piątek, 21 listopada 2014

Rozdział ósmy

„Zawarliśmy pakt, więc teraz wypełniam swoją część postanowienia. Proszę, pochowajcie mnie obok mojej ukochanej. Pochowajcie mnie w skórzanej kurtce, jeansach i motocyklowych butach. Żegnajcie.” 
~ Sid Vicious
Danielle

Po dwóch dobach od rozmowy z siostrą stwierdziłam, że będę musiała radzić sobie sama i mimo wszystko powiedzieć prawdę Rafowi. Dlatego więc udałam się do niego.
Zadzwoniłam dzwonkiem przy bramie. Nic. W sumie mogło to potrwać trochę dłużej. Stałam więc i czekałam. Dopiero po kilkunastu minutach zobaczyłam znajomą postać, idącą w moją stronę. Chciał się dostać do bramy, ale ja stałam mu na drodze i chwyciłam go za rękę.
– Danielle? – spytał.
– Skąd wiedziałeś, że to ja?
– Zgadywałem.
Westchnęłam.
– Wejdziesz do środka? – zaproponował.
– Tak – odparłam. W dłoni ściskałam ulotkę, którą ktoś dał mi podczas wizyty w Ashadewoods. Mówiła o jakimś balu z okazji zakończenia szkoły.
Weszliśmy więc do domu i ruszyliśmy do salonu, żeby usiąść na kanapie.
– No więc? – zaczął. – Co cię sprowadza?
– Ja… – chcę ci powiedzieć, że jesteśmy rodzeństwem – nie wiem. Obiecałam, że jeszcze kiedyś do ciebie wpadnę, więc jestem.
Pokiwał głową.
– Miałem zamiar ci powiedzieć, że niedługo wracam do Szkocji, więc w sumie dobrze, że jesteś.
– Tak szybko?
– Tak, moja… matka się niecierpliwi.
– Och. To szkoda, że tak mało razy się spotkaliśmy… Jeszcze mam ci tyle do powiedzenia.
– Hm, co takiego?
– No bo… – powiedz mu to w końcu! – Chciałam cię zaprosić na bal.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Bal – powtórzył. – Jaki?
– W mojej szkole, w Ashadewoods – skłamałam. – Z okazji zakończenia jej.
– Chodzisz do szkoły w Ashadewoods? – Zmarszczył brwi. – A nie mieszkasz tutaj?
– Mieszkam, ale… dojeżdżam tam – powiedziałam.
– Kiedy odbędzie się ten bal?
– Jutro – mruknęłam, zerkając na ulotkę. – Mam nadzieję, że to nie problem.
– No… dobrze, ale twój chłopak nie będzie miał nic przeciwko?
Przygryzłam wargę. Prawie zapomniałam o Aleksie, a teraz znowu poczułam uścisk w żołądku.
– Nie spotykamy się już.
– W takim razie, zgoda. – Uśmiechnął się przyjaźnie.
– To do zobaczenia – odparłam i wyszłam, ściskając się wcześniej z nim na pożegnanie.
Gdy już opuściłam budynek, uderzyłam dłonią o swoją twarz. Ciekawe czy będę kiedykolwiek zdolna mu powiedzieć prawdę.

Roxanne

Minęły dwie doby. Z przerwami na jedzenie i picie, ja, Toin i Aurum w końcu dotarliśmy do czegoś, co przypominało wulkan. Gdy podlecieliśmy dosyć blisko, otwór tego dziwnego miejsca poszerzył się na tyle, żebyśmy wszyscy się w nim zmieścili.
Spodziewała się lawy, piekielnego ciepła i ogólnie bardzo nieprzyjemnego środowiska. Nie myliłam się tylko co do gorąca, bo rzeczywiście tam tak było. W środku zobaczyłam coś na wzór miasta jakichś Indian, czyli czegoś, co przypominało pałac wróżek, który niedawno opuściłam.
Aurum delikatnie wylądował na kamiennej posadce, a sufit nad nami zasklepił się, pozostawiając nad nimi małą dziurę, przez którą wpadało światło południowego słońca.
Jest tutaj reszta? – spytałam Auruma.
Moich braci?
Tak.
Jeszcze nie.
Wzruszyłam ramionami i zadrżałam, chociaż wcale nie mogło być mi zimno. Ktoś wyszedł z jednego z małych budynków w mieście. Zobaczyłam, że to mężczyzna. Starszy ode mnie o jakieś pięć lub sześć lat. Miał kręcone, czarne jak smoła włosy i takiego samego koloru, lekko skośne oczy. Otaczała go jakaś aura gorąca. Miał na sobie strój bojowy, pełny doczepionej broni białej.
– Ognista? – spytał.
Nie odezwałam się. Stałam i patrzyłam na niego z otwartymi szeroko oczami.
Uśmiech rozjaśnił mu twarz. Był coraz bliżej. Aurum skłonił przed nim głowę.
– Kim jesteś? – zapytałam.
– Jeszcze się nie domyśliłaś? – Uniósł brwi.
Cofnęłam się nieco do tyłu, natrafiając na twardy bok smoka.
– Ty…. To ty… jesteś…
– Po prostu to powiedz.
– Melius.
Przeczesał dłonią po czarnych lokach.
– Tak, to ja.
***
Nie odezwałam się więcej. Z tego co wiedziałam o Meliusie, to tylko informacje od Auruma. Do tego przepowiednia.
Ale po chwili zaczęłam sobie przypominać opowieści o nim, które czasem opowiadali mi rodzice. O złym Obdarzonym, który chce zniszczyć wszystko w celu pomszczenia swojej smoczycy.
Przełknęłam ślinę. Gdyby rodzice teraz mnie widzieli… gdyby Hayden mnie widziała. Wszyscy tak wątpili w moje zdolności… Ale przecież byłam Wyklętą. Byłam kimś więcej.
Władczynią Smoków.

Jules

Dwie doby później, gdy wracałam do domu ze sklepu, wpadłam na starą przyjaciółkę.
– Hej – przywitała mnie Elizabeth.
– Lizzy. – Przytuliłam ją. – Tak dawno cię nie widziałam.
– Wyglądasz i śmierdzisz jak gówno. – Odsunęła się.
– Szmata – zaśmiałam się. – Brakowało mi twojego ryja.
– Kiedy mieszkałaś pod mostem? Słuchaj, mam propozycję.
– Jaką?
– Idę sobie przekuć nos i zrobić tatuaż.
– Oj, Rooney chyba źle na ciebie wpływa – prychnęłam. – Dzisiaj nos i tatuaż, jutro skakanie po łóżku w butach…
– Zamknij się. Idziesz ze mną? W centrum handlowym jest taki salon – odparła. – Podobno nie boli i są całkiem przystępne ceny.
– Tatuaż z napisem: Lubię duże mokre siusiaki. Co ty na to?
            – Hm, zależy gdzie go sobie zrobisz.
            – Na czole – odparłam.
            – Myślałam, że na pośladku. Twój tata się w ogóle zgodzi?
            – Dał mi wczoraj kieszonkowe, które wynosi trzy razy więcej niż zwykle. Ma jakiś miesiąc miłosierdzia normalnie. Potrzebny mi jego podpis na piśmie czy coś?
            – A ile masz lat?
            – Siedemdziesiąt dziewięć.
            – To jeszcze musisz mieć zgodę.
            – Dobra, podrobię. Nie chce mi się teraz z nim gadać.
***
– Jules, mam do ciebie jedno pytanie – odezwała się Elizabeth, gdy obie wyszłyśmy już z salonu.
Zrobiłam sobie tylko tatuaż przedstawiający gałązkę jarzębiny na lewym boku.
– Tak?
– Co to za koszulka? Od kiedy słuchasz Burzuma? Rooney by cię teraz zamordował.
Westchnęłam i spojrzałam na T-shirt Rowana, który na mnie sprawiał wrażenie wyjątkowo wielkiego. I wcale nie wywołującego poczucia winy, o nie.
– To nie moje – mruknęłam i zdjęłam ją, bo pod spodem na szczęście miałam jeszcze uroczą czarną sukienkę z białym kołnierzykiem i mankietami rękawów trzy-czwarte. Znając mnie, oczywiście była też bardzo krótka.
            – To czyje? – Uniosła brew. – Dlaczego ją nosisz?
            – A co ty, z policji? – Upchnęłam koszulkę do plecaka.
            – Już wiem, już wiem. – Uśmiechnęła się szeroko, podskakując i klaszcząc w dłonie. – Zakochałaś się w metalowcu i ku twojej radości on zaprosił cię do siebie. Sprawiał wrażenie napalonego, a ty się na to nabrałaś, nie wiedząc, że jesteś rzadkim surowcem poszukiwanym przez satanistów do złożenia w ofierze na czarnej mszy i gdy już miał wrzucić cię do ognia, ty wyślizgnęłaś się, zerwałaś z niego tą koszulkę i pobiegłaś ile sił w nogach, a potem zostawiłaś ją sobie na pamiątkę po niespełnionej miłości. – Splotła palce swoich dłoni przed twarzą i z udawanym oczarowaniem stworzoną przez siebie historią westchnęła głęboko.
– A chcesz wpierdol?
Odsunęła się ode mnie.
            – To takie smutne. – Otarła niewidzialną łezkę. – Jak miał na imię? Vladimir? Baltazar? Był z Norwegii?
– Nie, raczej nie – mruknęłam. – Nie istniał. W ogóle skąd ten pomysł? Przez tego Burzuma?
– Bo nadal nie chcesz powiedzieć czyje to. Dlatego opowiadam ci co jest najbardziej prawdopodobne.
– Powiem ci tylko, że nie wzięłabym go na żadną imprezę.
– Och, no nie gadaj. Nie weźmiesz go na bal jutro? Nie martw się, do każdego metala przychodzi taka chwila, gdy chce zatańczyć ze swoją dziewczyną coś innego niż pogo.
– Nie. – Pokręciłam głową. – Jest za bardzo – martwy – drętwy na takie rozrywki. Ja chyba też. Nie wiem czy idę.
– Musisz przyjść. Rooney załatwi wino…
– Zastanowię się jeszcze, okej?
– No błagam, musisz przyjść. Jeśli tego nie zrobisz, sama złożę cię w ofierze.
Zaśmiałam się.
            – Dla Johny’ego Ramone? – podsunęłam usłużnie.
            – No raczej. Słuchaj, pewnie będę już lecieć, bo spóźnię się na obiad.
– Do jutra. Może. Nie wiem, czy przyjdę do szkoły, bo to w sumie ostatni tydzień. Już pozamiatane.
            – Jesteś niemożliwa – stwierdziła. – Dobra, pa. – Pocałowała mnie w policzek i przytuliła na pożegnanie, a następnie obróciła mnie do siebie tyłem i kopnęła mnie w pupę, śmiejąc się.
            – Spieprzaj. – Odskoczyłam od niej.
Posłała mi jeszcze buziaka i odeszła.

Roxanne

Nie wiedziałem, że będzie aż tak młoda – mruknął Melius do Auruma.
Spuściłam głowę.
– Ile masz lat, Ognista? – Zwrócił się do mnie.
– Piętnaście – odparłam. – To znaczy… rocznikowo.
– A wyglądasz na dwanaście.
Zarumieniłam się.
– Ale to nie przeszkodzi ci w treningu.
– W jakim treningu? – spytałam marszcząc czoło.
Chłopak westchnął, jakby to było zbyt oczywiste.
– Kiedy obalę WRIN, nie możesz się temu przyglądać z boku. To jest twoja wojna. Odgrywasz tam znaczącą rolę. Musisz nauczyć się wykorzystywać swoje umiejętności oraz walczyć.
Pokiwałam głową lekko przerażona tą perspektywą.
– Ja nauczę cię władać poprawnie ogniem. – Pstryknął palcami, a na jego dłoni pojawił się jasny płomień. – Na walkę nie mam czasu, więc Toin to zrobi.
– Oczywiście – odparł chłopak.
Spojrzałam na niego zdumiona. On miał uczyć mnie walczyć? Dopiero co stał się człowiekiem. Dziwiło mnie to, że w ogóle umie się poruszać w nowej postaci. Za to on dodatkowo sprawiał wrażenie kogoś, kto doskonale wie jak się obchodzić z własnym ciałem. Śmierdziało mi to, ale nie miałam zamiaru jeszcze poruszać tego tematu.
– Najlepiej, jak zaczniecie od razu – stwierdził Melius. – Sala treningowa jest na końcu uliczki.
Zerknęłam na swoje podarte ciuchy.
– Nie ma tu żadnych ubrań, które by na mnie pasowały? – zapytałam.
– Są, ale musisz się nauczyć żyć w beznadziejnych warunkach. Tak będzie, jeśli zawiedziesz. – W jego głosie pobrzmiewała nuta groźby. – Ale na razie możesz się przebrać. Powinnaś coś znaleźć w budynku naprzeciwko sali treningowej.
Skinęłam głową i ruszyłam we wskazanym przez niego kierunku, słysząc, że Toin idzie za mną. Weszliśmy do właściwego pomieszczenia.
Ucieszyłam się, gdy zorientowałam się, że budynek w środku jest w miarę nowoczesny, w drewnianej szafie na końcu pokoju było pełno ubrań.
Wyciągnęłam czarną koszulkę, elastyczne spodnie i omal nie rozpłakałam się na widok wygodnych New Balansów.
Poprosiłam przyjaciela, żeby zaczekał na zewnątrz i szybko przebrałam. Skrzywiłam się na widok siniaków, pojawiających się tu i ówdzie na mojej skórze.
– Nie powinien od razu kazać ci ćwiczyć – wyznał Toin, gdy wyszłam na zewnątrz.
Pokręciła głową.
– Nie. Chcę nauczyć się walczyć – mruknęłam.
Wzruszył ramionami i wszedł za mną do sali treningowej.
– Więc pierwsze pytanie, jaką bronią umiesz się posługiwać?
Pośrodku pomieszczenia leżała mata, a na ścianach zawieszone byłe przeróżne rodzaje ostrzy i nie tylko.
Wzięłam z półki podłużny miecz o srebrnej klindze i prawie od razu ugięłam się pod jego ciężarem.
– Nie. – Chłopak pomógł mi z powrotem odstawić ostrze. – Na początek weź coś lekkiego. Albo najlepiej najpierw naucz się walczyć bez broni.
– No dobra – wymamrotałam niechętnie.
– Więc spróbuj zablokować mój cios.
Cofnęliśmy się na środek sali, żeby stać na macie. Gwałtownie uniósł rękę, a ja bez problemu ją przytrzymałam. Spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek. Wiedziałam, co się kroi.
– Nie możesz dawać mi forów – syknęłam. – To nic mi nie pomoże.
– Dobrze mówi.
Nie zauważyłam, że Melius od jakiegoś czasu przygląda nam się, stojąc pod wejściem.
– Może jednak ja zostanę jej nauczycielem – mruknął. – I twoim przy okazji też – zwrócił się do Toina. – Przynajmniej dziś.
Chłopak mruknął coś pod nosem i cofnął się pod ścianę.
– A więc mówisz, że nigdy nie miałaś okazji, żeby nauczyć się walczyć? – zapytał.
– Nie – rzekłam.
– Najwyższy czas to zrobić. – I bez żadnej zapowiedzi rzucił się na mnie.
Spróbowałam go kopnąć, ale on złapał mnie za nogę i szarpnął do przodu, wytrącając z równowagi. Rąbnęłam o matę i wyrwałam się mu. Spróbowałam wstać, ale Melius kopnął mnie w bok. Zwinęłam się z bólu i wyciągnęłam rękę do przodu. Nadepnął na nią tak mocno, że przez chwilę zastanawiałam się, czy nie jest spłaszczona.
Zacisnęłam zęby i przy następnej próbie podniesienia się z ziemi, znowu oberwałam tym razem w brzuch. Krzyknęłam i złapałam się za niego. Straciłam dech w piersiach.
– Jesteś do niczego – syknął Melius. – Wstań i walcz ze mną jakbym był twoim prawdziwym wrogiem.
Jęknęłam i przy pomocy drżących rąk nareszcie wstałam. Oddychałam płytko i zawzięcie. Doskoczyłam do niego, próbując powalić na matę, ale on nadal stał i prawie że leniwymi ruchami odpierał moje ataki.
– Daj z siebie wszystko – mówił znudzonym głosem. – A może ty nie jesteś Ognistą?
Moja twarz płonęła. W następny cios włożyłam tyle siły, że gdybym miała do czynienia z kimś normalnym, pewnie złamałaby mu nos, ale Melius tylko cofnął się do tyłu.
– No dalej, udowodnij, że cię z nikim nie pomyliłem.
Zlana potem odsunęłam się do tyłu i zacisnęłam pięści tak mocno, że knykcie mi zbielały.
– Jestem Ognistą! – wrzasnęłam.
– Spraw, żebym w to uwierzył!
Spojrzałam na Toina. Prosto w jego oczy, w których płonął znajomy płomień. To było to.
Skupiłam się całą sobą i przygryzłam wargę. Nic się nie udało. Nie zauważyłam nawet, gdy przeciwnik ponownie do mnie podszedł i uderzył w tył głowy.
W moich oczach pojawiły się mroczki, a po chwili całkowita ciemność.

Jules

– Dzień dobry – przywitałam Curtisa, zaskoczona, że jest w domu, gdy wróciłam.
Posłał mi uśmiech i nalał piwa do jednej szklanki, a do drugiej sok marchewkowy, na którego butelce widniał królik trzymający w łapkach to warzywo. Uwielbiał uświadamiać mi, że jeszcze jestem dzieckiem.
– Jutro mam bal – oznajmiłam od razu słodkim głosem.
– A mogę wiedzieć z kim idziesz?
Uśmiechnęłam się konspiracyjnie. Musiałam szybko kogoś znaleźć.
– Mam ci dać kasę na sukienkę, prawda? – Westchnął ciężko. – Przecież dopiero dałem ci kieszonkowe! Na co je wydałaś?
Poczułam skurcz w żołądku.
            – Nie, nie potrzebuję twoich pieniędzy. Jeszcze niczego nie wydałam – skłamałam. Prawda była taka, że zostało mi jeszcze trochę oszczędności, ale jakoś nie podobała mi się perspektywa wydania jej na ubrania. Wiedziałam, że Curtis po dostaniu awansu uwielbiał uświadamiać mi, że dobrze się nam wiedzie i często gdy mówiłam, że sama sobie coś kupię, w ostatniej chwili mówił, że nie muszę.
– A więc muszę z tobą iść? Nie masz koleżanek?
– Proszę. – Zrobiłam smutną minę zbitego psa.
Wywrócił oczami.
            – Po prostu tak kochasz swojego tatusia, że nie wyobrażasz sobie, żeby mógł ci zrobić siarę.
            – Jak ubierzesz koszulę w zebry, to odwołuję wszystkie te miłe słowa – oświadczyłam.
            – Przecież sama mi ją wyrzuciłaś! A była taka ładna.
            – Bardzo.
            – Dziecko, ty mnie wykończysz.
            


___

Okej, doskonale zdaję sobie sprawę, że ten rozdział jest absurdalny i jego klimatu nie da się do końca określić. Bo wygląda jak jakiś atak gimbazy,
A tak na mniej dziwnie, chcę się spytać, czy bylibyście chętni wziąć udział w jakiejś sondzie na tym blogu? Jeszcze nie mam na nią dokładnego pomysłu, ale tak pytam z ciekawości. Może wy jesteście skłonni pomóc mi coś wymyślić? :)
Pozdrawiam. ;*

sobota, 1 listopada 2014

Rozdział siódmy

„Co rano toczę wojnę z własnymi obsesjami
Muszę wybrać, co będzie dobre a co złe
I choć w zasadzie wszystko jest wiadome
To często poważnie waham się”

Chłopak siedział na ławce w swoim ogrodzie, jednocześnie szkicując coś ołówkiem w brulionie. Usłyszał, że drzwi od strony tarasu się otwierają, więc spojrzał w ich kierunku i ujrzał swoją dziewczynę, idącą powoli w jego kierunku. Uśmiechnął się do niej, ale mina mu zrzedła, gdy zobaczył wyraz jej twarzy.
– Coś się stało? – spytał niepewnie, gdy podeszła do niego.
– Nie mogę z tobą być – oświadczyła od razu.
Spojrzał na dziewczynę z niedowierzeniem.
– Co? Czemu?
– Ja... Ty... Coś jest nie tak. Nie mogę z tobą być, bo... Mam wrażenie, jakby coś było nie tak. Z tobą.
Zmarszczył brwi.
– O czym ty mówisz? – spytał cicho.
– Ja po prostu... Boję się o ciebie.
– Zrobiłem coś nie tak? – spytał smutno, wstając i podchodząc bliżej.
– Nie. Oczywiście, że nie, ale... – Spuściła wzrok. – Widzę, że coś się dzieje. Wczoraj rzuciłeś się na mnie z nożem.
– Ja? – spytał. – Nic takiego nie miało miejsca. O co ci chodzi?
Westchnęła głęboko.
– Miało miejsce. Przestraszyłeś mnie. To nie pierwszy raz i... Nie wiem, co mam myśleć. Czy z tobą jest wszystko w porządku?
– Oczywiście, że tak. Przecież to ja. Znasz mnie.
– Nie wiem już, czy cię znam. – Jej szarozielone oczy wypełniły się łzami.
Złapał ją za rękę i ścisnął delikatnie.
– Oczywiście, że znasz, to ja.
– Teraz to ty. Ale... Kiedy miałeś zamiar mnie zabić, to nie byłeś ty.
– Nie miałem zamiaru cię zabijać. Co ty w ogóle mówisz?
– Wziąłeś nóż. Kuchenny. I... – Łzy spłynęły po jej policzkach.
– Nie. – Pokręcił głową. – Nie zrobiłem tego.
– Zrobiłeś. Mam... Mam ślad. – Wzięła głęboki oddech i odsłoniła szyję zza kurtyny ciemnych, kręconych włosów. Widniała na niej długa rana.
Chłopak wciągnął z haustem powietrze.
– Ale... ale... to nie mogłem być ja. Nic takiego nie pamiętam.
– To byłeś ty – szepnęła. – Kocham cię, wiesz o tym. Ale nie mogę być z... z... z psychopatą. – Ostatnie słowo powiedziała tak cicho, że brzmiało jak ostatnie tchnienie.
– Psychopatą? – powtórzył niepewnie. – Uważasz, że jestem psychopatą?
Skinęła sztywno głową, jej oczy były szklące.
– Normalni ludzie nie kaleczą ludzi, których kochają – wyszeptała.
– Ale... ja jestem normalny! – powiedział przygryzając wargę.
– Czyli mnie nie kochasz? – spytała smutno.
– Kocham – szepnął.
Wytarła łzy z oczu.
– Ale mnie zraniłeś. Nie wiem, dlaczego.
– Może mnie z kimś pomyliłaś. Ja bym cię nie skrzywdził.
Dziewczyna zrobiła krok do przodu i położyła dłoń na jego ramieniu.
– Może to nie byłeś ty, ale... Ale ten, kto to zrobił siedzi w tobie.
– Przecież nie ma we mnie nikogo innego. To jestem ja i tylko ja! – wyjąkał.
Pokręciła głową.
– Nie, kochanie. To już nie jesteś tylko ty.
– Co masz na myśli?
– Nie wiązałam się z chłopakiem, który w ramach zabawy będzie bawił się nożem na mojej skórze. Tylko z tobą.
– Nawet jeśli to zrobiłem, na pewno nie dla zabawy. Przecież mnie znasz!
– Nie znam cię – powtórzyła stanowczo. – Ty byś mi tego nie zrobił. – Odsłoniła włosy jeszcze bardziej i do chłopaka dotarło, że rana układa się w serce. Jego źrenice się rozszerzyły. Opuszkami palców dotknął jej skóry w tym miejscu.
– Ja... ja... – urwał. – Ale ja tego nie pamiętam.
– Ale ja pamiętam – szepnęła zduszonym głosem. – To byłeś ty.
– To już się nie powtórzy, obiecuję – powiedział błagalnym tonem. – Tylko mi wybacz. Albo raczej... temu komuś.
– Wybaczyłabym ci, bo cię kocham, ale... Ty nad nim nie panujesz. Widzę to. Będę się bała spać z tobą w jednym łóżku.
– Zapanuję nad tym, obiecuję. Kocham cię.
– Jeśli z miłości będziesz robił takie rzeczy, jak wycinanie mi serc na skórze, to...
– To co? Zostawisz mnie? – spytał łamiącym się głosem.
– Muszę. Chociaż nie chcę. Wierzysz mi, że nie chcę, prawda? – Zajrzała mu w oczy.
Mocniej ścisnął jej rękę.
– Ale... to już się nie powtórzy. Naprawdę. Zrobię wszystko, żeby temu zapobiec.
Wzięła głęboki oddech.
– Myślałam o tym całą noc. I podjęłam decyzję. To nie był pierwszy raz. Nie mówiłam ci, bo wydawało mi się, że tego nie pamiętasz, ale...
– Bo tego nie pamiętam – przyznał.
– Właśnie. Nie panujesz nad tym. Nie mogę z tobą być.
– Ale... – zaczął.
Po jego policzku spłynęło kilka łez.  Uśmiechnęła się blado i je starła.
– Nie martw się. Znajdziesz sobie kogoś nowego.
– Nie chcę nikogo innego! Chcę ciebie.
– A ja chcę ciebie. Ale tylko ciebie.
– Przecież to ja. Nie ma nikogo innego. Tylko ja.
– Nie tylko ty. Gdybyś to był tylko ty, nigdy bym cię nie zostawiła. Ale muszę to zrobić. Potrafisz to zrozumieć?
– Nie potrafię – wyjąkał i otarł kolejne łzy.
– Hej, nie płacz – szepnęła i delikatnie pocałowała go w usta. – To nie twoja wina.
– Nie wiem co zrobię bez ciebie.
– Nie utrudniaj mi tego – poprosiła.
– Ale ja nie chcę cię stracić. To moja wina, wszystko to moja cholerna wina – powiedział, pociągając nosem. – Bo jestem psychopatą.
– To nie jest twoja wina.
– Nie kłam. Ty też tak uważasz. Masz mnie za wariata. Bo narobiłem gówna tym pieprzonym nożem.
Spuściła wzrok.
– Ja... Muszę już iść.
– Nie idź, proszę.
– Muszę iść. – Pogłaskała go po włosach. – Kocham cię, ale muszę iść.
– Nie idź, kocham cię!
– Przepraszam.
Złożył ręce w błagalnym geście.
– To już się nie zdarzy, tylko mnie nie zostawiaj…
– Przepraszam – powtórzyła. – Ale nie mogę.
– Ale... ja się zmienię, obiecuję. Będę panował nad... nim. Tylko nie idź, proszę.
            – Nie. Muszę iść. – Stanęła na palcach i pocałowała go w mokry policzek. – Może kiedyś się jeszcze spotkamy – powiedziała i odeszła.
I wtedy chłopak zrozumiał, że Piekło istnieje naprawdę.

Jules

Po krótkim czasie wróciłam do domu i gdy już dotarłam do drzwi, usłyszałam znajomy głos wołający moje imię:
– Jules!
Odwróciłam się i zobaczyłam pędzącą ku mnie Danielle. Siostra wyglądała jakby przeżyła wybuch jakiejś bomby. Z satysfakcją stwierdziłam, że chociaż raz prezentuję się lepiej od niej.
– Co się stało? – zapytałam. – Co tutaj robisz?
– Musimy porozmawiać. Teraz – oznajmiła chłodno.
– Nie wiem, czy to taki dobry pomysł…
– To ważne – powiedziała stanowczo.
Wzruszyłam ramionami i weszłam do środka. Siostra wkroczyła za mną.
– Ładnie – szepnęła wypranym z emocji tonem. Pewnie dlatego, żeby rozładować napięcie.
Nie odpowiedziałam tylko rzuciłam plecak na podłogę, a następnie skierowałam się do kuchni. Wyciągnęłam z szafki nad zlewem talerz, rzuciłam go na stół i przełknęłam ślinę, gdy się stłukł. Wyjęłam jeszcze jeden, po czym delikatnie położyłam go na blacie i nasypałam na niego stertę ciastek, które znalazłam w szafce. Kilka sturlało się z naczynia i stołu.
– Poczęstujesz się? – spytałam siostrę.
            Danielle miała rozdziawione usta i oczy otwarte z niedowierzeniem, ale po chwili pojawiło się w nich chłodne rozbawienie jak zawsze.
– Nie jestem… głodna – powiedziała z uśmiechem.
Wzruszyłam ramionami i zaczęłam stukać paznokciem w ścianę w rytmie jakiejś piosenki.
– O czym miałaś mi powiedzieć?
– Nie wiem, jak ci to wyjaśnić, ale… chyba myślę, że znalazłam naszego brata.
– Słucham?
– Spotkałam takiego chłopaka i… wszystko wskazuje na  to, że to również syn Omnemaluma.
Zmarszczyłam czoło.
– Grałaś z Alexem w „Prawda czy wyzwanie” i on kazał ci to powiedzieć?
Danielle gwałtownie pokręciła głową.
– Nie, ja mówię poważnie. Ma na imię Raf.
– I dlaczego sądzisz, że jest naszym bratem? Gdzie go w ogóle poznałaś?
– Pierwszy raz spotkałam go w restauracji, podczas małej rozróbki Alexa. – Jego imię wypowiedziała beznamiętnym, chłodnym tonem. – Wtedy nawet nie zwróciłam na niego uwagi, ale dzisiaj wpadłam na niego na ulicy i wtedy zobaczyłam kolor jego oczu. Taki sam jak nasz. Popytałam go o to i owo. Nie ma ojca, nic o nim nie wie. Pochodzi ze Szkocji…
– To może być zbieg okoliczności – przerwałam jej, bawiąc się kawałkami stłuczonego talerza.
Spojrzała na mnie z ukosa.
– Nie wierzę w zbieg okoliczności.
– Dlaczego nie zauważyłaś koloru jego oczu przy pierwszym spotkaniu? – zadałam kolejne pytanie lodowatym tonem, niczym na komisariacie.
– Wtedy miał na sobie ciemne okulary. Jest niewidomy.
– Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę – odparłam i skrzyżowałam ramiona na piersi, dalej pstrykając palcami. – Czy on jest Wyklętym… lub demonem?
– Nie wiem – rzekła. – Może tak, ale po prostu on tego nie wie, albo nie chciał mi powiedzieć.
– I co? – Uniosłam brwi. – Zamierzasz wparować do jego domu i powiedzieć: „Jestem twoją siostrą”?
– Nie. – Pokręciła głową i spojrzała na mnie jak na idiotkę. – Zamierzam wparować tam z tobą i powiedzieć: „Jesteśmy twoimi siostrami”.
Zaśmiałam się bez cienia wesołości.
– Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie? Myślałam, że się nie lubimy.
– Jeśli to prawda, to jest również twój brat. Pomyślałam, że chciałabyś o tym wiedzieć.
– Gdzie ty w ogóle z nim rozmawiałaś?
– Spotkałam go pod jego domem – wyjaśniła. – Chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jego.
– Z kim mieszka?
– Z matką w Szkocji. Tutaj jest na wakacjach czy coś…
– Byłaś tam sama czy z Alexem?
– Sama. Ja i Alex… nieco się pokłóciliśmy.
– A to czemu?
– Mieliśmy inne zdania na pewien temat. To głupie. Pewnie szybko mu przejdzie – szepnęła, a potem na jej twarzy zagościł dziwny wyraz, jakby właśnie wpadła na wredny, przebiegły pomysł. – A z tobą i Rowanem wszystko okej?
Poczułam ucisk w żołądku. Robiłam wszystko, żeby tylko o nim nie myśleć.
– Wiem, że zniknął tak nagle… bez słowa pożegnania. Czy on… – pieprzyła dalej udawanym przejętym tonem.
– Diabeł ma imię i ono brzmi Rowan – syknęłam ostro.
– Cóż. Czyli jednak cię zostawił.  Do tego widzę, że przez to z tobą nie wszystko w porządku. Zachowujesz się jakbyś miała ADHD. Do tego te rozszerzone źrenice… Jesteś na prochach?
Drgnęła mi warga.
– Nie.
– To widać.
– Dość! – warknęłam. – Daj mi spokój! Mogę robić co mi się podoba, a tobie nic do tego, bo nie obchodzi mnie, że jesteśmy spokrewnione. Idź sobie.
Chwyciłam siostrę za rękę i pociągnęłam do wyjścia. Wypchnęłam ją przez drzwi i ostatni raz spojrzałam w jej urażone oczy.
– Nie pójdę z tobą do żadnego Rafa. Mam już rodzinę i nie potrzebujemy więcej członków, w tym ciebie. – I zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem.
***
Następnego dnia na pewno nie miałam zamiaru iść do szkoły. Oceny były już wystawione, a ja nie za bardzo wiedziałam czy to dobry pomysł.
No bo… co mogłam tam teraz robić? Z Chrisem nie miałam ochoty rozmawiać, z Mikey’em średnio. Została Elizabeth.
Przypomniał mi się dzień, gdy ją poznałam.
Mimo, że chodziłam w liceum na profil matematyczno-fizyczny nie zawsze radziłam sobie z matmą. Właściwie to fizyka była jedynym przedmiotem ścisłym, który szedł mi ponad przeciętnie. Uczęszczałam za to na zajęcia wyrównawcze z biologii, z którą szło mi źle, a chemia to już apogeum. Nie rozumiałam z niej nic, więc musiałam się uciec do prywatnych korepetycji, których udzielali fachowi uczniowie.
Elizabeth była bardzo dobrą uczennicą. Szła prawie do wszystkich konkursów międzyszkolnych i parę razy udało jej się zostać laureatką. Z chemią nie miała żadnych problemów, a pani Hathaway uznała, że jej pomoc zdziała dla mnie cuda. Byłam zagrożona z tego przedmiotu, więc to rzeczywiście byłby cud.
Musiałam przyjść do jakiegoś ośrodka, w którym brała lekcje gry na gitarze, bo jej grafik był tak napięty, że była zmuszona udzielać mi korepetycji, gdy miała okienko w planie dnia.
Wcześniej znałam ją tylko z widzenia i jakoś nie byłam przekonana, że mogę ją polubić. Wydawała się być sztywna mimo, że tak dużo osób ją lubiło.
Ethan podwiózł mnie tamtego zimowego dnia pod odpowiedni budynek i niestety powiedział, że wracać będę musiała sama. Nie byłam tym zachwycona, bo na dworze temperatura sięgała zera jeśli nie mniej.
– Jules? – usłyszałam jej głos, gdy przekroczyłam próg ośrodka.
Jej blond loki były związane w koński ogon, odsłaniając lekko odstające uszy, które zdobiły agrafki. Miała na sobie za duży sweter w norweskie wzory, spodnie w panterkę i ciężkie buty. Samo to, że była tak ubrana mnie zdziwiło, bo w szkole nosiła się raczej skromnie, ale już wcale nie sprawiała wrażenia sztywnej.
            – Hej – rzuciłam na powitanie. – Ładny sweterek.
            – Dzięki – odparła ironicznie. – Gdzie chcesz się uczyć?
            – Hm, a co mam do wyboru? – Rozglądnęłam się po przestronnym holu, a moje turkusowe włosy rozsypały się na ramionach.
            Było tu pełno skórzanych, brązowych kanap, a podłoga składała się z kolorowych kafelków. Sufit zdobił kryształowy żyrandol, a w oddali zauważyłam schody na wyższe piętra.
            Przez chwilę stała, stukając palcami o ramię i przygryzając wargę w zastanowieniu.
            – Zaraz będą tu mieli zajęcia z perkusji i nie będzie szans, że się skupimy. – Wskazała najbliższe drzwi po lewej i uśmiechnęła przepraszająco.
            – A gdzie jest spokój?
            – Jest takie jedno miejsce, chodź. – Wzięła mnie za ramię i poprowadziła do wyjścia ewakuacyjnego.
            Wyszłyśmy na dwór i znowu zimny wiatr uderzył mnie w twarz.
            – Będziemy się uczyć na dworze? – spytałam niepewnie.
Popatrzyła na mnie jak na idiotkę i wskazała mały drewniany domek, który co prawda nie miał drzwi, ale w środku zauważyłam ławki. Na ściance miał tabliczkę „Tu wolno palić”.
            – Nie zmarzniemy? – upewniłam się.
            – Pewnie tak. – Wzruszyła ramionami i potarła o siebie dłonie w celu zagrzania się, a następnie wyciągnęła coś z kieszeni.
            Przyłożyła e-papierosa do ust, zaciągnęła się i wypuściła dym. Miał przepyszny zapach.
            – Och. – Puknęła się w czoło. – Gdzie moje maniery? Palisz?
            – Tylko ganję – mruknęłam. – To chyba nie jest za mocne. – Uśmiechnęłam się z politowaniem.
            – Ale ja chcę być zdrowa – oznajmiła. – Zresztą to przynajmniej jakoś smakuje.
            – To pachnie jak… ciasteczko? – podsunęłam niepewnie.
            – Tiramisu – sprecyzowała.
            – A jaką to ma moc?
Wzruszyła ramionami.
            – Dwanaście – mruknęła i znowu się zaciągnęła. – Nieważne. Powiedz czego nie rozumiesz w chemii?
            – Poza wszystkim?
Roześmiała się.
            – Dobra, to zacznijmy od podstaw. Ile jest grup pierwiastków w układzie okresowym?
Zrobiłam ogłuszoną minę.
            – Będzie ciężej niż myślałam. – Westchnęła ciężko i otworzyła podręcznik.

Mikey

Na żadnej późniejszej lekcji dnia już nie spotkałem Jules. Wszyscy twierdzili, że nie widzieli jej od czasu lekcji chemii, a Chris robił wszystko, żeby ominąć ten temat. W końcu wyśpiewał mi całą prawdę.
Znałem Jules od bardzo dawna. Mimo, że wyglądała na puszczalską, nigdy nie oddałaby się pierwszemu lepszemu facetowi tylko po to, żeby zapomnieć o złamanym sercu. Takie wydawały się być jej intencje.
W każdym razie nie była obecna przez następne trzy dni.
Nie mniej jednak musiałem z nią w końcu porozmawiać, więc po opuszczeniu szkoły dzisiejszego dnia, szybko ruszyłem do jej domu.
Mieszkała w szeregowym domku na obrzeżach miasta, w których ogród był wielkości parkingu, a w samym mieszkaniu było dość ciasno.
Zapukałem do drzwi.
– Mikey? – Przysiągłbym, że otworzyła je po minięciu kilku sekund.
Wyglądała źle. Przez ostatnie parę tygodni bardzo schudła, jej włosy miały matowy odcień, a oczy były zapadnięte, na jej cerze pojawiło się wiele krost. Uwagę zwracały też rozszerzone źrenice i widoczne nadpobudliwe tiki, na przykład szybkie stukanie palcami w ramę drzwi.
– Jules? Czemu już wcale nie przychodzisz do szkoły? – zapytałem.
Odwróciła wzrok.
            – Wszystko w porządku? – Zrobiłem krok do przodu i znalazłem się w jej progu.
            – Co tu robisz? – szepnęła.
            – Nie było cię przez kilka ostatnich dni, więc pomyślałem, że coś się mogło stać. Wiesz, zwłaszcza teraz, gdy… Dlaczego tak dziwnie się zachowujesz?
Nadal miała beznamiętną minę.
            – Chris mi mówił. Co w ciebie wstąpiło?
Zadrżała jej warga.
            – Hej, spokojnie… Nie jestem na ciebie zły. Możesz mi tylko powiedzieć, dlaczego?
            – Mikey…
            – Tak?
            – Masz pożyczyć kasę?
            – Co? – Rzuciłem jej niepewne spojrzenie.
            – Pieniądze. Masz jakieś?
            – Po co… – urwałem, gdy zdałem sobie sprawę, że znam odpowiedź na to pytanie. – Jules, nie. Chris i tak ci już nic nie sprzeda.
            – Nie mówię o Chrisie – burknęła.
            – Jak to? Nie chciałaś od niego trawki?
Dziewczyna pokręciła głową.
            – Ty… brałaś coś innego?
Nie odpowiedziała.    
– Popatrz na mnie – poleciłem i złapałem ją za podbródek.
Jej źrenice były ogromne, a białka przekrwione. Powieki też miała czerwone.
            – Co brałaś?
Odsunęła się ode mnie.
            Wszedłem do środka i zamknąłem za sobą drzwi.
            – Mam zadzwonić do twojego taty?
Pokręciła głową.
            – To powiedz mi co się z tobą dzieje.
            – To nie moja wina – wyszeptała.
            – Więc czyja?
            – Pożycz mi pieniądze. – Złożyła ręce w błagalnym geście.
            – Na co? Powiedz mi.
            – Metamfetamina. – Jej głos brzmiał niewyraźnie.
            – Co?!
            – Nic, błagam, pożycz.
            – Nie, jeśli mi nie powiesz, skąd ją bierzesz i dlaczego.
            – A jeśli powiem?
            – Wtedy… tak.
Potarła dłonią swoje czoło.
            – Trzy dni temu uciekłam z lekcji, prawda?
Skinąłem głową, więc kontynuowała:
            – I chciałam kupić trawkę.
            – Przecież nie masz pieniędzy.
Przygryzła wargę.
            – Kłamałaś?
            – Nie mam. Nie wiem jak chciałam ją kupić, ale chciałam. Czułam się okropnie i… Spotkałam dilera, a on zaproponował mi to… – urwała.
            – Pojebało cię? – Zmarszczyłem brwi. – Nie wiesz, że niektóre narkotyki uzależniają od razu?
Drgnęła, jakbym ją uderzył.
            – Powiedzieli mi, że to zadziała…
            – A co mieli powiedzieć?! Na początku zadziała, a potem zmiażdży ci umysł, a gdy w końcu przedawkujesz, zdjęcia twoich zwłok będą chciały mieć na okładkach płyt zespoły death metalowe?!
            – Jestem głupia – wyjąkała.
            – Widzę.
            – Wszystko ci powiedziałam. Teraz daj mi pieniądze. Obiecałeś.
Przełknąłem ślinę.
            – Obiecałeś – powtórzyła.
            – Ile razy już tego próbowałaś?
            – No… trzy.
            – Twój tata nic o tym nie wie?
            – Nie i nie mów mu.
            – Nic nie zauważył przez te parę dni?
            – Nie było go w domu. Ma jakąś dziewczynę i ciągle do niej jeździ. Zostaje tu praktycznie tylko na noc, ale udaję, że śpię i nawet się nie interesuje.
            – Powinienem mu o tym powiedzieć, wiesz?
            – Obiecaj, że tego nie zrobisz.
            – Ale…
Stanęła naprzeciwko, patrząc mi w oczy.
            – Jesteś moim przyjacielem. Nie zrobisz tego. – Teraz jej głos był o wiele bardziej stanowczy niż wcześniej. Jakby opanowała się w ciągu sekundy.
Odwróciłem wzrok.
            – I pożyczysz mi pieniądze.
            – Dobra, kurwa, truj się! – wybuchnąłem tak gwałtownie, że aż się cofnęła. Wyjąłem z kieszeni spodni portfel i zwitek banknotów, zawierający około trzydziestu dolarów i cisnąłem nim w nią tak, że rozproszyły się po całym przedpokoju. – Nie będę po tobie płakał, wiesz? Ćpaj, pierdol się z pierwszymi lepszymi chłopakami, olewaj wszystko i najlepiej już się zabij, nie mogę na ciebie patrzeć!
            – Ale…
            – Nie – przerwałem jej. – Zmieniłaś się. Wiesz, nadal zgadzam się ze sobą, kiedy nie byłem sobą. Wszystko to twoja wina! Sama sobie utorowałaś taką przyszłość. Nie, przepraszam, dla ciebie nie ma przyszłości, bo za parę miesięcy padniesz jak mucha, a ja dotrzymam obietnicy i nikomu o tym nie powiem. Pomogłem ci w tym momencie ostatni raz. Bywaj.
Nim zdążyła odpowiedzieć, ja już opuściłem jej dom ze wzburzoną miną, trzaskając drzwiami i chowając zaciśnięte pięści w kieszeni bluzy.
           
Jules

            Pozbierałam pieniądze z ziemi i pocałowałam je, chowając do kieszeni.
            Zgoda, okłamałam Mikey’a. Ale tylko tak trochę, ponieważ miałam kasę, gdy szukałam dilera za pierwszym razem, ale teraz już ją straciłam. Wydałam ją całą na zapasy. Jednak wiedziałam, że one też kiedyś się skończą, a ja będę potrzebowała sponsora.
            Nie byłam aż taką histeryczką. Prawda, głód mógł być podobno uciążliwy, ale nie śmiertelny. No bo co mogło mi się stać?
            Niemniej jednak zmartwiło mnie, że tak chaotycznie zakończył naszą przyjaźń.
Zadałam sobie pytanie, czy było warto.
Tak.
***
Po jakimś czasie stwierdziłam, że nie mogę usiedzieć w domu, a muzyka, którą tworzące zespoły będą chciały mieć moje zwłoki na okładkach płyt, sprawiła, że czułam się niewyżyta i wściekła właściwie na nic.
Ruszyłam więc na spacer, albo raczej pobiegłam prosto do rezydencji Wrightów. Dlaczego tam? Chciałam się wyżyć.
Nie zadałam sobie trudu sprawdzenia czy ktoś jest w środku i od razu wspięłam się po rynnie do okna pokoju Alexa. Poszło mi o wiele lepiej niż wtedy.
Gdy znalazłam się w sypialni chłopaka, stwierdziłam, że nikt nie sprzątał tu od ostatniej mojej wizyty.
Wzruszyłam ramionami z rezygnacją i wyszłam na korytarz, kierując do pomieszczenia, którego drzwi były pokryte naklejkami ze znakami ostrzegawczymi. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.
Było tam w miarę posprzątane. Łóżko miało ciemną narzutę, na szafkach mieściło się mnóstwo mang, rysowników i przyborów plastycznych. Miał też pełno płyt metalowych zespołów. Wiedziałam, że ten pokój należy do Rowana.
Otworzyłam jego szafę i wyjęłam z niej pierwszą lepszą koszulkę i ubrałam się w nią.
Znalazłam też parę glanów, które musiały być o mnie o przynajmniej trzy rozmiary za duże i również je założyłam, gdyż stwierdziłam, że się przydadzą.
Wyjęłam spod koszulki medalion i rzuciłam go o podłogę, a następnie nadepnęłam na niego twardą podeszwą, a potem zaczęłam skakać, wsłuchując się w relaksujący odgłos pękania metalu.
Gdy stwierdziłam, że jest tak zmasakrowany, że dalsze marnowanie mojego czasu się nie przyda, odsunęłam się i spojrzałam na przedmiot.
Nie mógł tego przeżyć.
Wygrzebałam z pudełka z przyborami puszkę z czerwoną farbą. Odkręciłam ją, a potem zamoczyłam w niej pędzel, a następnie wskoczyłam na łóżko i nabazgrałam na ścianie ogromnymi literami „Kłamcy muszą umrzeć”, a gdy jeszcze zostało dużo miejsca, dopisałam „Teraz płoniesz za to w piekle”.
Następnie z błogim uśmiechem jebnęłam o łóżko i wygodnie ułożyłam się na plecach. Wiadro przechyliło się, a resztka farby wylała na podłogę.
Owinęłam się jego kołdrą i z trudem wytrzymałam w takiej pozycji bez ruchu.
Nie warto oddawać życia za innych.
Nie byłam wybranką, tylko pieprzoną gówniarą. Nikogo nie powinny obchodzić moje czyny.
Niestety omylnie dużo osób powiedziałoby mi teraz, że to nienawiść niepoparta niczym.



____


Ten rozdział napisałam bardzo spontanicznie. Miał być całkiem inny, ale... tak wyszło.