niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział dziesiąty

„ – Mamusiu, dlaczego tamten anioł ma czarne skrzydła?
– Bo upadł.
– To dlaczego się uśmiecha?
– Bo wciąż ma nadzieję, że powstanie.”


Jules

W końcu nadszedł czwartek, a wraz z nim dzień balu. W jedną noc zdążyłam zmienić zdanie i postanowiłam, że nie idę, gdy zdałam sobie sprawę, że naprawdę nie mam z kim. Nie byłam jak Lizzy, która swoją gadką potrafi załatwić sobie wieczór z każdym, a i tak woli brudnego, starszego o siedem lat śmiecia, Rooney’a. Nie żebym go nie lubiła, bo jest moim bardzo dobrym znajomym, ale na dłuższą metę nie wytrzymałabym ani z nim, ani z jego ramoneską wiecznie śmierdzącą potem, winem i okropnie pachnącą wodą kolońską, którą próbuje zatuszować to, że myje się może raz w tygodniu.
Gdy tak o nim myślałam, przypomniałam sobie, że muszę powiadomić przyjaciółkę, że nie wybieram się na bal.
Podniosłam się z łóżka i wyjęłam telefon z plecaka, a następnie wybrałam numer Elizbeth.
– Siema, co tam? – usłyszałam jej głos, gdy w końcu odebrała.
Westchnęłam.
– Powiedz, że nie będziesz krzyczeć.
– Co znowu? Wkopałaś mnie i Rooney’a dyrektorowi za ten grad kamieni na aucie tej pizdy od matmy, przez którą nie przeszedł na trzecim roku i nie dała mi szóstki na koniec? Wiesz co jest najlepsze? Prędzej podejrzewali by o to obcych niż mnie!
– Dziewczyno, ogarnij się, nikomu was nie wkopałam. I tak cię to pewnie nie obchodzi, ale nie idę dzisiaj na bal.
– O ty mendo, dlaczego?! – oburzyła się.
– Nie mam z kim.
– A ten satanista?
– Mówiłam ci, że nie ma nikogo takiego.
– Słuchaj, techno, które znając życie puszczą na balu, działa na nich usypiająco, więc gdyby znowu chciał cię złożyć w ofierze Rogatemu…
– Elizabeth, zamknij się.
– Będę cię męczyć, dopóki nie powiesz, że idziesz.
– Idę.
– Naprawdę?
– Nie.
– Jules!
– Nie pójdę sama, zapomnij.
– Ludzie by się zastanawiali jak z tak krótkimi spódniczkami, nikogo nie wyrwałaś.
– Właśnie.
– Rooney ma dużo kolegów, mogę ci jakiegoś wysłać.
– Nie, dzięki. – Nie bardzo podobała mi się perspektywa wieczoru spędzonego z nawalonym i zboczonym kumplem Rooney’a, chociaż ostatnio jakoś zaczęłam się z nimi utożsamiać. – Jeśli tak bardzo ci zależy, to pójdę z… – zerknęłam na ekran laptopa leżącego na pościeli i sprawdziłam listę osób dostępnych online na czacie Facebooka – ktoś się znajdzie.
– Dobra, ja kończę. Do zobaczenia.
– Narka.
Nie miałam zamiaru nawet kogoś szukać, więc przygotowałam się do wyłączenia tego portalu, gdy zobaczyłam, że mam jeszcze parę powiadomień, których nie zdążyłam przeczytać wcześniej. Moim oczom ukazało się parę zaproszeń do znajomych sprzed tygodni. Seth Rampling, Alex Wright i paru Wyklętych, którym udało się przeżyć, a także Rowan Malarkey.
Ciekawość przeważyła i weszłam na jego konto. Na zdjęciu profilowym wyglądał na młodszego niż teraz, włosy również miał krótsze. Oczywiście wyszedł na nim ślicznie, niewinnie i aniołkowato.
Po chwili namysłu odrzuciłam zaproszenie i wylogowałam z Facebooka.
***
Jakiś czas później usłyszałam pukanie do drzwi.
Kayla i Seth byli ostatnimi osobami, jakich się tutaj spodziewałam w ten dzień.
– Hej – zagruchała Kayla i przytuliła mnie mocno. – A co to ma być?
Zerknęłam z rezygnacją na swój poplamiony podkoszulek i za małe spodnie od piżamy.
Za to oni wyglądali jakby wybierali się na jakąś formalną imprezę. Dziewczyna miała na sobie czarną, elegancką sukienkę z czymś przypominającym krawat, ale nie do końca, spoczywającym na obojczyku, a on ciemno-szary garnitur.
– Idziecie na bal? – Uniosłam brwi. – Przecież wy nawet nie chodzicie do tej szkoły.
Kayla przewróciła oczami.
– A gdzie twoja sukienka?
– Na dnie szafy z przyczepioną metką – przyznałam i wydłubałam ze splątanych włosów papierek. – Nie idę.
– Jesteś po prostu obrzydliwa. – Wampirzyca zmarszczyła nos i wślizgnęła się do środka. – Ale jak to: nie idziesz?
– Nikt mnie nie zaprosił.
– Ciekawe dlaczego – odparła, przyglądając mi się z odrazą.
– Nawet Mikey cię nie wziął? – spytał Seth, szczerze zdziwiony.
– Nie – mruknęłam. – Nie za bardzo już się dogadujemy.
– A Alex?
– Dlaczego miałby mnie zapraszać?
– Byliście razem – przypomniała Kayla.
– Słucham?! Nawet gdyby tak było, to chyba byłby wystarczający powód, dla którego by nie chciał ze mną iść.
– Zaraz do niego zadzwonię – zaproponował Seth. – Jest lekko przybity po rozstaniu z Danielle i trochę rozrywki dobrze mu zrobi.
– No dobra – burknęłam obojętnie.
Kayla pociągnęła mnie po schodach na górę i weszła do mojego pokoju. Wyciągnęła sukienkę z szafy i przyjrzała jej.
– Dlaczego akurat biała?
Wzruszyła ramionami.
– Jako jedyna zakrywała moje plecy.
Wampirzyca przewróciła oczami i popchnęła mnie w stronę łazienki.
– Umyj się i za chwilę przyjdź.
– Przecież jestem czysta…
Przyjaciółka spojrzała na mnie jak na idiotkę.
– Bez dyskusji.
Pokazałam jej środkowy palec i szybko wślizgnęłam do pomieszczenia. Rozebrałam się i nalałam wody do wanny. Gdy była już prawie pełna, zakręciłam kurki i weszłam do niej. Poczułam gęsią skórkę na plecach jak zawsze, gdy reszta ciała stykała się z gorącem. Z westchnieniem zamoczyłam włosy w wodzie i umyłam je swoim ulubionym szamponem.
– Szybciej! – usłyszałam zniecierpliwiony głos Kayli.
Mruknęłam coś wulgarnego i wyszłam z wanny, ochlapując przy okazji całą podłogę. Owinęłam się ręcznikiem i wkopałam swoje stare ciuchy pod umywalkę.
Gdy opuściłam łazienkę, Kayla szybko złapała za suszarkę i doprowadziła moje włosy do porządku.
Kiedy już myślałam, że da mi spokój, ona wzięła się za robienie jakiejś skomplikowanej fryzury. Kosmyki naokoło mojej głowy splotła w warkocz i wsunęła w niego spinki. Resztę włosów lekko pofalowała przy użyciu lokówki.
– Ślicznie – oznajmiła zadowolona ze swojej pracy.
Następnie nałożyła trochę fluidu na moje policzki ukrywając nieco piegi, potem narysowała kreski eye-linerem i pociągnęła po rzęsach tuszem. Pomalowała mi usta krwistoczerwoną szminką i uśmiechnęła się.
– Wyglądasz niesamowicie – stwierdziła i podała mi małe lusterko, a widząc moją minę, zaśmiała się i zapytała: – Zobaczyłaś ducha czy coś?
– Chyba.
Makijaż najwyraźniej potrafił jednak zdziałać cuda, bo nałożonemu przez przyjaciółkę, udało się ukryć niedoskonałości mej wychudzonej twarzy.
– Przebierz się – odparła, rzucając we mnie kiecką.
Westchnęłam i wzięłam jeszcze z komody bieliznę. Wróciłam do łazienki i założyłam ją i sukienkę. Po metamorfozie wyglądałam w niej inaczej niż w sklepie.
– Masz jakieś buty?
– Creepersy – mruknęłam.
– Mogą być.
Włożyłam je i przejrzałam się w lustrze.
– Masakra – mruknęłam poirytowana, gdy nie wyglądało to zbyt dobrze.
– Wytrzymasz.
Wzruszyłam ramionami i już się nie odezwałam, poprawiając sznurówki u butów. Cisza stała się dosyć niezręczna, a przerwała ją Kayla.
– Wiesz, że nadchodzi kolejna wojna? – spytała.
– Coś obiło mi się o uszy – powiedziałam niemal obojętnie. – Nie wezmę w niej udziału. Ale domyśliłam się, że przyszłaś tu tylko po to, żeby mi to powiedzieć.
Dziewczyna westchnęła, ale nic nie powiedziała.
– Daruj sobie. Tak, wiem. Wiem, że jeśli tak będzie, to mnie nie ominie. Po prostu nie odpowiem po żadnej ze stron – dodałam.
– Na razie nic nie wiadomo. Istoty mordują smoki, a Wyklęci powoli wracają do dawnego życia. Na ich miejsce odczekałabym jeszcze chwilę.
– A ty? Masz gdzie wrócić?
Jej usta zmieniły się w wąską kreskę.
– Mój ojciec raczej nie zechce mnie z powrotem.
– Właściwie to dlaczego stamtąd uciekłaś? Nie mogło chodzić tylko o tego narzeczonego.
– Nie, masz rację. Bardziej chodziło o to, że nie mogłam żyć z moim ojcem. Nigdy ci nie mówiłam, ale tak naprawdę zostałam adoptowana. Nieśmiertelni nie mogą mieć dzieci. To taka jakby cena. Ale wracając do Anthony'ego... on nienawidził Wyklętych tak jak Stark, albo nawet bardziej. Powiem ci coś w tajemnicy.
– Słucham.
– Na pewno wiesz, że Istoty nie muszą się rodzić Istotami. Mogą się nimi stać śmiertelnicy, Wyklęci oraz demony – zaczęła.
Otworzyłam usta ze zdumienia.
– Nie wiedziałam o tym.
– Teraz już wiesz. W każdym razie… mój ojciec nie zawsze był wampirem. Był Wyklętym.
– Anthony Montgomery był Wyklętym? Ale przecież on jest przedstawicielem WRWA! Nie mogli wybrać na to stanowisko dawnego Wyklętego.
– Nikt o tym nie wie. Oprócz mnie.
– A ty skąd to wiesz?
– Przeczytałam coś w rodzaju jego pamiętnika. Niestety on mnie na tym nakrył. Groził, że jak komuś powiem, zamorduje mnie. Uciekłam, a on nie szukał mnie wcale dlatego, że jestem jego córką. Bał się, że komuś to wypaplam. A wiesz co jest najlepsze? Że jego ojcem był wilkołak. Urodził się setki lat temu, kiedy jeszcze nie było pokoju między Istotami a Wyklętymi. Nienawidził tego, kim był, więc przysiągł sobie, że wypowie kiedyś wojnę wilkołakom.
– To głupie – przerwałam jej.
– Wiem, ale on był szalony. Nie myślał logicznie.
– To kiedy to było? – spytałam.
– Około pięćset lat temu. – Wzruszyła ramionami.
– Trochę dużo.
– Trochę bardzo dużo – mruknęła przyjaciółka pustym i chłodnym tonem. Było wiadomo, że to koniec tematu.
Ruszyła ku schodom, a ja poszłam za nią. Seth uśmiechnął się na nasz widok.
– Alex będzie za dwie godziny – zwrócił się do mnie.
– Okej.
– W takim razie, my cię zostawiamy. Spotkamy się na balu – odparła Kayla i chwyciła za rękę swojego chłopaka.
Pomachali mi i wyszli. Westchnęłam i usiadłam na kanapie. Lubiłam Alexa, ale jakoś specjalnie nie miałam ochoty się z nim widzieć. Nie chciałam się widzieć z nikim.
Dwie godziny. Nie chciało mi się tyle czekać. Mogłabym czymś przekupić swojego towarzysza, żeby tylko nie musieć tam iść.
Powoli robiło się ciemno.
Usłyszałam dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegar. Czas jeszcze nie minął.
Westchnęłam i podeszłam do nich. Nacisnęłam na klamkę i uchyliłam je. Zamarłam. To nie był Alex. Poczułam się, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.
Przede mną stał Rowan.
***
Zrobiło mi się lodowato.
Nie zmienił się prawie w ogóle. Dlaczego miałby? Od naszego ostatniego spotkania minęło tylko parę tygodni.
– Niespodzianka – szepnął, uśmiechając się lekko. Jego wzrok prześlizgnął się po moim ubiorze, a mina zrzedła. – Myślałem, że to bal przebierańców – powiedział w końcu. – Dlatego przebrałem się za zwykłego, niewinnego chłopaka, który kocha swoją dziewczynę i o nią dba.
– Jakim cudem ty żyjesz? – wypaliłam.
– Słucham? – Zmarszczył brwi.
– Zabiłam cię! Ty… ty nie masz prawa żyć. – Cofnęłam się w głąb domu.
– Co?
– Medalion. Zniszczyłam go.
– Och. – Zrozumiał. – Nie mówiłem ci? Już nie ma nade mną władzy od jakiegoś czasu.
– Co nie zmienia faktu, że nie chcę cię tu widzieć, martwego czy żywego – oświadczyłam po chwili milczenia.
– A wytłumaczysz mi chociaż dlaczego zasłużyłem na śmierć?
Zmrużyłam oczy.
            – Wykorzystałeś mnie, okłamywałeś mnie, manipulowałeś mną!
            – To chyba nie jest wystarczająco powód.
            – Wiesz co? Odejdź, zostaw mnie w spokoju i się tutaj więcej nie pokazuj. Po co w ogóle tu jesteś? Żeby mnie dręczyć? Żeby znów zniszczyć mi życie? Nie mam ci nic do powiedzenia. – Już miałam zamknąć drzwi, gdy on je przytrzymał i wszedł do środka, zamykając za sobą.
– Jules, to prawda, wykorzystałem cię. Ale zrozumiałem, że to może nie było zbyt… dobre.
Roześmiałam się nerwowo.
– Nie znam cię – oświadczyłam. – Nigdy nie znałam. Kim ty jesteś?
– Bycie aniołem to nudna fucha – zaczął.
– Byłeś aniołem? – spytałam.
Był jakiś inny niż zwykle. Taki... smutniejszy, czego chyba nigdy przede mną naprawdę nie okazał. To było prawie tak samo dziwne jak nakrycie Setha tańczącego zumbę w moim ogrodzie.
– Jestem. Upadłym.
– Dlaczego upadłeś?
– Bo ktoś mi kurwa podstawił nogę – prychnął.
Zmarszczyłam brwi.
– Nie upadłem. Zostałem wypchnięty. Śliczni, grzeczniutcy aniołkowie wypchnęli mnie z Nieba, bo uważali, że jestem za zimny. I zbyt psychiczny – kontynuował.
– A jesteś?
– Upadek z Nieba jest długi. Mocno walnąłem się w głowę. Od tamtej pory jestem chorym sadystą.
Zrobiłam krok do tyłu.
– Nie musisz się mnie bać. Może jestem złym aniołem, ale nie złym człowiekiem.
Uniosłam brwi.
– Zgoda. Masz rację. Jestem złym człowiekiem, jestem zły na tyle, że wyrzucili mnie z Piekła.
– Jak tam jest?
– Gorąco. Nienawidzę gorąca i ognia.
– Co można takiego zrobić, żeby zostać wyrzuconym z Piekła? – Mój głos zadrżał.
– Chcesz zobaczyć?
Zignorowałam jego pytanie.
– Chętnie bym to powtórzył – wyznał.
– Czy bardzo się cierpi będąc tam? – zapytałam szybko.
– Nie wiem. Szybko się mnie pozbyli.
– Kto? Kto się ciebie pozbył?
– Upadli. Też uważali, że jestem za zimny.
– Można być za zimnym dla Diabła?
– On w końcu kocha ogień.
– Chodzi o zło. Byłeś zbyt zły?
– Zbyt zimny – powtórzył.
– Rozumiem – zawahałam się. – Dawno tu jesteś?
– Od zawsze.
– A kiedy ostatnio byłeś tam? – Pokazałam na grunt, jakbym chciała przekazać, że to tam znajduje się Piekło.
– Wiesz, że to wszystko to jedna wielka metafora i kilka przenośni, prawda?
– Nie.
– Tak jest. Byłem w kilku miejscach gorszych od Piekła. Sam je stworzyłem.
– Czyżby pochodziły z twojej głowy?
– Nie – szepnął. – Tworzyłem je krwią moich ofiar.
Otworzyłam szerzej oczy.
– Zabiłeś kogoś? – Nie wiedziałam dlaczego akurat o to powinnam zapytać.
– Tak – przyznał bez wahania. – Ale to nie byłem ja.
Skinęłam głową, udając, że mam pojęcie o czym mówi i słuchając dalej.
– Zostawiłem cię, bo tak – powiedział. – Ale musisz wiedzieć, że mnie zależy… Nie musisz mi wybaczać, ale chcę, żebyś znała prawdę.
– Rowan – odezwałam się.
– Tak?
– Wierzę ci.
Przez całą rozmowę, głowę miał spuszczoną, dopiero teraz na mnie spojrzał.
– Ale ci nie wybaczę – dodałam stanowczo.
Wyraz jego twarzy się nie zmienił, ale w jego oczach zobaczyłam ból pomieszany z tęsknotą.
– Przykro mi – szepnęłam.
Skinął głową i z powrotem wbił wzrok w ziemię.
– Całkowicie cię rozumiem – odezwał się w końcu wypranym z emocji tonem. – Ale nie mogę teraz tak po prostu odejść. Nasze pożegnanie było…
– Było najokropniejszą rozmową z twoim udziałem.
– Tak – przyznał, marszcząc brwi.
– Tak – powtórzyłam.
Westchnął.
– Gdybym mógł, to bym to cofnął. Przepraszam.
– Za co?
– Za to, że jestem taki zły, zagubiony i chory. Za to, że nie mogę być twoim aniołem stróżem. Za to, że się mnie bałaś. Za to, że przyszedłem i jeszcze bardziej namieszałem...
– Rowan…
– Nie wiem, co sobie myślałem, przychodząc tutaj.
Otaczała go aura okropnego chłodu. Jakby temperatura spadła o kilkanaście stopni w dół.
– Od kiedy taki jesteś?
Spojrzał na siebie.
– Taki? Czyli jaki?
– Zimny – odparłam.
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami.
– Jest jeszcze jakiś powód, dla którego tu przyszedłeś?
– Ja – zawahał się – chciałem się przytulić.
Spojrzałam na niego z niedowierzeniem. Jego wzrok był smutny. Wyglądał jak mały, zagubiony szczeniaczek zostawiony sam na deszczu.
– Dlaczego? – spytałam tylko.
– Bo mi zimno.
– Nie dotykaj mnie.
– Dobrze – szepnął spokojnie.
Zaczęłam drżeć. Czułam się, jakbym zamarzała.
– To zimno. Ono zabija – rzekłam, szczękając zębami.
– Ja zabijam.
– Przestań – szepnęłam. – To złe.
– Jest mi po prostu zimno.
– Zimno – powtórzyłam jak echo i znowu zadrżałam.
Zrobił krok do przodu. Było coraz gorzej. Kolana się pode mną ugięły, więc klęknęłam przed nim.
– Jestem aniołem – powiedział z namysłem.
– Upadłym – jęknęłam.
– A gdybym był normalnym aniołem, mógłbym cię przytulić?
– Nie.
Otoczyłam ramionami, próbując się zagrzać.
– Nie zrobię tego – powiedział. – Tobie też jest zimno.
– Ja zamarzam – szepnęłam.
– Właśnie dlatego powinienem iść – mruknął, cofając się w stronę drzwi.
– Nie idź – usłyszałam swój głos.
Zatrzymał się.
– Jeśli ty czujesz się tak cały czas… – urwałam i chwiejnie wstałam.
Zawahałam się, ale w końcu zrobiłam parę kroków do przodu i objęłam go. Bił od niego taki chłód, jakbym dotykała lodu. Coraz trudniej to znosiłam.
– Dalej ci zimno? – spytałam, szczękając zębami.
– Tak – stwierdził smutno. – Ale nie tak bardzo.
– Zimno – powtórzyłam jeszcze raz.
Przysunął się jeszcze bliżej, przyciskając swój policzek do mojego policzka.
– Jestem zimny.
– Czuję. Lodowaty.
– A ty nie jesteś lodowata.
– Nie – przyznałam, drżąc.
– Jeszcze bardziej ci zimno – zauważył ze smutkiem.
– Ale tobie jest cieplej – szepnęłam.
Kiwnął delikatnie głową.
– To dobre uczucie – odezwałam się. – Gdy jest ci cieplej.
– Nie chcę, żebyś ty marzła.
– Ale tobie jest tak zimno zawsze.
– A tobie jest zimno teraz. Przeze mnie.
– Nie przejmuj się.
Odsunął się delikatnie.
– Nie chcę, żebyś marzła – powtórzył cicho, bardzo cicho.
– To nic takiego – wyjąkałam. – Naprawdę.
– Już dobrze.
– Na pewno?
Skinął głową, wbijając wzrok w grunt.
– Jak to jest wiecznie marznąć? – szepnęłam. Było mi trochę cieplej, ale niewiele.
– Zimno.
– Czyli źle?
– Smutno.
– I tak wygląda.
Cofnął się.
– Nie szkodzi. Lubię zimno. Zazwyczaj.
– A kiedy go nie lubisz?
– Teraz. Kiedy widzę, jak marzniesz.
– Nie marznę – zaprzeczyłam, ale zdradziłam się, drgając. – To nic.
– Chociaż chciałem cię przytulić, to wolałbym to zrobić z myślą, że będzie ci cieplej.
– Nie jest tak źle. Bywało zimniej.
– Kiedy byłem bliżej ciebie – zauważył. – Wtedy było ci zimniej. Już cię więcej nie dotknę. Obiecuję.
– Ja…
– Ten świat jest trudny.
– A Niebo i Piekło nie są?
– Nie byłem tam.
– A te miejsca? Te, o których mówiłeś? Te miejsce gorsze od Piekła, które sam stworzyłeś?
– Były straszne. Okrutne. Ale były proste. A tu wszystko jest trudne.
– Co tam było?
– Ja.
– I to wszystko?
– Jestem mordercą – przypomniał. – Sadystą.
– Teraz nie.
Spojrzał w zamyśleniu na jakiś punkt poza mną.
– Nadal nie wiem, kim jesteś – powiedziałam po chwili.
– Upadłym, zagubionym aniołem, pamiętasz?
– Ja myślę, że jesteś człowiekiem.
– Człowiekiem – powtórzył szeptem. – Brzmi samotnie.
– Może.
– Jestem samotny.
Nie odezwałam się.
– Może lepiej już pójdę – odparł. – Moje miejsce nie jest tutaj. Powinienem być tam, gdzie jest zimno, ponuro i strasznie. A już na pewno nie dobrze.
– Nie wszystko, co dobre, naprawdę jest dobre – powiedziałam. – I nie wszystko, co złe, naprawdę jest złe. Ty nie jesteś.
Przymknął oczy.
– Przestań – poprosił.
– Nie jesteś zły – powtórzyłam niby żartobliwie, ale jednak poważnie.
– Jestem zimny – oznajmił wzdychając ciężko. – Nie zły, nie dobry. Tylko zimny.
– Dobrze, jesteś zimny, a mnie to nie przeszkadza.
– W czym?
– We wszystkim – mruknęłam, podchodząc tak blisko, że niemal się stykaliśmy. – I w niczym.
Spojrzałam w jego oczy. Były trochę inne niż wcześniej. Teraz coś zdradzały. Coś jak smutek.
– A powinno – stwierdził.
Nie odezwałam się tylko stanęłam na palcach i pocałowałam go w usta. Odwzajemnił pocałunek, a ja czułam się jakbym stała w samym środku zamieci śnieżnej. Objął mnie jedną ręką w talii, a ja musnęłam palcami jego dłoń i ledwo powstrzymałam od oderwania swojej.
Poczułam, że przestaje odwzajemniać pocałunek. Odepchnął mnie delikatnie.
– Obiecałem, że cię nie dotknę – przypomniał sobie z rozszerzonymi oczami.
– Za późno.
– Przepraszam – rzekł.
– Za co?
– Że cię dotknąłem, że jestem taki zimny…
– Nie przepraszaj.
Zniknęło moje przekonanie, że spotykam go po raz pierwszy. Znałam go. Oczywiście, że tak. Pamiętałam wszystko. Pierwsze pewne siebie spojrzenie, które posłał mi, gdy spotkałam go wtedy podczas koncertu. Chyba żadne z nas się wtedy nie spodziewało, że  skończymy właśnie tak. Przypomniał mi się sen, ten, w którym działo się dokładnie to samo, co tego pamiętnego dnia. Czy gdybym miała okazję zmienić bieg wydarzyć, zrobiłabym to?
– Muszę.
– Cicho – przerwałam mu. – Powiedz mi, co tak naprawdę się między nami działo przez ten cały czas. Wiedziałeś, że istnieję przed naszym spotkaniem?
Drgnął. Oczywiście, że tak.
– Tak – odparł cicho.
Stałam niewzruszona nadal mierząc go badawczym spojrzeniem. Nie byłam specjalnie zaskoczona jego wyznaniem.
– Wiem o tobie od dawna.
– I planowałeś to wszystko także od dawna – domyśliłam się.
– Nie wybaczysz mi. – Nie zabrzmiało to jak pytanie.
Nie odpowiedziałam mu tylko jeszcze raz go pocałowałam. Był zaskoczony, ale odwzajemnił pocałunek. Podniósł mnie do góry tak, że znajdowałam się wyżej jego.
Gdy oderwaliśmy się od siebie, zamrugał parę razy, a potem uśmiechnął się delikatnie w troszeczkę inny sposób niż wcześniej.
– Czyli ten wypad na bal dalej jest aktualny?
– Tak.


____

Witam! Rozdział jak rozdział, tylko wrócił nasz grzeczny pan misio! Kto uważa, że nadal jest okropnym kłamcą, gdyż nie powiedział Jules prawdy, o tym gdzie był? 3:) Czekam na reakcje.


A do tego chciałam wam życzyć Wesołych Świąt! To już moje drugie na ty blogu. Niesamowite jest też to, że trwam tą historią dłużej niż rok. Życzę wam, moje czytelniczki i nie tylko, dalszego powodzenia w pisaniu, a także w zwykłym życiu. Dużo zdrowia, szczęścia i miłości. Dziękuję, że ze mną jesteście. <3

EDIT: Rozdział dedykuję Carmen (tak, to jest reklama, jaraj się) bo jest zła, że przywłaszczyłam sobie prawa autorskie do naszej wspólnej pracy. :')

piątek, 5 grudnia 2014

Rozdział dziewiąty

„W naszej drodze do pełni szczęścia jedna rzecz jest absolutnie konieczna: spowiedź. Spowiedź jest aktem pokory, sakramentem miłości i przebaczenia, w którym pozwalam Jezusowi uwolnić mnie od wszystkiego, co dzieli i niszczy. Do spowiedzi powinniśmy przystępować z wielką prostotą, jak dzieci.”
~ Matka Teresa z Kalkuty

Rowan

W mojej głowie rozbrzmiewały odgłosy dzwonów. Ze spuszczoną głową i pustym wzrokiem snułem się po ulicach miasta, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
Podniosłem głowę i spojrzałem w stronę źródła tamtego dźwięku. Był nim całkiem spory kościół z kamiennymi ścianami i obdartym dachem. Ludzie małymi grupkami wchodzili do środka.
Zatrzymałem się. Byłem agnostykiem. Moja matka nigdy nie mówiła pochlebnie o wierze w cokolwiek. Sama była ateistką.
Słyszałem dużo na temat chrześcijaństwa. Uważałem, że musi być w nim jakaś prawda. Mój brat był katolikiem. Czasami mówił, że przydałaby mi się spowiedź. Wtedy kręciłem głową, zastanawiając się na co ona komu.
Po chwili wahania wszedłem za ludźmi do środka. Budynek był wielki od środka i czułem się w nim bardzo mały. Znajdowało się tam pełno drewnianych ławek, w których już zasiadali ludzie. Kilka obrazów przedstawiających świętych zdawało się wbijać we mnie spojrzenia.
Parę osób zaczęło coś szeptać i wskazywać właśnie na mnie. Może dlatego, że moje ubrania były ochlapane krwią.
Ruszyłem naprzód, a tłum ludzi rozstąpił się przede mną. Na ich twarzach był wypisany lęk. Bali się mnie.
Usiadłem w pierwszej ławce, a osoby, które były tam wcześniej, odsunęły się ode mnie jak najdalej.
Usłyszałem za sobą szept:
– Poczekaj, pójdę do spowiedzi zanim msza się zacznie.
Niepostrzeżenie odwróciłem głowę w stronę osoby, która to powiedziała. Zobaczyłem, że jakaś kobieta w średnim wieku podchodzi do czegoś zwanego konfesjonałem. Po chwili ruszyłem za nią, czując na plecach wzrok innych ludzi.
Wierząca uklękła przy kratach i wykonała nieznany mi gest. Potem zaczęła coś mówić, ale nie potrafiłem usłyszeć co. Stanąłem w bezpiecznej odległości i poczekałem, aż ona skończy. Gdy tak się stało, poszedłem za jej przykładem i uklęknąłem przy konfesjonale. Za kratami zobaczyłem starego księdza o łagodnym spojrzeniu. Odchrząknąłem.
– Przyszedłeś do spowiedzi, chłopcze? – spytał.
– Ja… – zacząłem. – Tak.
– A spowiadałeś się już kiedyś?
Przygryzłem wargę.
– Nie…
Kapłan westchnął.
– Dobrze. Więc po prostu powiedz mi co złego uczyniłeś.
Zawahałem się.
– Jestem zły – odparłem po prostu.
Mina księdza się nie zmieniła. Milczał, więc kontynuowałem:
– Ja… raniłem innych. Moją dziewczynę, przyjaciół… wszystkich. Wiele razy.
Nadal żadnej reakcji.
– Jestem samolubny.
– Czyja to krew, dziecko? – wyszeptał w końcu.
Spojrzałem na siebie.
– Przelałem trochę krwi. Kłamałem. Ciągle kłamię. Nawet teraz. Czy zostanę rozgrzeszony?
Kapłan przyjrzał mi się i po chwili skinął głową.
– Tak, dziecko. Udzielam ci rozgrzeszenia. Mimo, że wyrządziłeś tyle zła, Bóg cię kocha, pamiętaj.
Ksiądz uniósł jedną dłoń i zaczął coś szybko mówić, a ja nic z tego nie zrozumiałem. Zapewne to była część spowiedzi. Zauważyłem, że trzyma on parę karteczek z naklejkami w kształcie serduszek.
– Mogę wziąć jedną? – zapytałem mimowolnie.
Zawahał się i podał mi jedną.
– Tak. Trzymaj, dziecko. Jako pokutę odmów Ojcze Nasz. Znasz tą modlitwę?
– Nie.
– To powtarzaj za mną, drogie dziecko. Biedne dziecko. Ojcze nasz…
– Ojcze nasz.
– …Któryś jest w Niebie.
– Któryś jest w Niebie.
– Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje.
– Święć się Twoje imię, przyjdź królestwo Twoje.
Zauważyłem, że się pomyliłem, ale nie chciałem się już poprawiać.
– Bądź wola Twoja, jako w Niebie tak i na Ziemi.
– Bądź wola Twoja, jako w Niebie tak na Ziemi.
– Chleba powszedniego daj nam dzisiaj…
– Chleba powszedniego daj nam dzisiaj.
– I odpuść nam nasze winy…
– Odpuść nam winy.
– Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
Zamyśliłem się.
– Jako my odpuszczamy winowajcom – mruknąłem w końcu.
Ksiądz skinął głową.
– I nie wódź nas na pokuszenie…
– Nie wódź nas na pokuszenie.
– Ale nas zbaw ode złego…
– Zbaw nas ode złego.
– Amen.
– Amen. – Złączyłem dłonie w geście modlitwy.
– Przeżegnaj się jeszcze.
– Jak? – spytałem zbity z tropu.
Ksiądz westchnął i pokazał mi ten sam gest, który wykonywała tamta kobieta przed spowiedzią. Niezdarnie powtórzyłem to lewą ręką.
– Tak, właśnie o to mi chodziło. Idź już, dziecko. Teraz masz czystą duszę.
Pokiwałem głową i odszedłem, ściskając w dłoni naklejkę. Z powrotem wróciłem do ławki.
Zaczęła się msza. Starałem się robić to co pozostali, ale widać było, że jestem tutaj pierwszy raz. Na dodatek podejrzliwe i zlęknione spojrzenia pozostałych ludzi mnie dekoncentrowały. Postanowiłem je ignorować.
– Przekażcie sobie znak pokoju – nakazał kapłan.
Jakaś starsza pani podała mi dłoń, a ja nie bardzo wiedząc co z nią zrobić, ścisnąłem ją bardzo delikatnie.
Gdy ludzie zaczęli iść do komunii, także wstałem i ruszyłem w stronę ołtarza. Klęknąłem przed nim i czekałem, aż ksiądz do mnie podejdzie. Gdy tak się stało, usłyszałem:
– Ciało Chrystusa.
Zamarłem nie wiedząc co teraz. Kątem oka dojrzałem mężczyznę żegnającego się. Zrobiłem to samo, a gdy zdumiony kapłan włożył mi opłatek do ust powiedziałem:
– Dziękuję.
Chyba tak się nie robiło. Następnym razem zapamiętam.
Wróciłem do ławki, gdy miała zacząć się kolejna kościelna pieśń.
– Śpiewem chwalimy Pana – odezwał się ksiądz.
Nie znałem żadnej z tych pieśni, a na myśl przyszła mi tylko jedna melodia, która kojarzyła mi się z szczęśliwymi latami, kiedy jeszcze nie byłem tak samotny.
Cichutko zacząłem nucić jej ostatnie słowa po japońsku:

Zabijmy się nawzajem
A nie dosięgnie nas podła przyszłość
Inaczej nasze kończyny zostaną oderwane
I zgnijemy w samotności
Istnieje drugi ja
Który kocha przelewać krew
Który z nas jest prawdziwy?
[1]

Nikt mnie nie usłyszał, a gdy skończyła się msza, opuściłem kościół. Chyba powinienem czuć się lepiej, ale wcale tak nie było.
Deszcz powoli uwalniał moje ubrania od krwi. Zmieszał się też z moimi łzami. Wszedłem w jakąś uliczkę i opadłem na kolana, brocząc w coraz bardziej powiększającej się kałuży.
Pociągnąłem nosem i ukryłem twarz w dłoniach. Lekko kręciło mi się w głowie. Pochyliłem się do przodu. Było mi zimno i co najgorsze – samotnie.
Jestem zły?
Moje ubranie całkiem przemokło, lepiąc się do ciała.
Samotny.
– Nie – jęknąłem. – Przecież Bóg mi nie wybaczy – wyszeptałem. – Zrobiłem tak wiele złego…
Zagrzmiało. Drgnąłem.
Jestem sam.
– Gdzie jesteś, gdy cię potrzebuję?!
Brakuje mi kogoś?
– Nie – wyszeptałem.
Kłamstwo!
Błyskawica rozświetliła niebo.
Niech ktoś mi powie, że nie jestem zły!
– Proszę…
Zgniję w samotności?
– Zimno – szepnąłem. – Tak strasznie mi zimno.

Jules

– Więc do którego sklepu chcesz iść? – zapytał mnie ojciec, gdy przekroczyliśmy próg centrum handlowego.
– Naprawdę wszystko mi jedno – odparłam, rozglądając się wokoło.
– Wiesz, że znam się na tym tak, jak ty na Tablicy Mendelejewa – skwitował.
Zarumieniłam się.
            – Oj, cicho.
Weszliśmy do jakiegoś eleganckiego sklepu z kosmicznymi cenami. Z westchnięciem popatrzyłam na kilka naprawdę cudownych kreacji.
– Czyli od razu możemy stąd wyjść – mruknęłam, chwytając za metkę pierwszej lepszej z brzegu sukienki.
Była zielona i miała miły w dotyku lejący się materiał.
– Podobno masz kasę.
Milcząc odłożyłam sukienkę na miejsce i ruszyłam w kierunku wyjścia. Curtis poszedł za mną.
            – Nie chcę aż tyle pieniędzy wydawać na ubrania – oznajmiłam, gdy skierowaliśmy się do innego, tańszego sklepu. – Nigdy tego nie robiłam. Po prostu…
– Nie musisz się tłumaczyć, Jules. Chcesz mieć wyjątkowy wieczór i tyle. Wybierz sobie coś ładnego – dokończył.
– Dziękuję. Kocham cię. – Stanęłam na palcach i pocałowałam go w policzek.
Rozpoczęłam myszkowanie między wieszakami, próbując coś wreszcie znaleźć. Wzięłam kilka pierwszych lepszych kiecek i skierowałam się do przymierzalni. 
Na początek założyłam asymetryczną z tyłu sukienkę w błękitnym kolorze na szelkach.
– I jak? – usłyszałam głos taty.
– W porządku.
Ścignęłam tą niebieską i przymierzyłam brązową bez rękawów, a potem kolejną, zieloną z kołnierzykiem ozdobionym cekinami. W żadnej nie wyglądałam zbyt dobrze. Może dlatego, że zwykle nie tolerowałam na sobie innego koloru niż czarny.
Już miałam je wszystkie odnieść, nie spoglądając na resztę, gdy mój wzrok natknął się na uroczą, białą sukienkę. Miała długie i wąskie rękawy.
Założyłam ją i uśmiechnęłam się lekko, gdy okazało się, że wyglądam w niej w porządku. Miała prosty krój, a w pasie umieszczoną wstążkę z kokardką z tyłu.
Nigdy nie pomyślałabym, że będzie mi dobrze w czymś takim. Wyglądałam tak… czysto. Biały ubierałam chyba tylko podczas mojej kariery baletowej.
– Tato. – Wyszłam na zewnątrz. – Chcę tą.
Curtis przyjrzał się mnie uważnie.
– Na pewno chcesz białą? – spytał sceptycznie. – Jeśli ją ubrudzisz, będzie problem.
Westchnęłam.
– Tylko ta nie odsłania moich krzywych pleców – mruknęłam.
– Czyli pozostałe je odsłaniają? – Uniósł brwi.
– Tak. – Pokiwałam głową.
– Więc na co jeszcze czekasz? – Zmarszczył brwi, a następnie popatrzył na cenę i dał mi banknot dwudziestodolarowy, gdyż tyle wynosiła. Nie było źle. – Ściągaj ją i leć do kasy.
Zaśmiałam się i wróciłam z powrotem do przymierzalni. Przebrałam się i odniosłam resztę kiecek tam, skąd je wzięłam.
Zostawiłam sobie białą i ustawiłam się w kolejce.
***
            – O kurde, zapomniałem, że jeszcze mam kupić żarówkę, bo ta w salonie się spaliła – mruknął Curtis, gdy podeszliśmy do naszego auta. – Poczekasz chwilę, a ja jeszcze pójdę po nią?
            – Jasne – odparłam. – Zostanę w aucie.
            – Masz klucz. – Rzucił mi go i odszedł.
            Otworzyłam drzwi do samochodu i usiadłam na miejscu pasażera i włączyłam radio, żeby zająć czymś czas. Po jakimś czasie usłyszałam, że ktoś puka w moje okno. Przyciszyłam muzykę i odsunęłam szybę.
            Stał za nią pan w podeszłym wieku, ubrany w miarę schludnie. Jednak był strasznie chudy i miał jakiś smutek w oczach. Nie cuchnęło od niego alkoholem ani niczym innym.
            – Ja… chciałem się zapytać, czy nie miałaby pani dwanaście centów… bo zbieram na chleb.
Serce rozpadło mi się na milion kawałeczków, gdy to usłyszałam.
            – Och. – Wyjęłam portfel z torebki, a następnie wyciągnęłam z niego dolara i podałam staruszkowi. – Proszę.
            – Bardzo dziękuję, ale nie trzeba aż tyle…
            – Niech pan weźmie. – Uśmiechnęłam się słabo.
            – Jeszcze raz dziękuję – szepnął.
            – Nie ma za co.
Skinął głową i poszedł do supermarketu naprzeciwko parkingu. Po paru minutach wrócił z chlebem i zaczął go zajadać tak jakby to było najpyszniejsze jedzenie na świecie. Wstałam z auta i zamknęłam je, a następnie do niego podeszłam.
– Może chce pan iść jeszcze ze mną na zakupy? Przecież samym chlebem pan sam sobie nie poje.
– Słucham? – Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Niech pan ze mną pójdzie do tego sklepu jeszcze raz.
– Nie, nie. To wystarczy. Nie chcę pani robić kłopotu.
– Ale ja wręcz nalegam.
– No to… zgoda.
Weszliśmy do środka, a on od razu podszedł do działu z pieczywem.
– Jeśli mogę to chciałbym jeszcze jeden.
– Przecież ten jest najtańszy – szepnęłam.
– Dla mnie jest w porządku.
– Och, ale to za mało. Będzie pan głodny. – Podeszłam do działu z mięsem i poprosiłam ekspedientkę o dwadzieścia dekagramów szynki.
– Na pewno mogę? – spytał, gdy włożyłam je do koszyka.
– Oczywiście – odparłam, idąc na stoisko z nabiałem, dokładając do zakupów masło, jajka i mleko. Potem jeszcze wzięłam płatki.
– To za dużo – oznajmił. – Nie może pani na mnie tyle wydać.
– Ale ja naprawdę chcę pomóc. – Podeszłam do kasy i umieściłam wszystko na taśmie.
Pozostali ludzie z kolejki patrzyli się na mnie z jakimś lodowatym zdumieniem, a nawet jakbym zrobiła coś złego. Jakbym ich okradła.
To zabolało mnie jeszcze bardziej.
Zapłaciłam za wszystko i wręczyłam zakupy staruszkowi.
– Ja… nie wiem jak dziękować. Kiedyś zwrócę całe te pieniądze…
– Nie, w żadnym wypadku. – Pokręciłam głową.
– W takim razie naprawdę dziękuję. Jest pani święta.
Uśmiechnęłam się smutno.
            – Do widzenia. Już muszę iść.
            – Do widzenia – odparł.
Wróciłam do auta i znowu usiadłam na miejscu pasażera, a potem wybuchłam gromkim płaczem. Zatkałam usta dłonią i załkałam. Nie czułam się lepiej przez to co zrobiłam. Ani trochę. Dlaczego oni tak na mnie patrzyli? Przecież Głodnego trzeba nakarmić, zwłaszcza jeśli nie przyczyniła się do tego chrześcijanka.
– Córciu, czemu płaczesz? – usłyszałam głos Curtisa, gdy niespodziewanie usiadł obok mnie.
– Przyszedł do mnie taki pan i on… prosił mnie o dwanaście centów na chleb. Wzięłam go na zakupy i kupiłam mu więcej jedzenia…
– Zrobiłaś bardzo dobrze. – Objął mnie ramieniem. – Powinnaś się cieszyć.
– Ale… ci ludzie… w kolejce obok nas, patrzyli się na mnie jakbym… nie wiem… ich okradła czy coś… – Załamał mi się głos. – Chciałam pomóc – dodałam.
– Wiem. Nie przejmuj się nimi.
– To takie niesprawiedliwe. – Ukryłam twarz w jego ramieniu.
– I zawsze będzie – oznajmił. – Ludzie tacy są. Zdają się być mili i przyjaźni, ale każdy z nich ma swoje ciemne strony, prawda?
– To ja… to ja jestem demonem – wyszlochałam. – Dlaczego więc oni zachowują się jakby nimi byli?
– Masz dobre serce.
– Tato, ja nie raz kogoś zabiłam – przyznałam załamującym się głosem.
Poczułam, że się spina.
            – Co ze mną jest nie tak?!
            – Cii. – Pogłaskał mnie uspokajająco po plecach. – Ile osób zabiłaś? I dlaczego?
            – Dwa razy w obronie czyjejś. Cztery razy we własnej. – Pociągnęłam nosem. – Raz z zemsty.
            – Och…
            – Czy żałujesz tego?
            – Nie. – Pokręciłam głową, otwierając szerzej oczy z przerażenia. – Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie.

[1] - Tekst pochodzi w większości z tego źródła. Parę słów zostało zmienionych na potrzeby opowiadania.




______

Witajcie! :') Ten rozdział ma dosyć... inny klimat niż zwykle. Nie jest też zbyt długi, ale chyba jest okej, prawda?