niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział trzynasty

„Kolce nie służą do niczego. To tylko złośliwość kwiatów.” 
~ Antoine de Saint-Exupery
Jules

           Rano obudziły mnie rażące promienie słońca wnikające do salonu przez na wpół zasunięte żaluzje. Rozwarłam powieki i zasłoniłam oczy dłonią, irytując się światłem.  Podniosłam się do pozycji siedzącej, przeciągając się przy tym i ziewając.
            Zerknęłam na dwa pogrążone we śnie ciała, leżące obok mnie. Ich oddechy były wyrównane i nie miałam wątpliwości, że trochę czasu minie, zanim sami się obudzą.
            Wczorajszej nocy napisałam Curtisowi, że szansę na to, że wrócę do domu o przyzwoitej porze są marne, a on uznał, że lepiej żebym już w ogóle nie wracała, ale za to będę musiała chodzić na zajęcia do końca roku szkolnego mimo, że obecność nawet nie jest sprawdzana. Zgodziłam się, chcąc uniknąć kary w postaci szlabanu. Ale nie mogłam się też spóźnić.
            Wygrzebałam telefon z torebki i uderzyłam wyprostowaną dłonią o czoło. Była szósta pięćdziesiąt, a lekcje zaczynały się za czterdzieści minut. Jeśli miałam wziąć prysznic, uczesać się i ogólnie doprowadzić do porządku, a potem jeszcze wezwać taksówkę i dojechać na miejsce, mogło być ciekawie.
            – Rowan – szepnęłam mu nad uchem, a kiedy nie zareagował, potrząsnęłam nim. – Wstań.
Zero reakcji.
            – Obudź się – warknęłam.
Ani drgnął.
            – Pysiu, prędzej zniesiesz jajo niż obudzisz go o tej porze – usłyszałam i z wywróceniem oczu, zerknęłam na już nieśpiącego Colta.
            – Muszę zadzwonić po taksówkę – oznajmiłam. – Zaraz mam lekcje. A jeszcze muszę się ogarnąć. – Wskazałam na potargane włosy i rozmazany make-up, którego nie zdążyłam zmyć wczorajszego wieczoru.
            – Po co ci taksówka? – Zdziwił się. – Ja cię mogę odwieźć.
            – Masz auto? – Uniosłam brew. W końcu wczoraj także przybyliśmy tu taksówką, a Colt nie był pijany.
            – Wezmę jego. – Wskazał na śpiącego przyjaciela.
            – Dobra – zgodziłam się, podniosłam torebkę i ruszyłam w kierunku łazienki.
            Zamknęłam się w niej i wzięłam ekspresowy prysznic, po czym rozczesałam włosy, które dzisiejszego wilgotnego dnia miały ochotę się pokręcić. Następnie wyjęłam z torebki tusz do rzęs, cienie do powiek, kredkę do oczu i szminkę.
            Gdy byłam gotowa, opuściłam łazienkę, znalazłam buty w salonie i ruszyłam za Coltem do garażu.
            Zmieściłyby się tam dwa samochody, ale w środku stał tylko jeden. Było to srebrne porsche z obitymi białą skórą fotelami, które aż się prosiły o to, abym na nich usiadła.
            Otworzyłam szeroko usta i spojrzałam na chłopaka.
            – Jeździ porsche? – spytałam.
            – To nie jego – wyjaśnił Colt, siadając za kierownicą tego pięknego auta. – On prawie w ogóle nie jeździ.
            – To jego matki? – Nagle owładnęły mną mdłości i zawahałam się przed choćby dotknięciem samochodu.
            – Ojczyma – poprawił mnie. – Wsiadasz czy nie? – Zerknął na mnie zniecierpliwiony.
            – Och. – Uśmiechnęłam się nerwowo. – Tak. – Usiadłam na miejscu pasażera i zapięłam pasy. – Chyba są bogaci – bąknęłam, choć ta uwaga miała tyle sensu, że aż wcale. Hej, przecież znajdowałam się w wielkiej rezydencji. Nie miałam jeszcze okazji zwiedzić jej całej, ale na pewno było tu pełno przepychu.
            – Raczej byli – napomknął Colt. – Od miesiąca nikt tu nie mieszka.
            – Skąd wiesz? – pisnęłam nerwowo.
            – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale byliśmy tam sami. – Zaczął stukać palcami o kierownicę, czekając aż drzwi się otworzą i będzie mógł wyjechać.
            Przywitało nas słońce i ciepło. Zaczęłam żałować, że ubrałam pożyczoną czarną koszulkę z logo GTA. Tamta z wczoraj śmierdziała potem. Tą za kilka godzin spotka ten sam los.
            – Tak, ale powiedziałeś, że od miesiąca – zauważyłam.
Zerknął na mnie.
            – To dla ciebie to wydaje się podejrzane czy dla mnie? – Zaśmiał się nerwowo, gdy opuściliśmy podjazd i wyjechaliśmy na ulicę.
            Umilkłam, mrużąc oczy od słońca.
            – Słychać od ciebie przyśpieszone bicie serca – stwierdził chłopak.
            – Dobra, co chcesz ode mnie usłyszeć? – wypaliłam, zakrywając oczy dłonią.
            – W schowku powinny być okulary – poinformował mnie, ignorując pytanie.
– Dzięki.
Następnie jechaliśmy w milczeniu.
W pewnym momencie nie wytrzymałam i włączyłam radio.
– Wczoraj byłaś jakaś bardziej rozmowna, pysiu – zauważył Colt.
– Bo wczoraj nie rozmawialiśmy na poważne tematy – mruknęłam z nutką wyższości.
– A teraz to robimy?
Od odpowiedzi na to pytanie uratowało mnie to, że dojechaliśmy na parking przed liceum. Wiedziałam, że takie auto przykuje uwagę, a ja postanowiłam dobrze to wykorzystać.
            Wysiadłam z niego nonszalancko, specjalnie zostawiając sobie okulary. Zapukałam w szybę przy miejscu kierowcy, a chłopak odsunął je i spojrzał na mnie pytająco.
            – Przyjedź po mnie po lekcjach. Kończę o piętnastej. – Nachyliłam się bliżej. – I powiedz mi jeszcze, z którą z tych dziewczyn się przespałeś.
            – Milly – odparł cicho.
            Uśmiechnęłam się szyderczo, odsunęłam się od okna, pomachałam mu na pożegnanie i jak gdyby nigdy nic, poszłam na lekcje czując na sobie spojrzenia innych uczniów.
***
            Wszystkie potrzebne na dzisiaj podręczniki trzymałam w szafce, więc udałam się po ten od matematyki i niezadowolona zauważyłam, że nadal trzymam tam alkohol. Musiałam się go pozbyć przy najbliższej okazji.
            – Hej – usłyszałam i odwróciłam się do Elizabeth.
            Z jej włosów zmyła się farba, więc znowu olśniewały swoim naturalnym, jasnym kolorem. Miała na sobie kwiecistą sukienkę i złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie czaszki z rogami jelenia.
            – Słyszałam, wszystko słyszałam – oznajmiła. – Szkoda, że nie od ciebie. – Wywróciła oczami. – Ale musisz mi opowiedzieć jak było.
            – Czemu zachowujesz się jak typowa nadpobudliwa, plastikowa przyjaciółeczka? – spytałam, zamykając szafkę.
            – Dobra, żartowałam. – Uniosła ręce do góry w obronnym geście. – Tak naprawdę to słyszałam dużo wersji i jestem pewna, że żadna z nich nie jest prawdziwa, a takową wyjawisz mi ty.
            – Zaraz… jakie wersje usłyszałaś? – Zmarszczyłam brwi, idąc przez korytarz pełen uczniów, których było zdecydowanie mniej z racji tego, że teraz rzadko kto przychodził. Mało osób przejęło się, że wagarowanie zostanie uwzględnione w informacjach, które otrzyma college wraz z podaniem.
            – Na przykład taką, że ty, ten twój norweg i jeszcze jeden facet, pijani opuściliście imprezę, a potem w trójkę zaspokoiliście swoje potrzeby w krzakach przed domem Fiony. I nie, nie mówię o pęcherzu.
            – Chyba nie muszę ci mówić, że to kłamstwo. – Westchnęłam.
            – Tak, ale pomyślałam, że cię to rozśmieszy. – Uśmiechnęła się lekko.
            – Kto ci to powiedział?
            – Janice, Brooke i reszta, gdy wysiadałaś ze statku kosmicznego – oznajmiła ironicznie Lizzy.
            Dotarłyśmy już prawie do klasy, ale na drodze zauważyłam wspomniane przez nas już grono. Bez wahania ruszyłam w ich kierunku, odgarniając do tyłu włosy. W myślach niemal widziałam jak przyjaciółka rusza za mną, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
            – Może zanim rozpowiecie, że ktoś wyszedł z imprezy pijany, warto by było się dowiedzieć czy nie jest abstynentem – rzuciłam na powitanie.
            Janice, brązowooka szesnastolatka o miodowych włosach zaśmiała się i zerknęła na mnie, unosząc ładnie wyregulowaną brew.
            Musiałam jej przyznać, że umiała dobrze udawać to, że nie umiera z zazdrości.
            – A może tego nie pamiętasz, bo byłaś naćpana? – spytała pogardliwie.
            – Nie ćpałam wczoraj, zdziro – oznajmiłam.
            – Myślę, że to określenie bardziej pasuje do ciebie – zauważyła, uśmiechając się.
            – A może jednak do niej. – Skinęłam głową w kierunku Milly, która i tak nie miała zbyt pewnej miny. – Colt przesyła pozdrowienia – posłałam jej uśmiech i zaczęłam grzebać w małej kieszonce torebki – i to – wręczyłam jej znaleziony banknot jednodolarowy – żeby nie było, że za darmo.
            Nie zdążyłam zobaczyć jej reakcji, bo minęłam tą grupkę i dokończyłam wędrówkę do właściwej klasy.
***
            Jak się spodziewałam, plotek usłyszę jeszcze całą masę, a każda była jeszcze bardziej wymyślna od poprzedniej. Miałam niemiłe wrażenie, że podmieniono mnie z Olive Penderghast.
            Tak naprawdę każda dziewczyna skrycie marzy, żeby ludzie mówili o jej życiu seksualnym. Chce być nazywana zdzirą i obrzucana zazdrosnymi spojrzeniami ze strony koleżanek, a lubieżnymi od facetów.
            Przypomniały mi się słowa Rowana. O ile coś ma swój umiar, jest w porządku.
            Między szóstą, a siódmą lekcją, podczas kiedy odbywał się lunch, zdecydowałam się na kluczowe, dumne wejście do stołówki, ale coś mnie zatrzymało, a mianowicie ktoś, kogo wcale nie miałam ochoty widzieć. Mikey.
            – Możemy chwilę pogadać? – spytał, patrząc na mnie z chłodnym rozbawieniem, gdy wyrwałam rękę z jego uścisku po tym jak złapał ją, żeby nie zgubić mnie w tłumie.
            – Wybacz, ale jestem głodna – oznajmiłam i odwróciłam z zamiarem odejścia, ale on złapał mnie za ramię, przytrzymał i wywlókł na schody awaryjne, gdzie rzadko ktoś siedział, gdyż woźny Michael od razu wypędzał stąd wszystkich intruzów. – Nie dotykaj mnie – warknęłam.
            – Co się z tobą dzieje? – Zmarszczył brwi.
– Dlaczego nagle postanowiłeś się do mnie odzywać? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, nagle nabierając pewności siebie.
– W twoich nawykach nie leżało przyjeżdżanie do szkoły rano z obcym facetem.
– A w twoich całe życie leżało mieszanie się do moich prywatnych spraw.
– Dlaczego dajesz się wykorzystywać?
– Nic o mnie teraz nie wiesz.
Jego urażone, niebieskie oczy spoglądały na mnie z zawodem, co sprawiało, że miałam ochotę go pobić. Jeśli miał zamiar wzbudzić we mnie poczucie winy, to równie dobrze mógł iść się pieprzyć.
Uśmiechnęłam się szyderczo, gdyż do głowy wpadł mi pewien pomysł.
– Nie powinny obchodzić cię plotki o moim życiu seksualnym – stwierdziłam. – Przecież ty już wszystko masz za sobą, nieprawda?
Wyraz jego twarzy zmienił się na niepewny.
– O czym mówisz? – spytał.
– Leach – wymówiłam jej imię powoli jakbym się zastanawiała, czy dobrze usłyszy. – Rzuciłeś ją przeze mnie. – Pokręciłam głową z udawanym smutnym uśmiechem. – Podobałam ci się. – Nigdy wcześniej nie myślałam o tym poważnie, pewnie nie mając do tego okazji. Ale tak mi kiedyś powiedział, a z perspektywy czasu, nie dziwiło mnie to tak bardzo. – I pewnie nadal tak jest – dokończyłam wiedząc, że jego cierpliwość wisi na włosku.
– Nie jesteś w moim typie – rzucił.
– Nieprawda. – Zrobiłam krok do przodu, popychając go na ścianę i zaciskając zęby w nagłym przypływie gniewu.
– Czemu tak się zmieniłaś? – wysyczał. – Mam wrażenie, że mam przed sobą zupełnie nową osobę. Głupią sukę nieprzejmującą się opinią publiczną, próbującą zwrócić na siebie uwagę i myślącą, że w ten sposób zapomni o tym co się stało przez własną naiwność.
– A ja mam nieprzyjemne wrażenie, że to zazdrość – powiedziałam, wysoko unosząc głowę. – Spójrz na mnie. – Odchrząknęłam. – Straciłam rodzinę, wielu przyjaciół, rzucił mnie chłopak. Mam prawo być smutna. – Położyłam dłonie po obu stronach jego głowy robiąc skruszoną minę. Patrzył się na mnie chwilę, a następnie chwycił je i odepchnął. Uśmiechnęłam się.
– Ale ty nie jesteś smutna! – podniósł głos. – To co robisz, nie pozwala ci na to.
– Co takiego robię, Mikey? – Odrzuciłam do tyłu włosy.
– Naprawdę muszę ci mówić?
– Tak, ponieważ nie wiem co to ma do ciebie – wyjaśniłam.
Chyba nie spodziewał się tej odpowiedzi i zamilkł.
– Jesteś naprawdę beznadziejny. Gdybyś mnie chociaż trochę znał, wiedziałbyś, że udaję – stwierdziłam. – Coś ci powiem. Nigdy nie umiałeś odpowiednio wyrażać uczuć. Gdybym rzeczywiście była głupią suką, zaśmiałabym się ci w twarz i nie mówiła, że mnie to zraniło. – Pociągnęłam nosem, a następnie rzeczywiście się zaśmiałam. Nie szyderczo, ale to wystarczyło, żeby pozbawić go nadziei, że wreszcie ulegnę i przyznam mu rację. – Więc może masz rację – powiedziałam chłodno i odeszłam.
***
            Dzień w szkole zakończył się pozytywnie, poza tym, że każde spojrzenie Mikey’a, którym mnie obdarzał po naszej rozmowie było denerwujące na tyle, że miałam ochotę do niego podejść i wydłubać mu oczy, żeby przestał. To okropne uczucie, gdy ktoś kogo nie masz ochoty widzieć, się na ciebie patrzy. Zranił mnie mimo, że wiedział o moim problemie tyle co nic. Och, jak w ciągu ostatnich tygodni zdążył mi obrzydnąć. Jedyne o czym teraz marzyłam, było znalezienie się w ramionach Rowana i szybkie, bezbolesne zapomnienie, że kiedykolwiek zadawałam się z kimś, kto nie potrafi mnie zrozumieć.
            Z ulgą zauważyłam, że srebrne porsche już stoi na parkingu. Przygryzłam wargę i ruszyłam w jego stronę.
            – I jak było w szkole, pysiu? – spytał Colt, gdy wsiadłam na miejsce pasażera.
            – Miałeś kiedyś takie uczucie, że chciałeś po prostu kogoś zamordować za to, że jest? – spytałam.
Zaśmiał się.
            – Podejrzewam, że tak – oznajmił w końcu. – Podczas pełni.
            – Hej, pytam poważnie. Mój przyjaciel… – urwałam. – Chociaż, wiesz co? Nie, on nie zasługuje na to miano. Osobnik płci męskiej, który uczęszcza do tej samej szkoły co ja, ma jakiś problem z tym, że moje zachowanie troszeczkę odbiega od normy po tym jak wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
            – To rzeczywiście jakaś menda – uznał.
            – Masz rację – syknęłam. – Jak ja go nienawidzę! – Ręce zaczęły mi drżeć.
            – Tak się kończą beznadziejne przyjaźnie męsko-damskie – stwierdził ze smutkiem chłopak, wyjeżdżając z podjazdu.
            Moje oczy wypełniły się łzami złości. Otarłam je i skuliłam się na chłodnym fotelu.
            – Ej, nie tylko mi tu nie płacz. – Colt zerknął na mnie. – Chcesz pójść na lody? Nie wiem co może pocieszyć szesnastolatkę. – Przygryzł wargę.
            – Lody brzmią świetnie. – Pociągnęłam nosem.
            – To dobrze. – Skręcił w prawo i zatrzymał auto przed kawiarnią. – Chcesz zostać w środku czy idziesz ze mną?
            – Idę. – Otarłam łzy chusteczką znalezioną w torebce i wyszłam na zewnątrz.
***
            Colt nadal był irytujący, ale przynajmniej odwracał uwagę od dręczącej mnie sytuacji. Zjedliśmy po deserze z mnóstwem czekolady, posypki i bitej śmietany, pogadaliśmy, pośmialiśmy i po prostu przyjemnie spędziliśmy czas. Musiałam przyznać, że „dobra z niego dupa”.
            Kiedy chciałam sprawdzić godzinę, w torebce czekała na mnie niemiła niespodzianka.
            – O nie, mój telefon – jęknęłam. – To już drugi zgubiony w tym miesiącu. – Przygryzłam wargę.
            – Nie zostawiłaś go u Wrightów? – podsunął.
Otworzyłam szeroko usta.
            – Może masz rację – przyznałam, kiwając głową. – To co? Jedziemy?
            Chłopak zapłacił za desery, zostawił napiwek w postaci numeru telefonu dla ładnej kelnerki i wyszedł za mną.
            Przejażdżka zeszła nam na kolejnych żartach i zdawała się zejść szybciej niż ta poranna. Do tego było o wiele cieplej.
            Zaparkowaliśmy, opuściliśmy auto i podeszliśmy do drzwi wejściowych. Nacisnęłam klamkę, ale o dziwo okazała się zamknięta. Zdezorientowana spojrzałam na Colta.
            – Hm, dziwne – stwierdził. – Klucz jest za doniczką na parapecie.
            Odszukałam wzrokiem okno z doniczką i wysunęłam zza niej pożądany przedmiot, a następnie otworzyłam drzwi.
            Musiałam przyznać, że salon prezentował się o niebo lepiej, gdy był posprzątany.
            Wnętrze domu zachowywało się w ciemnobrązowych oraz beżowych odcieniach. Był przestrzenny, ale przytulny i pełny przepychu. Większość podłogi przykrywał puszysty dywan, a na skórzanych kanapach ułożone zostały futrzane narzuty. W ścianie równoległej do tej z ogromnymi oknami, przez które można było podziwiać park stanowy Karoliny Południowej oddalony tylko o kilkadziesiąt mil, tkwił kominek.
            Wyspa kuchenna oddzielała kuchnię od jadalni z kolejnym rozległym oknem i drzwiami prowadzącymi na taras. Zauważyłam też basen.
            Och, co ja bym dała, żeby tak żyć.
            Niestety nie zauważyłam mojego telefonu.
            – Rowan? – zawołałam. – Widziałeś moją komórkę?
Żadnej reakcji.
            – Colt, gdzie on jest? – spytałam chłopaka, a on wzruszył ramionami.
            Pomyślałam, że może bierze prysznic albo coś i mnie nie słyszy, więc zapukałam do łazienki i gdy odkryłam, że nie ma w niej nikogo, wyszłam na pierwsze piętro mahoniowymi schodami. Nie znałam dobrze układu tego domu i nie wiedziałam, co może mnie tam spotkać.
            Poziom, na którym teraz się znajdowałam mieścił dwuosobową sypialnię, która kiedyś musiała należeć do Josepha i Beatrice, kolejną pustą łazienkę, biuro i bibliotekę, a następny dwie sypialnie, tyle samo łazienek i duży balkon, ale żadnej żywej duszy.
            Z ciekawości zajrzałam do sypialni Rowana i przygryzłam wargę na widok czystej ściany. Ani śladu farby, czy też szczątków medalionu. Jakby mnie to w ogóle nie było.
            – Daj telefon – nakazałam Coltowi, gdy wróciłam na parter. – Zadzwonię do niego.
            – Co się tak przejmujesz? – spytał, wyciągając smartfona z kieszeni i podając mi go. – Mógł zwyczajnie iść do sklepu czy coś.
            – Naprawdę? – Uniosłam brew. – Nie brzmisz przekonująco. – Znalazłam jego numer na liście kontaktów i bez wahania wybrałam go. Po paru sygnałach uruchomiła się poczta głosowa. – Poczekaj – mruknęłam do wilkołaka, który zdążył już wyciągnąć rękę po telefon. – Zadzwonię do siebie. – Znałam swój numer na pamięć i zawiodłam się, gdy również usłyszałam pocztę, a nic nie wskazywało na to, że komórka jest w tym domu.
            – Nie odbiera? – odezwał się Colt, gdy z ponurą miną oddałam mu przedmiot.
            – Musiał go wziąć – oznajmiłam. – Tylko po co? I gdzie poszedł?
            – Mnie nie pytaj. – Uniósł ręce w obronnym geście. – Nie wiem.
            – Był tutaj, gdy wyjeżdżałeś? – Popatrzyłam na niego jak na idiotę.
            – Tak – odparł z przekonaniem.
Skinęłam głową, skrzyżowałam ręce na piersi, zastanawiając się, co mogło się stać. Jedno było pewne: nie wyszedł na zakupy.
– Mówił coś? – zabrałam głos po chwilowym milczeniu.
– Nie.
Pokręciłam głową z rozczarowaniem i wyszłam na zewnątrz. Chłopak ruszył za mną i zamknął drzwi, a następnie odstawił klucz na swoje miejsce.
– Gdzie teraz pójdziesz? – spytałam, gdy oboje zatrzymaliśmy się pod bramą.
– No nie wiem – udał naprawdę zamyślonego – może wrócę do domu?
– Nie będziesz go szukał?
– A ty?
– Jak? – Zaśmiałam się lodowato. – Bez telefonu, śladu, czegokolwiek?
– Nie masz aplikacji „Znajdź mój iPhone”? – Uniósł brew.
– Miałam ją pobrać, ale się rozmyśliłam – mruknęłam ponuro. I teraz tego żałowałam.
Pogoda była zdecydowanie lepsza niż wczoraj, ale moje samopoczucie wręcz przeciwnie. Coś ściskało mnie w żołądku, a jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że nie powinnam być zaskoczona.
Próbowałam o tym nie myśleć, ale w mojej głowie pojawiła się teoria mówiąca, że Rowan przyszedł tutaj tylko po jedno, dostał to i odszedł.
Musiałam na spokojnie przemyśleć inne możliwości. Czemu zawsze rozważałam te najgorsze?
– No nic. Może mieszkasz gdzieś w okolicach Lasur Street? – spytałam Colta z krzywym uśmiechem.
***
Okazało się, że tam nie mieszka, więc musiałam wracać sama. Jeszcze w życiu się tak nie jeździłam tak często taksówkami. Tęskno mi było do porsche, ale nie mogłam narzekać.
Po szesnastej znalazłam się pod moją niezbyt wyróżniającą się szeregówką. Po nocy spędzonej w aż dwóch willach, chciało mi się rzygać na jej widok.
Ruszyłam przez żwirek prowadzący do drzwi wejściowych i zastanowiłam się, czy Curtis może być już w środku. Z powodu braku telefonu czułam dziwną pustkę, którą powinno się jak najszybciej wypełnić. Przecież to równoznaczne z odcięciem ręki czy nogi!
Nacisnęłam dzwonek przy wejściu i zaczekałam. Poczułam ulgę słysząc kroki, gdyż byłam głodna, bo przez tego idiotę nie zdążyłam niczego zjeść podczas przerwy na lunch, a ja nie umiałam gotować. Porcja lodów nie unicestwiła głodu na amen.
Drzwi otworzyły się, a w progu stanął uśmiechnięty Curtis.
– Nareszcie przyszła – zawołał. – Jules, koleżanka przyszła do ciebie po notatki.
– Jaka koleżanka? – spytałam wiedząc, że to na pewno nie Elizabeth, gdyż ta była dzisiaj obecna w szkole.
Przekroczyłam próg i zobaczyłam szczupłą blondynkę siedzącą na krześle w jadalni z nogą na nogę. Widząc mnie uśmiechnęła się, ale było w tym coś niepokojącego. Wesołej czy smutnej nie powinno jej tu być.
– Danielle – odezwałam się nonszalancko. – Przyszłaś po notatki?
– Tak. – Pokiwała głową, a jej jasne loki rozsypały się na ramionach.
– Twoja koleżanka jest bardzo miła – oznajmił Curtis. Ta, jasne. – Czemu nigdy wcześniej jej nie zapraszałaś?
– Hm, nie jesteśmy aż tak blisko – wyjaśniła siostra, uśmiechając się naprawdę słodko.
– Tak, tak. Dany, chodź już, zeszyty mam na górze – powiedziałam i chwyciłam ją za ramię, a następnie poprowadziłam do swojego pokoju. – Dobra, co ty tutaj do diabła robisz? – warknęłam, zamykając za sobą drzwi.
– Zauważyłam, że przyjazne powitania nie są za bardzo w twoim stylu – stwierdziła przyglądając się zdjęciom z dzieciństwa powieszonym na tablicy korkowej nad komodą. – Cóż, nieważne. – Wzruszyła ramionami. – Mam nadzieję, że pamiętasz, co się wczoraj stało.
Miała na sobie obcisłą bordową sukienkę, wysokie buty, a w ręce trzymała czarną kurtkę pewnie na wypadek chłodu czy kolejnej burzy, co wydawało się dzisiaj mało prawdopodobne.
– Stało się wczoraj dużo rzeczy – burknęłam.
Zaśmiała się cicho i przysiadła na brzegu łóżka.
– Chodzi o Setha – sprecyzowała – i to, że twoja przyjaciółka cierpi z powodu jego śmierci.
– Tak, doskonale ją rozumiem – powiedziałam chłodno. – Ale co ja mam na to poradzić? Rowan – przełknęłam ślinę – podał jej właściwie informacje.
– I co? Nie pomożesz jej? – Dany zamrugała. – Zawsze byłaś pierwsza do pakowania się w samobójcze misje.
– Z tego co wiem, to ta nie jest samobójcza – wyjaśniłam uśmiechając się ironicznie.
– Myślisz, że tak łatwo znaleźć czarownika? – Uniosła brwi.
A żebyś wiedziała, że nie myślę.
            – Więc przyszłaś po to, żeby znowu zwerbować mnie do Drużyny Pierścienia? – domyśliłam się.
            – Mniej więcej. – Wzruszyła ramionami. – Czy to życie nie wydaje ci się nudne?
            – Nudne jak cholera – uznałam. – Ale bezpieczne.
            – Świetnie. – Uśmiechnęła się. – Ale mam jeszcze jedno pytanie. Gdzie poszłaś wczoraj? Twój ojczym mówił, że nie wróciłaś na noc.
            – Byłam u Rowana – oznajmiłam unosząc dumnie głowę.
Otworzyła usta w zamiarze powiedzenia czegoś, ale się powstrzymała, a na jej twarz wypłynął pełen zrozumienia uśmiech. Potem zerknęła na mnie i zmienił się na smutny.
– Jesteś naiwna, że dalej z nim jesteś – powiedziała niepokojąco łagodnie.
– Jak to? – Zmarszczyłam czoło. Dobrze może i nie wiedziałam gdzie teraz jest, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Coś mogło się stać albo…
– Na balu, na który poszedł z tobą, zabawiał się ze mną. – Uśmiech ponownie rozświetlił jej twarz.
– Co? – spytałam coraz bardziej zdezorientowana.
– Tak było, siostrzyczko.
– Ale on mówił, że tylko rozmawialiście – przypomniałam sobie. – O czym nie wiem? – Spojrzałam na nią pytająco.
– Domyśl się. – Wstała i podeszła do mnie.
– Pocałowałaś go? – Zaśmiałam się bez przekonania.
– Och, skarbie. – Dany pogłaskała mój policzek. – Dlatego właśnie jesteś naiwna.
– Więc co zrobiliście?
Kolejny uśmiech.
            – Gadaj.
            – Można powiedzieć, że twój chłopak był trochę znudzony, więc… zabawiliśmy się.
            – Sprecyzuj się.
Wywróciła oczami.
            – Trzeba ci tłumaczyć wszystko jak dziecku. Mam na myśli seks – wyjaśniła, unosząc kąciki ust jeszcze wyżej.
            – Co? – Zdezorientowana spojrzałam na nią. Nasuwało się pytanie kiedy i po co. – Dlaczego mi to zrobiłaś?
            – On zaczął. Pocałował mnie. Ja nawet go nie lubię. Zresztą z wzajemnością.
            – To dlaczego to zrobiłaś? – jęknęłam. – Dlaczego on to zrobił?
            – Nudziło mu się – powtórzyła, wzruszając ramionami.
            – A ty?
            – Mi też – przyznała. – A on kiedy się nie odzywa jest całkiem… przyjemny. – Zaśmiała się chłodno.
            – Ty pieprzona, jebana kurwo!
            – Irytujące są fochy ludzi, którzy chcieli znać prawdę. – Westchnęła ciężko, wbijając wzrok w swoje paznokcie. – To on zaczął – przypomniała.
            – To trzeba było się nie zgodzić.
            – Ty byś się nie zgodziła? – Uniosła brew do góry.
            – Nawet gdyby to był Rowan, to bym się nie puściła. – Miałam nadzieję, że nie wyczuje kłamstwa.
            – Ale to ja jestem tą demoniczną siostrą – zauważyła.  – Wyluzuj, nie zabiliśmy ci psa. To był tylko szybki numerek na drzwiach kabiny toaletowej.
            – Ale mnie to zraniło – powiedziałam powoli, dumnie unosząc głowę.
            – A mi dostarczyło przyjemności.
Odwróciłam wzrok.
            – W czym tkwi problem, Jules?
            – A jak myślisz, co?
            – Twój chłopak zerżnął mnie na twojej szkolnej imprezce, a ty uważasz, że to moja wina. Tak nie jest.
Zacisnęłam szczękę.
            – Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że byłby do tego zdolny.
            – A mi nie. Nie wiesz o nim zbyt wiele, skarbie.
            – Czego na przykład?
Uśmiechnęła się krzywo.
            – Sam powinien ci to powiedzieć.
            – Ale zniknął – wyznałam w końcu, biorąc głęboki oddech. Gdy to powiedziałam, wcale nie poczułam się lepiej. – Nie mam się jak z nim skontaktować, bo zabrał mój telefon.
            – Ale dalej mu ufasz, prawda? – Westchnęła i pokiwała głową ze smutkiem.
            – Nie – wypaliłam patrząc na nią jak na idiotkę.
            – Już nie?
            – Po tym co się dowiedziałam…
            – To on mnie pocałował – powiedziała raz jeszcze. – Nie na odwrót.
            – To trzeba było go odepchnąć?
Prychnęła, siadając z powrotem na łóżku i zakładając nogę na nogę.
            – Nie lubisz go – przypomniałam.
            – Ale był dobry.
            – Wiem, że był! – skłamałam odruchowo. Prawda nie była za piękna, a mianowicie taka, że Rowan dbał tylko o własne potrzeby, nie przejmując się innymi.
            – Chyba dowiedziałam się o tym pierwsza.
            – Nie masz się czym chwalić, dziwko.
            – Posłuchaj, nie wiem, dlaczego on wolał najpierw zabawić się ze mną, zapytaj jego.
            Ja również usiadłam na obracanym krześle i położyłam dłoń na biurku. W pokoju panował półmrok przez zasłonięte żaluzje. Dodatkowo okno wychodziło na wschód i stąd niemożliwe było ujrzenie słońca o tej porze dnia.
            – Bo byłaś pod ręką.
            – A ty nie? – spytała.
            – No dobra, poddaję się.
            – Uświadomiłaś coś sobie? – Spojrzała na mnie z odrobiną siostrzanej troski.
            – Co?
            – Rowan to drań.
            – Ale mnie kocha – powiedziałam pewnym siebie głosem.
            – Ale kocha się z kim popadnie.
            – Może był pijany. – Kolejne wytłumaczenie przyszło mi do głowy.
            – Pił? – Uniosła brew. – Nie wyczułam od niego alkoholu.
            – Dobra, wolał ciebie! Zadowolona? – Uśmiechnęłam się w ten sam wredny sposób co ona, ale na pewno nie wyszło mi tak dobrze jak jej. Skrzywiłam się. – Naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
            – To, że nie zostaniesz tutaj i nie będziesz się nad sobą użalać, a pomożesz uratować inny związek.
            – Zgoda, pomogę – oznajmiłam. – Ale tylko ze względu na Kaylę.
            – A miałaś jakieś inne względy do wyboru?
            – Tak! Ty mnie o to poprosiłaś.
Wywróciła oczami, wstała i otworzyła drzwi, przez które obie opuściłyśmy pokój, a następnie zeszłyśmy po schodach na parter.
            – Co powiesz twojemu ojczymowi? – szepnęła Dany, gdy zobaczyłyśmy jak ogląda w salonie telewizję, odwrócony do nas tyłem. – Wakacje?
            – On zna prawdę – wyjaśniłam cicho. – Nie chcę go znowu okłamywać.
            – To co? Mówisz mu?
            Skinęłam głową.
            – Hej, tato. – Nadal tak do niego mówiłam. Robiłam to całe życie i gdy siostra wymawiała słowo „ojczym”, kumałam dopiero po chwili. – Musimy porozmawiać.
            – Tak? – Odwrócił się do mnie. Nie chciałam znowu go opuszczać. Nie miał już nikogo poza tą swoją dziewczyną, której na oczy nie widziałam.
            – Muszę wyjechać. – Przygryzłam wargę. – Na jakiś czas.
            – Co? – Zmarszczył brwi.
            – Rozumiesz, kraina czarów wzywa. – Uśmiechnęłam się krzywo.
            – Myślałem, że dałaś sobie z tym spokój. – Wyglądał na zawiedzionego.
            – Chłopak mojej przyjaciółki nie żyje – wyszeptałam. – Dzieją się złe rzeczy. Jestem potrzebna.
            Przez chwilę miał niepewną minę, ale potem zerknął mi w oczy i uśmiechnął się smutno, wstał i mnie przytulił.
            – Leć – polecił Curtis. – Tylko jeśli miałabyś zdychać, racz mnie powiadomić.
            – Nie boję się śmierci – wyznałam. – Umierałam setki razy.
***
            Jak się spodziewałam, siostrzyczka zabrała mnie do bazy. Nic nie zmieniło się od mojej ostatniej wizyty, oprócz tego, że brakowało dwóch osób. Mikey’a i Setha. Jeden był martwy. Chwilowo, ale jednak. Wszystko jak zwykle było w naszych rękach.
            Ku mojemu zdziwieniu szybko otrząsnęłam się po wyznaniu Danielle. Wszystko poszło niezgodnie z planem, który przecież miał na celu utrzymanie Rowana przy sobie. Co jeszcze musiałam dla niego poświęcić? Może dlatego, że od kiedy wrócił, ufałam mu mniej, albo dlatego, że może tylko udawałam zaskoczenie, chcąc przekonać samą siebie, że to niemożliwe przed faktem.
            Tak czy inaczej niezbyt miałam ochotę na kolejne spotkanie. Ewidentnie miało kiedyś nastąpić, ale jak miało przebiec?
Przeanalizowałam jego zachowanie wczorajszego wieczoru od początku. W moim domu zachowywał się jak smutny, skrzywdzony chłopczyk. Gdy mu wybaczyłam stał się nieco arogancki i bardziej pewny siebie. Oczywiście.
Musiałam popracować nad swoimi postanowieniami. Gdy obiecałam sobie, że już żaden facet mnie nie wykorzysta, godzinę później to znów się wydarzyło. Miałam ochotę śmiać się lodowato z samej siebie.
            Tymczasem ja, Dany, Alex i Kayla znajdowaliśmy się w największym pomieszczeniu w bazie przerobionym na salon. Jedynym źródłem światła była lampa naftowa zawieszona przy drzwiach.
            Podczas mojej nieobecności przyjaciele przeprowadzili jakiś porządny remont, bo ściany nie były już obskurne, a pomalowane na ciepłe, brązowe odcienie. Kamienna podłoga została częściowo przykryta gumową wykładziną, a plastikowe, składane krzesła zostały zastąpione pufami.
            Budynek w dawnych czasach służył jako bank, ale jego góra została zburzona i zostały tylko podziemia wraz z pustym sejfem. Wody niestety nie było, a toaleta okazała się dziurą wykopaną na zewnątrz. Jeszcze bardziej zatęskniłam za willą.
            – Dobrze, jeszcze raz. Co wiemy? – Danielle wstała i przeszła się po pomieszczeniu.
            Zobaczyłam, że Alex stara się nie patrzeć na jej tyłek, gdy się porusza, a ona również odwraca wzrok, gdy ten skrzyżuje się ze spojrzeniem chłopaka.
            – Zapamiętałam nazwisko – odezwała się Kayla.
            Zobaczyłam, że jej zmęczone ciemne oczy są przekrwione, a także sprawiały wrażenie wołających o pomoc. Jej cera była bledsza niż zazwyczaj, prawie że trupia. Odsłaniała siateczkę żył na skroniach i chudziutkich nadgarstkach.
            W pewnym sensie wiedziałam co przechodzi, chociaż moje odczucia dotyczące rzekomej śmierci Rowana jeszcze dwa dni wcześniej były zupełnie inne. Byłam pewna, że teraz znowu byłyby takie same.
            – Darren Risley – powiedziała Dany. – Wiemy o nim bardzo mało.
            – Czyli? – spytałam.
            – Można znaleźć go we Szkocji – zaczęła. – Super, mój ulubiony kraj. – Wywróciła oczami.
            – A macie jakieś pomysły dotyczące miasta? – Mój wzrok zatrzymał się na każdej twarzy po kolei.
            – Może Rowan by wiedział – zauważyła siostra, patrząc na mnie. – W końcu to on polecił nam tego czarownika.
Bardzo śmieszne, kochana.
            Otworzyłam usta, próbując szybko wymyślić jakiś chamski komentarz, ale ku mojemu zdziwieniu wyprzedził mnie Alex.
            – Nie wiem o co wam chodzi – rzucił każdej z nas znużone spojrzenie – ale jeśli mamy się tam zatrzymać na dłużej to mam znajomych w Aviemore.
            – Co to? – spytałyśmy wszystkie.
            – Miasto – wyjaśnił jakby mówił do idiotek. – Na północy Szkocji. Ostrzegam, że to straszne zadupie. Mieszkają tam może dwa tysiące ludzi.
            – Och. – Danielle znów przeniosła wzrok na mnie. – A to w pobliżu zamku WRIN?
Miałam ochotę jej przywalić. Nie dość, że pieprzyła się z moim chłopakiem, to najwyraźniej chciała jeszcze bardziej mnie pogrążyć. Chociaż nie wiem czemu wzmianka o zamku miała na celu mnie obrazić.
– Podejrzewam, że z pięćdziesiąt mil odległości. – Chłopak wzruszył ramionami. – W sumie to dobrze, bo któreś z nas musi tam zawitać.
– Co? – Zmarszczyłam czoło.
– Proponuję Jules – odezwała się Dany.
– Skończ już, proszę – powiedziałam zirytowanym tonem.
Ona i Alex popatrzyli po sobie, po czym on uniósł brwi, a tamta się uśmiechnęła. Wiedziałam, że ze sobą zerwali i w sumie myślałam, że będą się czuli w swoim towarzystwie bardziej niezręcznie.
– Po co właściwie mamy tam iść? – Kayla nie wyglądała na zadowoloną z tego powodu.
– Słuchajcie, siedziałem tutaj sam przez parę tygodni. Siedziałem i myślałem. – Westchnął. – Poczytałem trochę legend o tych smokach i mam parę teorii sprzecznych z tymi Fanelli. – Widząc nasze miny zamilkł. – No nie mówcie, że o tym zapomniałyście.
– Myślę, że to nie nasza sprawa – stwierdziła siostra, a ja musiałam jej przyznać rację.
Kayla pokręciła głową.
            – Seth nie żyje. Jak myślicie z jakiego powodu?
            – Przez twojego ojca – stwierdziłam.
            – Tym czynem przerwał pokój między wilkołakami i wampirami. Nie bez powodu. Nastały nowe czasy.
            – Czekaj, nie rozumiem. To Fanella jest za to odpowiedzialna? – Zmarszczyłam czoło. – Przecież przyszła do nas po pomoc i… – urwałam, gdyż pozostali ewidentnie unikali mojego spojrzenia.
            – O czymś nie wiem?
– Churchill mówił „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”. – Wampirzyca westchnęła.
– Okej, rozumiem. Ktoś chce znowu podburzyć przeciw sobie niektóre gatunki. Pewnie tak samo będzie z Wyklętymi – załapałam. – Żeby nikt sobie nie ufał?
– Wtedy będą słuchać osoby, która im tak poradziła. Stwierdzą, że tylko jej można wierzyć – oznajmił Alex.
– To bardzo nie w stylu Aeneasa – uznałam.
– On nie żyje, nie pamiętasz?
– Fanella wychowała się wraz z nim, prawda? Musi myśleć podobnie, ale najwyraźniej tego nie robi – wyjaśniłam. – Chyba że… to nie ona. – Zerknęłam na chłopaka.
– Brawo. – Danielle zaklaskała w dłonie.
– Jest czymś w rodzaju pionka?
Wydało mi się to całkiem prawdopodobne. W końcu ile ludzi czyhało na tron po śmierci króla. Byłam jedną z nich, gdy martwe ciało (lub jego dwie części) uderzyło o zbroczoną krwią posadzkę. Gdybym wtedy nie stchórzyła, może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
– A co do tego mają te całe smoki? – zapytałam.
– Wszyscy mówią, że ta Wyklęta, która uciekła z własnej egzekucji jest tą, o której chodzi w przepowiedni.
– Przypomnisz mi jej słowa?
Alex westchnął, po czym podszedł do stołu, na którym znajdował się stos książek, papieru i laptop. Znalazł właściwą kartkę i podał mi ją.

Twórca miotających pożogą wróci,
ogień z ogniem sprzymierzyć się musi,
w blasku stanie ona, jego nadzieja,
której setki lat wyczekują,
przeznaczeni kropla w człowieka zmieni,
przyjdzie z daleka przeklęty lód,
krew ognistej przeleje ukochany jej chłód.

– Dobra – zaczęłam po przewertowaniu wzrokiem tekstu. – Twórca miotających pożogą to ten cały Melius. – Zerknęłam na pozostałych, a oni odpowiedzieli skinięciem głowy. – Myślę, że jego powrót byłby wielkim wydarzeniem. W końcu ma być naszym przyszłym, głównym antagonistą.
– No nie wiem. Wszyscy o tym mówią, ale z Omnemalumem było tak samo. Tylko jego zwolennicy oglądali powrót. Był martwy po paru godzinach – zauważył chłopak.
– Czy wy jesteście głupi czy ślepi? – przerwała nam Danielle. – Temat schodzi na nieistotne rzeczy. Alex, lepiej kontynuuj o tej przepowiedni i dziewczynie.
– Nie wiem czy znacie prawdę o przepowiedniach, ale zazwyczaj nie wypowiadają ich przypadkowi chłopcy z wizjami – oznajmił. – Od tego są wyrocznie. Od setek lat żadna się nie pojawiła.
– Skąd wiesz, że ten dzieciak nią nie jest?
– Wyroczniami mogły być tylko kobiety – wyjaśniła Kayla.
– Myślicie, że kłamał?
– Myślimy, że ktoś wkradł się do jego umysłu i najzwyczajniej manipulował jego zachowaniem oraz wmówił, że to co powie jest prawdą – odparł chłopak.
– I cała społeczność w to wierzy? Skoro wy wiecie o żeńskich wyroczniach...
– Ktoś każe im milczeć i w to wierzyć.
– Ale po co? – Zmarszczyłam czoło.
– Żeby odwrócić od siebie uwagę.
– I co? To że smoki słuchają się tej młodej też jest podłożone do schematu?
– Słuchaj, ona umie władać ogniem i dodatkowo słuchają się jej smoki. Wyklęta może mieć tylko jedną umiejętność magiczną. Ona nie jest naturalna, więc tym bardziej można stwierdzić, że podłożono ją do schematu – oznajmił.
– Rozumiem. – Pokiwałam głową. – Nie jest potwierdzone, że ona jest Wyklętą. Ale jeśli nie nią, to kim?
***
            Po następnych godzinach spędzonych na dyskusji o tej dziewczynie, wspólnie zadecydowaliśmy, że skoro wszyscy inni są bierni i nawet nie myślą o przyznaniu się na temat swojej wiedzy, mu musimy interweniować. Nawet Kayla nie narzekała, chociaż wiedziałam, że aż rwie się do wskoczenia w najbliższy samolot do Szkocji. Miała miesiąc, a jeden wieczór w tę czy w tę nie miał nic do rzeczy.
            Dowiedziałam się, że nazwisko rzekomej wybranki to Roxanne Charms. Danielle i Alex już ją spotkali, więc dokładnie opisali jej wygląd, ale Internet zrobił swoje i zobaczyłam ją na własne oczy.
            Była to czternastoletnia, rudowłosa i pulchna dziewczynka o okrągłej twarzy z jasnozielonymi oczami. Nie grzeszyła urodą ani popularnością, gdyż w sieci było o niej naprawdę mało o tej istotce.
            Plan był taki. Znaleźć jej rodziców i dowiedzieć się o niej jak najwięcej.






____
            
Obiecałam wziąć się do roboty i to zrobiłam. Opisów jest... więcej niż zwykle. Nie jest idealnie, ale podejrzewam, że lepiej. Nikt nie rodzi się mistrzem :D