko cienką, szarą koszulkę z długim rękawem.
            – Przecież jest ciepło. – Zmarszczył czoło uśmiechając się krzywo. – Trzynaście stopni.
            – Matko, to u was temperatura tak spada w lecie? – Wybałuszyłam oczy.
            Chłopak wyglądał na bardzo rozbawionego.
            – Amerykanie… – Westchnął ciężko i wywrócił oczami.
            – Nie o to chodzi – wytłumaczyłam niecierpliwie, kiedy ruszył naprzód. Miał bardzo szybki chód, więc trudno mi było utrzymać mu kroku. – Byłam już w Europie i tak dalej, ale dla mnie jest naprawdę zimno. Pośpieszymy się?
            – To nie tak bardzo daleko – oświadczył. – Ale ostrzegam, że potem może być jeszcze zimniej.
            Przyśpieszyliśmy kroku i ruszyliśmy pogrążoną w ciemności ulicą, by dotrzeć do lasu, który o tej porze prawdopodobnie nie był najprzyjemniejszym miejscem, jakie mogłam odwiedzić. Natomiast oczywiste było to, że tego co my planowaliśmy zrobić, nie dałoby rady dokonać w garażu.
            Wzruszyłam ramionami.
– Wiesz, sporo myślałam nad tym, co mi powiedziałeś i doszłam do następujących wniosków: nie możemy się nazywać hybrydami Wyklętych i demonów. Ta nazwa jest za długa. I głupia.
            – A masz jakiś inny pomysł? – spytał ironicznym głosem.
            – Proponuję… – zamyśliłam się – „ostatnich z dzikich” – oznajmiłam z udawaną czcią.
            – Myślisz, że my o tym decydujemy?
            Zatrzymałam się stając mu na drodze.
            – Oczywiście, że tak. Nie musimy się wychylać, ale mamy prawo do własnej nazwy. Wyklęci mają, my też powinniśmy.
            – Niech ci będzie. – Westchnął. – Więc jako… Ostatni z dzikich – zaśmiał się z niedowierzeniem – również chcę by sobie najzwyczajniej o nas zapomnieli. Wiemy, jak przesrane mieli Wyklęci, gdy chcieli sobie wywalczyć swoje prawa.
            – Masz rację – przyznałam.
            – Myślałaś nad zmianą nazwiska? – spytał.
            Zerknęłam na niego. Naprawdę niepokoił się o to co się z nami stanie. Ale przecież miał rację. Dopóki się nie wychylaliśmy, nikomu nie przeszkadzaliśmy.  Ale czy to wymagało aż takiej ostrożności jak zmiana tożsamości? Nie potrafiłam określić czy Josh szanuje swoje pochodzenie czy go nienawidzi. W końcu uznałam, że nie jest z niego zadowolony, ale próbuje dostrzec korzyści. Musiałam przyznać, że mi tym zaimponował.
            – Na jakie? – Uniosłam brwi.
            Wzruszył ramionami.
            – Ty też nie nosisz swojego prawdziwego? – Zerknęłam na niego niepewnie.
            – Nie mam takiej potrzeby – odparł. – Ale ty jesteś sławna. Albo raczej byłaś.
            – Więc przestałam, tak?
            – Ludzie o tobie pamiętają, ale nie poruszają twojego tematu, wiesz? – Westchnął.
Dotarliśmy na skraj lasu, więc chłopak zapalił latarkę. Poszłam za jego śladem. To miejsce nie sprawiało wrażenia niebezpiecznego, na co byłam przygotowana. Było tu tak spokojnie, a jedyny dźwięk, który słyszałam to przyjemny szelest liści. Ta cisza i mrok potrafiły działać na mnie odprężająco. Dużo bardziej przerażająca była perspektywa zagęszczenia się w tą „dzicz” podczas burzy, w czym już przecież uczestniczyłam.
– Gdzie tak dokładnie idziemy? – spytałam szeptem.
– Do jeziora – wyjaśnił. – To jeszcze jakieś dziesięć minut drogi.
Spędziliśmy je w milczeniu, bo brakło mi tematów, o których mogłam z nim rozmawiać. Był nieco przerażający jeśli się go bliżej poznało. Gdyby nasza rasa miała mieć przedstawiciela we WRIN, co było niemożliwe biorąc pod uwagę, co o nas sądzono, to Josh byłby idealnym kandydatem. Wiedział o nas więcej niż ja zdążyłam się dowiedzieć w ciągu całej mojej przygody.
W końcu moim oczom ukazała się pusta przestrzeń za konarami drzew. Okazało się, że to jezioro, o którym wspominał mój towarzysz. W tafli wody odbijało się światło księżyca i gwiazd, bo chmury zdążyły odpłynąć z nieba przed południem. Stanęliśmy nad brzegiem i zgasiliśmy latarki.
– Co teraz? – zapytałam i wybałuszyłam oczy, gdy Josh ściągnął buty, skarpetki i podwinął nogawki spodni. – Co ty robisz?
– To i tak nie pomoże – mruknął ignorując mnie, po czym postawił stopę w wodzie krzywiąc się.
– Chyba nie mówisz, że mam tam wejść? – Popatrzyłam na niego jak na szaleńca.
– Lepiej zdejmij kurtkę, bo potem nie będziesz miała się czym ogrzać. – Uśmiechnął się przepraszająco.
Zdjął z siebie koszulkę i rzucił ją na trawę, a ja niechętnie zrzuciłam z siebie szal, parkę, sweter, pończochy i buty. Myślałam, że skostnieję z zimna, a miałam jeszcze wejść do wody. Chłopak nie czekając na mnie ruszył naprzód, zagłębiając się w lodowatą toń, aż na powierzchni widać go było od piersi w górę.
– Na co czekasz? – zawołał do mnie.
– Wiesz, szczerze to miałam nadzieję, że wzywanie demonów wiąże się z ogniem i będzie no… ciepło. – Zdałam sobie sprawę, że brzmię jak ktoś naprawdę niedoświadczony.
– Nie dzisiaj – odparł. – No wchodź!
Zacisnęłam zęby i weszłam do wody. Moje pierwsze wrażenie było bardzo nieprzyjemne. Otworzyłam usta i jęknęłam. Josh westchnął, wrócił na brzeg, podniósł mnie jak dziecko i zabrał tam, gdzie stał wcześniej.
– Cholera – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. – Jak mnie tutaj wrzucisz, to cię zabiję.
– Więc na trzy czte-ry musisz sama wskoczyć do wody – oznajmił.
– Nie, proszę – błagałam. – Nienawidzę zimna.
– Trzy… – zaczął.
– Nie!
– Czte…
– Josh, błagam!
– …ry! – Puścił mnie, a ja wpadłam z plaskiem do lodowatego jeziora.
Zakrztusiłam się wodą, gdy w końcu stanęłam na dwóch nogach i przebiłam jej powierzchnie. Zaczęłam szczękać zębami i nerwowo pocierać dłońmi o ramiona. Nic to jednak nie pomogło.
            – Jesteś z siebie zadowolony? – Uniosłam brew, gdy ten spojrzał na mnie z jakąś dziwną miękkością.
            – Tak, bo gdybym nie interweniował, dalej byś tam stała.
            – I nie nabawiłabym się przeziębienia – mruknęłam. – Będę chora, obiecuję ci to.
            – To jest tego warte – obiecał. – Złap mnie za ręce – poprosił.
            Podałam mu dłonie. Ociekały wodą, ale jego były przyjemnie ciepłe. Josh potrafił w ciągu sekundy zmienić swoje zachowanie. Wcześniej wydawał się rozbawiony moją postawą, ale teraz jego twarz miała poważny wyraz. Przybliżył się do mnie i lekko uniósł nasze złączone ręce.
            – Nie boisz się zła, prawda, Jules? – szepnął.
            Spojrzałam na niego zdumiona.
            – Nadal uważasz, że to co robimy jest złe – sprecyzował. – Ale obiecaj mi, że nie przerwiesz tego, jeśli byś się czegoś przestraszyła, zgoda?
            – Nie przerwę – szepnęłam.
            – Cokolwiek by się stało, nie puszczaj moich rąk, ani nie ruszaj się z miejsca, dobrze?
            – Dobrze.
            Skinął głową i mocnej ścisnął moje dłonie.
            – Ojcze – odezwał się ponownie tym razem głosem pełnym czci. Jego oczy były szeroko otwarte. – Pozwól mi się z tobą skontaktować. Z tobą i resztą duchów. Potrzebuję mocy, chwały, przeklętego słowa. – Gdy to mówił, tafla wody powoli zaczęła falować.
            Mojej uwadze nie mogło umknąć również to, że coś zaczęło wynurzać się spod wody. Ujrzałam sześć upiornych twarzy należących do ciał podnoszących się powoli nad powierzchnię wokół naszej dwójki. Były to blade kobiety z cienkimi włosami o trupim wyglądzie. Bez wątpienia byli to topielcy. Złapały się za ręce, tworząc tym samym pentagram, w którego środku znalazłam się ja i Josh. Odrzuciły głowy do tyłu i rozpoczęły śpiew w jakimś nieznanym mi języku. Był wyjątkowo donośny i piękny, brzmiał tajemniczo i misternie, chociaż nie miałam pojęcia o czym jest.
            – Jules, rozpoczęło się – zwrócił się z powrotem do mnie. – Powiedz mi czego chcesz.
            – Zdecydowałam już – odparłam. – Chcę umieć wskrzeszać.
            Jego oczy zrobiły się jeszcze większe.
            – To się nie uda – szepnął. – To zbyt trudne.
            – Nic innego nie jest mi aż tak potrzebne.
            – Proszę, pośpiesz się – jęknął. – W każdej chwili połączenie z ich światem może się zerwać. Wybierz coś łatwego.
            – Nie – warknęłam. – Wiesz ilu ludzi obecności brakuje w moim życiu? – szepnęłam. – Sam mówiłeś, że sprawa Wyklętych pochłonęła tyle ofiar.
            – I że nie możemy dopuścić, żeby to się stało z nami. Chyba nie chcesz ich wszystkich wskrzesić?
            – Muszę – powiedziałam. – Uszczęśliwię Kaylę i wiele innych osób. Zrobię coś dobrego. – Moje źrenice się rozszerzyły.
            Josh wyglądał na naprawdę zaniepokojonego moim wyborem. Ale dlaczego?
            – Nie uda ci się – wyszeptał. – To zbyt trudne nawet dla kogoś doświadczonego, a ty robisz to po raz pierwszy. Pośpiesz się, zażycz sobie coś łatwego.
            Pokręciłam głową.
            – Nie, Josh.
            Przełknął ślinę i zerknął na śpiewające demony. Miały zniecierpliwiony wyraz twarzy, można było w nich dostrzec nawet nutkę groźby.
            – Więc wybacz, ale muszę to zrobić – powiedział i puścił moje ręce.
            Natychmiast znowu złapałam go za nadgarstki i chociaż spróbował je wyrwać, ja nie dopuściłam, żeby do tego doszło. Musiało mi się udać.
            – Czarne anioły. – Odrzuciłam głowę do tyłu zerkając na niebo. – Użyczcie mi swej świętej mocy i pozwólcie mi wracać do życia ludzi, spełniać cudy. Potrzebuję tego i was. Tylko wy możecie mi pomóc – podniosłam głos. – To słowo nie zmieni świata w piekło.
            – Jules, przestań zanim będzie za późno – wyszeptał Josh. – Ściągasz na siebie ich gniew.
            – Dajcie mi to, a oddam wam wszystko czego chcecie – oświadczyłam równie cicho, błagalnie.
           Temperatura sprawiała teraz wrażenie jeszcze niższej, szczękałam zębami. Dosyć spokojną dotąd powierzchnią szarpały teraz fale. Wyrazy twarzy topielców zmieniły się na wrogie. Nagle poczułam się słabo, a głową zawładnęły zawroty. Nie wiedziałam już właściwie co się dzieje. Puściłam ręce Josha, ale gdy osunęłam się na kolana, jego dłonie zacisnęły się na moich nadgarstkach nie dopuszczając bym upadła. Moje ciało stało się bezwładne, a powieki ciężkie. W końcu całkiem opadły i ogarnęła mnie ciemność.






_______

No hej,  w końcu jestem z nowym rozdziałem. W sumie jestem zadowolona. I nie mówić mi teraz, że mało opisów, bo naprawdę się starałam z nimi :D Pozdrawiam ;)