czwartek, 25 września 2014

Rozdział piąty

„Tylko dobrzy umierają młodo.Wszyscy źli wydają się żyć wiecznie.”


Krew.
Miał krew na rękach, gdy się obudził. Już dawno zakrzepniętą ale jednak prawdziwą. Skąd się wzięła?
Czternastoletni chłopak zobaczył także że jest nią pobrudzona jego piżama oraz twarz, którą ujrzał w odbiciu w szybie.
– Kurwa – jęknął i wstał.
– Co się dzieje? – usłyszał głos dochodzący od progu drzwi.
Dopiero teraz zorientował się, że w ich progu stoi jego matka.
– To. – Pokazał jej ręce. – Co się stało?
Westchnęła tylko.
– Co ty ze mną zrobiłaś? – spytał nagle przerażony. – Niczego nie pamiętam.
– Ciszej – syknęła i zamknęła za sobą drzwi.
– Dlaczego mam na rękach krew?
Wbrew wszystkiemu nie czuł do niej obrzydzenia.
– Przebierz się i chodź ze mną.
– Znowu przeprowadzka? – spytał. – Zabiłem mojego brata lub ojczyma?
– Nie.
Wzruszył ramionami.
– Czekam na ciebie w aucie. Nie obudź nikogo.
Nie miał pojęcia o co chodzi, ale wiedział, że powinien słuchać matki.
Przebrał się z piżamy i cichutko opuścił pokój, po czym umył ręce i twarz w łazience. Następnie dołączył do swojej rodzicielki na podjeździe.
– Gdzie jedziemy? – spytał, gdy wjechali na autostradę.
– Pamiętasz naszą rozmowę kilka lat temu? O twoim ojcu?
– Nie.
Westchnęła.
– Ale pamiętasz, że został zamordowany przez pewnego pana, prawda?
Zamyślił się chwilę.
– Tak.
– Powiedziałam ci, że on nie żyje.
Spojrzał na nią.
– Bo tak jest, prawda?
Przełknęła ślinę.
– Tak. Ale wróci.
Chłopak wytrzeszczył oczy.
– Jak to?
– Ktoś mu w tym pomoże – oznajmiła.
– Nie pozwolę mu – warknął. – Kto to będzie?
– Ty.
– Słucham? – Jego mina wyrażała teraz bezbrzeżne zdumienie. – Mamo, o czym ty mówisz? Oszalałaś?
– Nie, ale ty tak – stwierdziła sucho. – Mój mąż nie powinien się o tym dowiedzieć.
– Co? Wyrzucasz mnie z domu? Co mój tata ma z tym wszystkim wspólnego?
– Nie wyrzucam cię. Ale… oddaję pod czyjąś opiekę. Ten ktoś pomoże ci się przygotować do…
– O czym ty do cholery mówisz? – zdenerwował się.
– Przywrócisz do życia mordercę swojego ojca.
– Co? To znaczy jak? I… nie! Dlaczego miałbym to robić? – spytał zdezorientowany.
Opuścili miasto i skierowali się w autostradę prowadzącą do innego.
– Zrobisz to.
– Mamo, dobrze się czujesz?
– Czuję się doskonale, ale ty nie będziesz, jeśli coś nie pójdzie po mojej myśli. – W jej głos wdarła się ostra nuta.
Dobrze wiedział, że to groźba.
– Nie chodzi mi tylko o mojego ojca – warknął. – Nie znałem go. A ten człowiek był po stronie Wyklętych i śmiertelników. A ja nie. Są jak małpy, za mało inteligentne, choć podobne do nas.
– To prawda – przyznała. – Ale jeśli tamten wróci, wygra. Poprzysięgłam mu lojalność, a jeśli mu nie pomogę a po mnie przyjdzie, zabije mnie.
– Nie chcę mu służyć – wyznał chłopak.
– Nie obchodzi mnie to.
Mijali rzadko zamieszkane tereny, aż w końcu dotarli na kompletne odludzie, gdzie jedyną rzeczą poza trawami i czystym niebem, był teren ogrodzony uszkodzonym drutem kolczastym, wyraźnie zaznaczającym, że nie powinno się tam wchodzić.
– Wysiadaj. – Zatrzymała samochód i otworzyła drzwi.
Pokręcił głową.
– Rób co mówię – syknęła i wyjęła zza dekoltu medalion.
Nie miał już tak przestraszonej miny jak zawsze, gdy to robiła.
– Nie kochasz mnie – odezwał się nagle. – Gdyby tak było, nie skrzywdziłabyś mnie.
Milczała.
– Gdyby tak było, robiłbym wszystko co chcesz bez przymusu – wyjąkał. – Jesteś moją mamą. Co takiego zrobiłem, że mnie nie kochasz? 
Dalej nie odpowiadała.
– Co zrobiłem źle?
– Zamknij się – wybuchła nagle.
Odsunął się od niej gwałtownie.
– Będziesz robił co ci każę, bo się boisz. Boisz się śmierci, bo dobrze wiesz, że nie ma nic potem! Wiem o tobie wszystko, nigdy nie umarłbyś dla dobra sprawy i tym razem także nie. Dlatego wyjdź z samochodu i idź tam!
– Nie chcę – wyjąkał.
Ból uderzył zupełnie znienacka. Był dziesięć razy gorszy niż zwykle.
Mógł zabić.
Bo teraz nie było już nic do stracenia.
– Roztrzaskam to – obiecała kobieta i uniosła błyskotkę do góry.
Chłopak słyszał to jak przez mgłę. Stracił wzrok, nie mógł się ruszyć. Nie miał siły żeby krzyczeć, żeby zrobić cokolwiek.
– Jeśli za pięć minut nie uzdrowię cię zaklęciem, już nie będzie się dało cię uratować. Za to umrzesz bardzo powoli, z głodu, wycieńczenia… A jeśli chociażby jeszcze raz lekko zacisnę palce na medalionie, także zginiesz. To twoja ostatnia szansa.
Jego matka miała rację. Nie umarłby dla dobra sprawy.
Skinął lekko głową, bo tylko na tyle mógł się zdobyć.

Jules

Rano wstałam z łóżka z wielkim trudem. Byłam tak przymulona, że miałam ochotę z powrotem paść na nie z powrotem, wiedziałam jednak, że to nienajlepszy pomysł, gdyż Curtis mógł tutaj wejść w każdej chwili.
Usiadłam na łóżku i spojrzałam na stolik nocny. Wzięłam do ręki opakowanie po landrynkach i upuściłam je na kolana, gdy po otwarciu zobaczyłam, że jest puste. Rozwarłam szeroko oczy i wstałam z łóżka, czemu towarzyszyło potknięcie się, ale jakoś udało mi się złapać równowagę. Podeszłam do komody i wyjęłam z jej szuflady kadzidło, po czym je zapaliłam, żeby zatuszować zapach marihuany, gdyż nie byłam taka pewna, czy już go nie czuć.
Byłam buddystką, więc nikomu nie mogło się to wydawać dziwne.
Następnie zastanowiłam się, co mogło się stać z trawką, którą trzymałam w pudełku. Przedmiot nie wyglądał ani nie pachniał, jakbym wcześniej mogła coś tam ukryć.
A może tylko mi się wydawało, że parę godzin to zrobiłam. Nie pamiętam.
Jednak musiałam to zdobyć z powrotem.
Postanowiłam porozmawiać z Chrisem w szkole.
Właściwie to nie pamiętałam wiele sprzed paru godzin. Wiedziałam, że coś się zdarzyło, ale nie miałam prawie żadnych przejaśnień, podobnie jakbym próbowała przypomnieć sobie sen.
A gdybym jednak włożyła wcześniej tą działkę do pudełka, to wykluczałam możliwość, że Curtis mógł ją wziąć. Gdyby to znalazł, obudziłby mnie i prawdopodobnie udzielił kazania.
A nikt inny w tym domu nie mieszkał.
Następnym co zrobiłam, było porządne umycie się.
Po kąpieli wróciłam do swojej sypialni i przebrałam się ze spoconych ubrań w czarną koszulkę z logo Slayera, którą następnie wepchnęłam w bardzo krótkie, podarte spodenki z wysokim stanem. Następnie założyłam creepersy i czarne pończochy. Zawsze ubierałam się w ten sposób,  a mój brat zwykł nazywać mnie panią do towarzystwa. Kiedyś powiedziałam mu, że właśnie taki efekt chcę uzyskać. Już się więcej nie czepiał.
Przejrzałam się w lustrze i moją uwagę zwróciły przekrwione gałki oczne oraz ich tępe, przymulone spojrzenie. Moje czoło było rozgrzane, a głowa pulsowała lekkim bólem.
Wzięłam jeszcze plecak i zeszłam na dół. Curtis właśnie wychodził, więc tylko mi pomachał i zamknął za sobą drzwi.
Po śniadaniu, podczas którego pochłonęłam większość słodyczy schowanych w kuchni, opuściłam dom w ślimaczym tempie. Miałam szczęście, bo bus szkolny właśnie przyjechał na tą ulicę. W środku zauważyłam parę znajomych osób, nie miałam zamiaru ucinać żadnych pogawędek ani nic. Czułam się beznadziejnie.
Wysiadłam centralnie przed szkołą. Obrzuciłam wzrokiem boisko.
Pierwsza lekcją było wychowanie fizyczne. Oczywiście nie mogłam ćwiczyć. 
Weszłam do środka budynku i wtopiłam się w tłum uczniów spieszących do klas, a potem odnalazłam szatnię dziewcząt.
– Jules – powitał mnie pełen bezbrzeżnego zdziwienia wysoki głos.
Ponuro spojrzałam na grupkę rówieśniczek zamieniających obuwie na sportowe. Do mnie mówiła blada, ładna blondynka z niebieskimi oczami i aparatem na zęby. Elizabeth.
Była jedną z niewielu dziewczyn jakie lubiłam w tej grupce. Właściwie to w ogóle nie lubiłam dziewczyn. Były strasznie konfliktowe i zwykle chamskie, często małostkowe.
 Ale ta akurat była lubiana przez wszystkich, zwykle z wzajemnością.
– Nie było cię chyba ze sto lat – oznajmiła.
Potarłam grzbietem dłoni czoło, jakby to miało uśmierzyć ból głowy.
– Wyjechałam – skłamałam nie starając się, żeby to brzmiało wiarygodnie.
– Gdzie? – zaciekawiła się.
– Na wakacje – mruknęłam niezadowolona, że muszę ciągnąć tą rozmowę.
Naprawdę lubiłam Elizabeth, ale w tym momencie nie miałam ochoty na kolejną pełną kłamstw pogawędkę.
– Wszystko okej? – spytała przyglądając mi się.
– Jasne – odparłam jakby automatycznie.
Blondynka uśmiechnęła się blado i wróciła do sznurowania tenisówek.

Roxanne

Otworzyłam oczy. Musiałam zasnąć. Zobaczyłam, że nadal jestem sama. Nie wiedziałam, ile czasu minęło, odkąd wyszedł na mnie obrażony. Wstałam z łóżka i wyszłam na korytarz.
– Jonathan? – krzyknęłam.
Nic. Tylko echo własnego głosu.
Otwierałam każde drzwi po kolei, ale w żadnym pokoju go nie było. Wyszłam po schodach na zewnątrz i zobaczyłam Toina, śpiącego smacznie na ogromnej skale w ogrodzie.
Był już ranek.
– Toin, nie widziałeś Jonathana? – zawołałam.
Smok otworzył oczy.
Ostatnio widziałem go w nocy. Wszedł do lasu, a potem… myślałem, że wrócił.
– Musimy go znaleźć – szepnęłam sama do siebie. – Poszukajmy w lesie.
Wspięłam się na jego grzbiet, a następnie wznieśliśmy się w powietrze. Daleko za sobą zostawiliśmy pałac.
Zobaczyłam, że w jednym miejscu liście drzew mają nadpalone końce.
– Zatrzymaj się i powoli spuść mnie na dół.
Toin zniżył lot, a ja zsunęłam się z niego i wylądowałam na gałęzi drzewa. Zeskoczyłam z niej na niewielką polanę. Zastałam tam kilka pustych pudełek po petardach. Przyjrzałam się im. Mogły oznaczać wszystko. Jednak sumienie podpowiadało mi, że ma to coś wspólnego ze zniknięciem mojego towarzysza. Wzięłam jedno pod pachę i z trudem wspięłam się z powrotem na to drzewo. Toin spuścił mi ogon, a ja chwytając się go wystrzeliłam w górę i znowu usiadłam na jego grzbiecie.
Gdzie mam lecieć?
– Naprzód – poleciłam.

Danielle

– Oddaliśmy wam ten cholerny przepis i prawie przez to zginęliśmy, więc możecie nam powiedzieć, co wiecie na ten temat! – krzyknął Alex, gdy wróżka zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
Mogłam się spodziewać, że tak będzie.
Jak mogłam być tak łatwowierna?
– Chodźmy stąd – mruknęłam i zaczęłam się oddalać.
Nie słyszałam za sobą kroków. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Alex nadal stoi pod drzwiami i patrzy na mnie z niedowierzeniem.
– I to wszystko? – zawołał. – Teraz się poddajesz?
Nie odpowiedziałam.
– Kto wparował do tej pieprzonej sekty, żeby tylko znaleźć te wszystkie informacje?
– Jeśli chcesz tam sterczeć, to proszę bardzo.
Dogonił mnie w błyskawicznym tempie.
– Dany – szepnął. – Przecież to wszystko było twoim pomysłem. Znam cię, ty byś się nie poddała. Co się z tobą dzieje?
– Ale już nie jestem taka jak kiedyś, zauważyłeś? – zapytałam trochę ostrzejszym tonem niż zamierzałam.
– Jesteś na mnie zła?
– Nie, nie na ciebie. Na wszystko co mi się ostatnio przydarzyło.
– Ja nawet nie wiem jakie wcześniej wiodłaś życie – zauważył. – Oczekujesz, że ci powiem, że teraz jest lepiej?
Warga mi drgnęła.
– Nie jest lepiej – syknęłam. – Wcześniej moje życie kręciło się wokół wędrowania po świecie, szukając sojuszników i wskazówek od ojca. Ale teraz to nie ma sensu. On nie żyje. Przez głupią dziwkę. Teraz właściwie nie muszę nic robić. Nadchodząca kolejna głupia wojna o władzę mnie nie dotyczy. Mogę w każdej chwili odejść i znaleźć o wiele ciekawsze życie niż to. Ale nadal tu jestem, wiesz dlaczego?
Pokręcił powoli głową, zbyt zdezorientowany moim wyznaniem.
– Ja też nie wiem – mruknęłam. – Ale pewnie byłoby ci miło, gdybym ci powiedziała, że dla ciebie.
Następnie nie czekając na odpowiedź, odeszłam szybko i ani razu nie oglądnęłam się za siebie.

Jules

Na czwartej lekcji byłam prawdopodobnie mniej przytomna niż parę uczniów, którym zdarzyło się na niej zasnąć.
Podczas gdy profesor Hathaway tłumaczyła coś o tym, co czeka nas w trzeciej klasie podczas zajęć chemicznych, ja miałam wrażenie, że zaraz uderzę czołem o blat ławki i zasnę. Na szczęście w związku z tym, że był już prawie koniec roku, lekcje zostały skrócone o piętnaście minut. Wobec tego opuściliśmy salę lekcyjną wcześniej.
Idąc szkolnym korytarzem zauważyłam osobę, z którą koniecznie musiałam porozmawiać.
– Chris – powiedziałam, podchodząc do niego od tyłu i łapiąc go za kołnierz koszulki.
Odwrócił się i wytrzeszczył oczy.
– Musimy pogadać – jęknęłam.
Miał lekko gniewną minę. Zauważyłam też, że drżą mu ręce.
– Jules, nie chcę z tobą gadać.
– To ważne…
Dlaczego był dla mnie aż tak chłodny?
Rozejrzał się na boki i wziął mnie mocno za ramię, a potem poprowadził na schody ewakuacyjne, z których rzadko korzystano.
– O co chodzi?
– Pamiętasz, gdy wczoraj wzięłam od ciebie działkę? No bo… wydawało mi się, że włożyłam ją do pudełka na szafce w moim pokoju i…
– I tylko to z wczoraj pamiętasz? – warknął.
– A jest coś o czym powinnam?
Zacisnął pięści.
– Wiesz co? Tak.
– Więc co? – spytałam zdezorientowana.
– Nie co, tylko mało brakowało, żebyś się puściła – oznajmił.
Spojrzał na mnie uważnie jakby oczekiwał z mojej strony większego zdziwienia.
– Z tobą? – spytałam obojętnie.
– A z kim? – mruknął ostro.
Zignorowałam to.
– Słuchaj, powiedz mi czy mi to dałeś.
– Nie. Gdy mnie pocałowałaś, saszetka wypadła ci z kieszeni, a ja ci jej nie oddałem.
– Nieważne – odparłam szybko. – W każdym razie, jeśli mógłbyś mi to jeszcze raz dać… – urwałam.
Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia.
– Najlepszym dla ciebie wyjściem teraz będzie odłożenie tego – mruknął w końcu.
– Chris – powiedziałam błagalnie. – Proszę.
– Nie, Jules.
– Chris, błagam. Zapłacę.
– Nie, zapomnij – odburknął i szybko sobie poszedł, zostawiając mnie samą.
Przygryzłam wargę i opuściłam schody ewakuacyjne, znajdując się na korytarzu. Nie miałam zamiaru już wracać na lekcje, bo czułam potężne zawroty głowy. Po cichu opuściłam szkolny budynek i ruszyłam w stronę przeciwną do mojego domu, nie miałam ochoty tam wracać.
Jedno było pewne. Musiałam zdobyć więcej marihuany.
Skręciłam w którąś z węższych uliczek i poszłam naprzód. Na pewno nie byłam jedyną osobą na wagarach. Większość ludzi z mojej szkoły chodziło na nie właśnie po to, żeby zapalić, czasem dać sobie w żyłę, ale to znacznie rzadziej.
Nie minęło dużo czasu, a już znalazłam kogoś wartego uwagi. Była to trójka chłopaków, możliwe, że moich rówieśników. Dwoje stało naprzeciw siebie, a trzeci siedział na kartonie pełnym folii bąbelkowej obok kontenera.
– Jak będziesz chciał więcej, to nie dzwoń do mnie, tylko na ten drugi numer, okej? Kończą mi się zapasy – spytał siedzący.
– Jasne. – Stojący bliżej mnie skinął głową.
– Jak nas wkopiesz, to ty będziesz miał przesrane – dodał palacz.
– Nie wkopię – obiecał chłopak gniotąc w rękach zwitek papieru. – Muszę… muszę już iść.
Gdy oddalił się od tamtych minął mnie, posyłając mi zaskoczone spojrzenie i odszedł.
Przełknęłam ślinę i ruszyłam w stronę dwójki pozostałych.
Jeden z nich był ciemnowłosym i chuderlawym około siedemnastolatkiem, palącym zwykłego papierosa, a ten siedzący na kartonie wyglądał na trochę przymulonego jak ja.
– Dziewczynko, zgubiłaś się? – zapytał brunet, zaciągając się szlugiem.
Przetarłam oczy jedną ręką i zrobiłam krok naprzód.
– Nie – odparłam. – Widziałam, że daliście jakiś numer tamtemu kolesiowi i… jest po…
– I zamierzasz zgłosić to komuś? – przerwał mi gwałtownie.
– Nie.
Uśmiechnął się kącikiem ust, wypuszczając dym z ust.
– Jak masz na imię? – spytał uprzejmie.
– Jules – wymamrotałam bez zastanowienia.
– Juli – szepnął ciągle się szczerząc. – Jak lipiec. Mogę tak do ciebie mówić?
Wzruszyłam ramionami.
– Więc właściwie to czego od nas żądasz?
– Macie… ­– Przełknęłam ślinę. – Coś do…
– Marihuanę? – podsunął. – Wyglądasz jakbyś potrzebowała czegoś mocniejszego, kochana.
– Wyglądasz na bardzo zmęczoną – odezwał się drugi.
– Chyba potrzebujesz pobudzenia, bo zaśniesz na stojąco.
Nie miałam pojęcia co próbują mi wcisnąć, ale naprawdę potrzebowałam pobudzenia.
– Pierwsza kreska gratis – dodał.
– Kreska czego? – spytałam.
– Och, niczego groźnego. To tylko speed.
Ta nazwa coś mi mówiła.
– To co, Juli, próbujesz?
Jeśli to mogło mnie wyrwać z tego okropnego otumanienia – oczywiście.
– Dobrze, daj.
– Wolisz rzuć czy wciągać?
– A co mocniej działa?
– To drugie.
– A więc wciągać.
Wyciągnął ze swojej kieszeni saszetkę z proszkiem, z którego następnie oddzielił dla mnie jedną kreskę. Podał mi także plastikową rurkę. Wzięłam ją do ręki, a następnie  wciągnęłam do nozdrzy jej zawartość.
Niemal od razu w moim nosie pojawiło się ogromne ciśnienie. Wzięłam głęboki wdech.
– Nie, czekaj – powiedział i błyskawicznie podał mi chusteczkę. – Wysmarkaj.
Zrobiłam to co mówił.
– Już lepiej?
Szczerze poza zwiększeniem ciśnienia nie czułam się inaczej.
– I jak?
Wzruszyłam ramionami i jeszcze raz wciągnęłam to przez nos.
– Myślałaś, że zacznie działać od razu? Poczekaj jeszcze trochę. – Uśmiechnął się.
Po trzech, góra czterech minutach wszystko się zmieniło. Wyprostowałam się i wzdrygnęłam.
Czułam się jakbym została pobudzona lodowatą wodą wylaną na głowę, tylko w tym wypadku to było przyjemne.
Czułam, że mogłam zrobić wszystko.
Nie mogłam już ustać w miejscu, więc przechodziłam z nogi na nogę.
– I jak, lepiej?
– Zajebiście – odparłam.
– Jak będziesz chciała więcej, dzwoń na ten numer. – Podał mi świstek papieru z nabazgranymi ołówkiem rządem cyfr. – Raczej w godzinach przedpołudniowych.
– Okej, wielkie dzięki – szepnęłam i schowałam karteczkę do spodenek.
Gdy odchodziłam, zdawało mi się, że usłyszałam  drwiący śmiech.

Jonathan

Zdawało mi się, że mam okropne déjà vu. Byłem już kiedyś prowadzony przez korytarze WRIN, jednak jeszcze nigdy do sali tronowej.
Gdy drzwi do niej się otworzyły, zacząłem żałować swojej nieprzemyślanej decyzji o uratowaniu Toina. Może i byłem samolubny, ale smok miał o wiele większe szanse na obronę niż ja.
Nie wiem właściwie kogo spodziewałem się ujrzeć na tronie. Z pewnością nie Aeneasa, gdyż już wcześniej doszły mnie słuchy, że ten zginął. Byłem pewien, że wybiorą kogoś na jego miejsce w szybkim czasie, a w tej chwili właśnie dowiedziałem się, kogo.
Znałem go tylko ze słyszenia, kiedyś może uznawałem za godnego podziwu. Teraz jednak zrozumiałem, że mam przed oczami zdrajcę, człowieka tak dwulicowego, że teraz jedynym podziwem jaki do niego czułem było to, że tak łatwo umie przekonać ludzi do swojej racji. Budził także we mnie wstręt i poczucie, że jednak ja mogę się zaliczyć do dobrych ludzi mimo, że mordowałem z zimną krwią.
Niemniej jednak Rowan Malarkey budził respekt.
Jego jasnowłosą głowę zdobiła piękna korona, która niegdyś kontrastowała z kruczoczarną czupryną jego poprzednika.
Twarz miał spokojną, pewną, za to w jego oczach czaiło się coś zupełnie niepasującego do tak niepozornej miny. Wyrażały okrucieństwo, chłodną pewność wygranej w jakiejkolwiek grze, brutalne oblicze śmierci, co łączyło go z Aeneasem oraz po prostu chęć sprawowania swoich rządów i wyeliminowania każdego, komu nie będzie to odpowiadać.
Taki być powinien król wszystkich naszych gatunków?
Według niektórych pewnie tak, bo większość dotychczasowych monarchów zdawała się łączyć jedna cecha – szaleńcza chęć władzy.
Jeden z wojowników rzucił mnie przed nim na kolana. Nie mogłem teraz spuścić głowy, więc po prostu spojrzałem mu w twarz.
– To cenniejsza zdobycz niż smok – uznał po chwili lustrowania mnie spojrzeniem. – Ja go kojarzę. Fan mi o nim mówiła. To ten co uciekł podczas własnej egzekucji.
Przełknąłem ślinę. Oczywiście że wszyscy mnie tu kojarzyli.
– Nie będę cię pytał o tak banalne rzeczy jak to czy byłeś towarzyszem niejakiej Władczyni Smoków…
– Nieprawda – wymsknęło mi się.
Westchnął nagle znudzony i poprawił koronę na głowie jedną ręką.
– Marnujesz mój czas – stwierdził. – Co próbujesz tym osiągnąć? Więcej godzin życia? – Uniósł brew.
Zamilkłem.
– Wasza wysokość – włączył się jeden ze stojących za mną jego poddanych. – Nie łatwiej byłoby go zabrać do sali sądowej? Lub rzucić Zaklęcie Prawdy?
Monarcha gwałtownie pokręcił głową, a jego jasne włosy się zmierzwiły.
– Uważam, że rzeczy, o których wspomnieliście nie będą wcale potrzebne. – Posłał im niewinny uśmiech. – Jestem pewien, że wszystko sam mi powie.
Zacisnąłem zęby.
– A więc pytanie numer jeden. Gdzie się ona ukrywa?
Wiedziałem, że chodzi o Roxanne.
– Nie powiem…
Rowan ponownie westchnął i wstał, szeleszcząc szkarłatną peleryną. Zszedł po paru stopniach z podwyższenia z tronem i stanął niemal naprzeciwko mnie.
– Gdzie się ukrywa? – powtórzył pytanie nieco chłodniejszym tonem. – Jeśli nie odpowiesz, zabiję cię.
– Nie zabijesz mnie – wyszeptałem. – Bo tylko ja znam potrzebne ci informacje.
– Tak myślisz? – Uniósł kąciki ust do góry, jednak jego uśmiech nie sięgał oczu.
– A więc może spytam inaczej. Czego chciałbyś w zamian? – Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił.
Teraz zdawała się wyrażać dobro, uczciwość, może nawet miłosierdzie…
Maska!
Czym mógł mnie przekonać?
– A co proponujesz? – spytałem nieufnie.
– Wszystko czego tylko sobie życzysz.
Swoim sposobem mówienia przypominał diabła, który namówił Adama i Ewę do zjedzenia zakazanego owocu.
Nie przejąłem się tym.
– Puszczę cię wolno – obiecał. – Bogatego. Ominie cię wojna.
Wolność. Po tak długim czasie. Nie mogło być nic piękniejszego.
Zacząłem więc mówić.
***
Gdy skończyłem mówić nikt przez chwilę także się nie odezwał.
Opowiedziałem królowi wszystko, od momentu poznania Roxanne do porwania mnie przez wojowników polujących na Toina.
Nie byłem z tego dumny, ale wolność była teraz dla mnie ważniejsza niż jakaś dziewczyna, która nawet nie potrafiła docenić mojej pomocy.
Teraz mógłbym znaleźć dla siebie dom mimo iż byłem za młody na samodzielne jego prowadzenie. A może pod wpływem Rowana moja rodzina by mnie przyjęła i wszystko mi wybaczyła? Może mógłbym wrócić do Leili, mojej śmiertelnej dziewczyny?
– Jestem ci wdzięczny. – Moje przemyślenia przerwał głos monarchy.
Spojrzałem na niego.
– Puścisz mnie teraz wolno?
Chłopak westchnął ciężko po czym uśmiechnął się drwiąco kącikiem ust.
Nie spodobało mi się to.
– To było tak łatwe – uznał.
– Puść mnie wolno – szepnąłem. – Obiecałeś mi to.
Wzruszył ramionami.
– Nie przysięgałem ani nic.
Miał rację. Nie pomyślałem o tym, żeby kazać mu rzucić na siebie Zaklęcie Przysięgi lub Prawdy.
– Ale zrobisz to, prawda?
Poszerzył swój drapieżny uśmiech.
Już wiedziałem, że to mój koniec.
– Byłeś zdrajcą już wcześniej – warknąłem. – A teraz nie jesteś po niczyjej stronie, krwawy skurwysynie, prowadzisz własną grę. Zawsze idziesz tam, gdzie masz największą szansę na wygraną, a kto ma ją teraz oprócz ciebie? Nikt. Masz już wszystko. Więc dlaczego chcesz zetrzeć z powierzchni ziemi wszystko co się rusza, a tobie nie odpowiada? Jesteś szalony.
W jego oczach pojawiła się podejrzliwość, a mina nie już świadczyła o rozbawieniu.
– Może jestem – odparł lodowato. – I dlatego to twój koniec. – Ponownie obnażył zęby w uśmiechu. Ten był inny. Pasował do spojrzenia, którym lustrował mnie na pierwszym etapie rozmowy.
Odchrząknął i ponownie przybrał spokojną maskę.
– Nie miej mi tego za złe.
Skinął głową, a ostrze miecza wojownika za mną zagłębiło się w moich plecach, rozrywając skórę, a następnie wnętrzności i odbierając mi życie.

____

Dobra, mam nadzieję, że wyszło w porządku, w sumie to się starałam XD
Niemniej jednak jestem prawie pewna, że znielubiliście przynajmniej czwórkę postaci z tego rozdziału. :)



niedziela, 7 września 2014

Rozdział czwarty


„Na świecie są dwa rodzaje ludzi – tacy, którzy mnie lubią i tacy, którzy mogą iść do diabła” 
~ Axl Rose

Chłopiec wraz  z matką opuścił taksówkę i stanął naprzeciwko dużej rezydencji o białych ścianach ze złotymi zdobieniami. Stała ona na obrzeżach pewnego dużego miasta we wschodniej części kraju.
Miała dwa piętra, ogromny balkon i taras, a na tyłach piękny ogród. Do drzwi wejściowych prowadziła dróżka usypana z małych kamieni.
Czarna, zdobiona brama otworzyła się przed przybyłymi, a w drzwiach pojawiła się dwójka ludzi.
Jednym z nich był średniego wzrostu mężczyzna o cynamonowych włosach, a drugim jasnowłosy, niski chłopiec z piegowatą twarzą.
– To ten pan, którego poznałaś w Moskwie? – spytał dzieciak mamy.
– Tak, a tamten to jego syn, wiesz?
Skinął głową ciągle patrząc na tamtych.
– To będzie też twój nowy brat – oznajmiła niedbałym tonem.
Chłopiec westchnął ciężko. Było oczywiste, że nie chce nowej rodziny.
– Tylko ani waż się mi go zabić – powiedziała ciszej i ostrzej.
Spojrzenie jej dziecka było obojętne, prawie że lodowate. Wydoroślał, a to wpłynęło na jego sposób bycia, mówienia i zachowywania w czyimś towarzystwie. To już nie był ten sam chłopczyk, który opuszczał swój rodzinny kraj wraz z widmem śmierci, unoszącym się wokół, nie umiejący kłamać na tyle dobrze, by ukryć prawdziwy cel swoich czynów.
– Nie musisz nikogo lubić – dodała kobieta. – Ale nie waż się robić czegoś, co znowu zmusi nas do ucieczki, jasne?
– Skarbie! – Od odpowiedzi zwolnił go czyjś pełen radości, niski głos.
Kobieta natychmiast przywołała na usta uśmiech i odwróciła się do swojego narzeczonego. Podszedł do niej i pocałował ją krótko w usta, co wiązało się ze zmarszczeniem nosa przez tamtego dzieciaka.
Spojrzenie matki mówiło „Przywitaj się”, gdy wzrok chłopca zatrzymał się na jej twarzy.
– Cześć – powiedział do rówieśnika przyjaźnie, z uśmiechem.
Ten jednak spojrzenie miał nieufne od samego początku.
Nigdy się nie polubili, uważali, że ich wcześniejsze życie miało więcej zalet. Z czasem okazało się, że może być gorzej.

Danielle

– Pomożemy wam, ale pod jednym warunkiem – odparła właścicielka Marble Carbo.
– Jaki? – Alex uniósł brwi. – Przecież przeprosiliśmy tą panią. Ona najzwyczajniej nie miała poczucia humoru.
Wróżka posłała mu miażdżące spojrzenie, a następnie znowu zwróciła się do mnie.
– Musicie nam coś przynieść – powiedziała. – Coś, co zostało nam skradzione.
– Och, nie. Tylko nie to. Nienawidzę kraść kradzionych rzeczy – burknął czarownik.
– Jeśli tego nie zrobicie, nie możecie liczyć na pomoc.
– Przyniesiemy to coś – zapewniłam ignorując błagalne spojrzenie chłopaka. – Tylko skąd i co?
– Kilka dni temu przyszła tu para skrzatów. W żadnym razie nie traktowaliśmy ich poważnie i wyrzuciliśmy za drzwi, żeby nie pobrudzili nam podłogi tymi ubłoconymi, śmierdzącymi butami. Zdenerwowali się i poszli. Tak myśleliśmy. Wślizgnęły się do kuchni i skradli nasz przepis na płonący tort…
– To im się, kurde nie dziwię – skwitował Alex.
– Musimy go mieć, bo nie znamy go na pamięć – kontynuowała niezrażona. – Pewnie przetrzymują go w swojej kryjówce na Youart Street. Prowadzą sklep z kradzionymi rzeczami. Uwielbiają je.
– No… to nie może być trudne. Im szybciej wyruszymy, tym szybciej wrócimy – mruknęłam i ruszyłam ku wyjściu. Alex szybko mnie dogonił.
Gdy wyszliśmy z restauracji chłopak chwycił mnie za ramiona i wgniótł w nie paznokcie.
– W co ty nas wpakowałaś? – syknął.
– To tylko dwa skrzaty. Są małe…
– Jakaś ty stereotypowa. Są niezwykle bystre i przebiegłe. Niby jakim cudem dostali się do kuchni wróżek? Myśl, dziewczyno!
Rzeczywiście nie zastanawiałam się nad tym, ale prędzej dałabym sobie oczy wydłubać niż przyznać mu rację.
– Spokojnie. Mam wszystko pod kontrolą. Musimy działać, inaczej nic nam nie powiedzą.
– Nawet nie wiemy, czy się to nam przyda.
Zaczęłam ponownie iść, kierując się w stronę Youart Street. Czarownik niechętnie dotrzymywał mi kroku.
– To… to może być niebezpieczne – rzekł żałośnie.
Zaśmiałam się krótko.
– Uwierz, miałam do czynienia z istotami straszniejszymi od skrzatów. Nic mi się nie stanie.
– Po prostu się o ciebie martwię, misiu.
Moje policzki zaróżowiły się lekko. Nie sądziłam, że coś takiego kiedykolwiek od niego usłyszę. Niby byliśmy razem, ale po nim nic nigdy nie wiadomo.
Uśmiechnęłam się mimo woli, a on spojrzał na mnie pytająco.
– W razie czego, ty mnie obronisz. – Uniosłam brwi. – Prawda?
– Oczywiście.
Splótł palce z moimi palcami i dużo pewniej ruszył naprzód.

Jonathan

Spłukałem włosy wodą. Nie zwracałem uwagi na to, że jej lodowate strużki spływające po nagich ramionach, powodują gęsią skórkę i dreszcze. Wytarłem ciało ręcznikiem i ubrałem się w ciuchy, które już całkowicie wyschły dzięki ciepłemu powietrzu na zewnątrz. Zasznurowałem glany i wyszedłem z łazienki. Nie przejmowałem się, że kamienna wanna nadal jest pełna wody. Miałem już dość wszystkich żywiołów, a zwłaszcza jej i ognia.
Szedłem ciemnymi korytarzami w poszukiwaniu jakiejś sypialni. Wślizgnąłem się do pierwszej lepszej i padłem plackiem na łóżko. Wiedziałem, że już nie zasnę, a gdy tylko zamknąłem oczy, miałem ochotę je ponownie otworzyć. Nie mogłem wytrzymać w bezruchu, dlatego też opuściłem pokój na rzecz spaceru. Znalazłem drzwi wyjściowe z „pałacu” i udałem się do miejsca przy wschodnim murze, gdzie smacznie spał Toin. Podniosłem kamyk z ziemi i rzuciłem w smoka. Nawet nie drgnął.
– A miałeś nas pilnować – mruknąłem.
Wtedy jego oczy się otworzyły. Zobaczył mnie.
– Szkoda, że mnie nie rozumiesz – odparłem. – A gdybyś mógł mówić po ludzku, pewnie byś krzyczał.
Toin prychnął, a z jego nozdrzy buchnął dym. Zakaszlałem i odgoniłem go ręką, po czym usiadłem obok smoka i oparłem się o jego twardy bok. Powieki zaczęły mi się same zamykać i jakby czując to, stwór nakrył mnie skrzydłem.
Może jednak zasnę, pomyślałem.
Nic bardziej mylnego.
Usłyszałem coś w rodzaju strzału i zerwałem się na równe nogi. Toin też to usłyszał. Rozglądał się po okolicy wypatrując niebezpieczeństwa. Wskoczyłem na jego grzbiet i jakby poprzez telepatię spróbowałem przekazać, że ma wznieść się w powietrze. Nie było czasu, żeby iść obudzić Roxanne.
Smok zrozumiał i rozprostował skrzydła, rozpędził się i poleciał. Usłyszeliśmy kolejne strzały. Musiały dochodzić z głębi puszczy. Z pomiędzy koron drzew wyleciało stado spłoszonych ptaków.
Symbolicznie oznajmiłem smokowi, że ma spuścić mnie na dół, kilka metrów od tego miejsca. Ześlizgnąłem się po gałęziach drzewa i objąłem jego pień. Zsunąłem się na dół i założyłem kaptur na głowę, gdyż w świetle księżyca łatwo było dostrzec moje włosy.
Zobaczyłem dwie postacie w mundurach WRINU. Wiedziałem, że to czarownicy. Próbowali się uporać z jakimiś petardami.
– To cholerstwo i tak nie zadziała – szepnął jeden z nich. – Smoki są za bardzo inteligentne, żeby nabrać się na to gówno.
Drugi posłał mu mordercze spojrzenie i wrócił do odpalania następnego sztucznego ognia. Ten również nie zadziałał prawidłowo. Wystrzelił z ziemi i o cal minął twarz tego pierwszego czarownika, który w ostatniej chwili zdążył się uchylić. Petarda uderzyła w z jedno z drzew i rozpadła się na kawałki w deszczu paru czerwonych iskier, nawet nie wyrządzając krzywdy roślinie.
– Przecież nawet dziecko nie pomyliłoby prawdziwego smoka ze zwykłym fajerwerkiem!
– Mamy rozkaz wybić je wszystkie. Co do jednego. Masz jakiś lepszy plan?
Szeroko otworzyłem oczy.
– Wiesz, jak jest z przepowiedniami. Nie musi chodzić o Meliusa.
– A o kogo innego? Ty nie żyłeś w tamtych czasach, więc nie wiesz.
– A ty żyłeś?
– Owszem, sam obserwowałem jak mój ojciec zabija jednego z tych stworów…
Urwał, gdy zobaczył, że jedna petarda unosi się w górę ze świstem. Jakby uderzyła o niebo i wypluwała miliony iskier, które po chwili przybrały kształt smoka. Stwór ten wbrew pozorom mógł uchodzić za prawdziwego.
Ze zgrozą usłyszałem trzepot skrzydeł. Wtedy na niebie pojawił się i drugi stwór. Nie, Toin nie mógł być na tyle głupi.
– Mówiłem, że zadziała!
Dopiero teraz zobaczyłem, że czarownicy trzymają napięte niezwykłymi strzałami kusze.
Jęknąłem cicho i natychmiast zatkałem usta.  Jednak mnie nie usłyszeli.
Wiedziałem, że muszę ich jakoś powstrzymać. Nie wierzyłem, w to co robię.
– Hej, tutaj jestem! – zawołałem i wyszedłem z ukrycia.
Wojownicy byli tak zdumieni, że nie od razu zareagowali. Stali z opadniętymi szczękami i patrzyli na mnie. Zobaczyłem, że sztuczny smok zaczyna powoli blaknąć. Toin nie mógł z tej odległości zobaczyć niebezpieczeństwa. Musiałem więc grać na czas.
– Złapcie mnie, jeśli potraficie! – okrzyknąłem idiotycznie.
I rzuciłem się do ucieczki. Niestety to był najgłupszy pomysł, na jaki mogłem dzisiejszego dnia wpaść. Potknąłem się o wystający korzeń i runąłem na ziemię. Szybko przekręciłem się na plecy i dojrzałem, że czarownicy rzucają na mnie lekko za dużą sieć. Próbowałem się z niej wydostać, ale na nic.
– To niestety niewiele ciekawsza zdobycz niż smok, ale może nam powiedzieć, jak złapać tamtego – stwierdził jeden.
– Nic wam nie powiem – powiedziałem twardo.
Zobaczyłem, że smok już całkowicie zniknął z nieba, a Toina też nie było nigdzie widać.
– Dlaczego nie chcecie mnie zabić? – zapytałem.
– Bo wszystko ładnie wyśpiewasz przed swoim królem.
Jeden z nich zarzucił mnie sobie na plecy i teleportował się. Zrobiło mi się niedobrze. Nienawidziłem teleportacji. Zamknąłem oczy, żeby nie widzieć niczego, co spowodowałoby zwrócenie ostatniego posiłku.
Po chwili poczułem, że stanęliśmy na twardym gruncie. Spodziewałem się pojawienia w zamku WRIN. Tak się też stało.

Danielle

Ostrożnie zapukałam do drzwi wejściowych sklepu skrzatów, o którym mówiła nam wróżka z restauracji. Były otwarte. Lekko pchnęłam je i znalazłam się w ciasnym pomieszczeniu ze stertami rzeczy porozrzucanymi na podłodze. Ściany miały okropny, zgniłozielony kolor, a drewniany blat był obdarty z jednej strony. Za nim majaczyły malutkie drzwi z kilkunastoma kłódkami.
– Halo? – zawołałam. – Jest tu kto?
Nikt nie odpowiedział.
Alex niepewnie wszedł za mną. Widziałam, że gwałtownie zbladł i ręce mu drżały.
– O co chodzi? – szepnęłam.
Chłopak zacisnął zęby, a potem wziął głęboki oddech.
– Ja… ja po prostu boję się skrzatów – rzekł niewyraźnie.
Gdyby mógł, pewnie by się zaczerwienił.
Zaśmiałam się.
– Mówisz serio?
Rzucił mi gniewne spojrzenie. Nie żartował.
– Opowiem ci potem.
Wtedy kłódki zawieszone na klamce opadły, a drzwiczki się otworzyły. Stanął w nich szpetny człowieczek z niemałymi uszami i pomarszczonej skórze.
Alex wydał cichy okrzyk.
– W czym mogę służyć? – zapytał skrzat.
– My… chcieliśmy obejrzeć towar. – Uśmiechnęłam się niewinnie. Zabrzmiało to bardziej jakbym rozmawiała z dilerem.
Do pomieszczenia wszedł jeszcze jeden skrzat. Wyglądał podobnie do swojego przyjaciela.
– Powiedzcie konkretniej, czego szukacie, a my na pewno to znajdziemy.
Zamarłam. Miałam wrażenie, że skrzaty wiedzą, co tu robimy.
– Jakiegoś przepisu... Chciałabym upiec tort na urodziny – palnęłam.
Krasnal jakby nigdy nic wyjął zza lady jakąś karteczkę i podał mi ją.
– Proszę bardzo.
Gdy moje palce zetknęły się z papierem, od razu zapłonęły żywym ogniem. Krzyknęłam i upuściłam przepis. Niestety było już za późno. Płomienie lizały moją skórę, a ja czułam tylko piekielny ból.
Alex rzucił się mi na pomoc. Chwycił wiadro z wodą i mopem, a następnie wylał je na mnie. Woda natychmiast zalała moją płonącą dłoń. Ból jednak nie przeminął. W moich oczach pojawiły się łzy, a krzyk nie ucichł. Jak przez mgłę widziałam, co się stało z moją ręką. Była okropnie poparzona.
– Pożałujecie tego, mali skurwiele – warknął czarownik.
Te cholerstwa zdążyły zwinąć coś z lady, wybić szyby sklepu i wyskoczyć przez nie. Dodatkowo rzucili między nas jakiś przedmiot, który po paru sekundach wybuchł i zabrał mi wszystko z pola widzenia.
Poczułam silny uścisk na swoim tułowiu, gdy moje nogi oderwały się od podłoża. Poszybowałam zakleszczona w ramionach Alexa i po chwili uderzyłam w coś twardego. Nie widziałam zupełnie nic. Zorientowałam się, że to maska samochodu. Sturlaliśmy się po niej i wylądowaliśmy na ziemi.
Jakim cudem przeżyliśmy taki wybuch?
– Nic ci nie jest? – zapytał.
Jest. Chciałam odpowiedzieć, ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego słowa. Musiałam zamknąć oczy. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Miałam dość.
– Odezwij się, proszę!
Rozchyliłam lekko usta, ale nic nie powiedziałam.
– Dany…
Otworzyłam oczy i napotkałam inne, ciepłe.
– Boli – wyjęczałam, przenosząc spojrzenie na rękę.
Oparzenia nie były już tak widoczne jak wcześniej, ale nadal nie wyglądało to zbyt pięknie.
– Może Kayla da radę to uleczyć – szepnął. – Nie martw się, mała.
Uśmiechnął się słabo.
– Możesz już wstać czy ci pomóc?
Zamiast wstać, zdrową ręką przyciągnęłam go do siebie, uniosłam głowę i ustami napotkałam te jego. Przez chwilę zdziwiony nie odwzajemnił pocałunku, ale następnie rozchylił wargi i położył lodowate dłonie na moich ramionach.
Zaczął padać deszcz. Woda zmoczyła moją poranioną skórę. Po chwili oderwaliśmy się od siebie i stanęliśmy na równych nogach.
– Na szczęście mam ten przepis. Mnie nie pali w dłonie. Może jest poświęcony albo coś… – Ostatnie zdanie wypowiedział odrobinę ciszej.
– I tak musimy złapać tych nicponi – powiedziałam ignorując ostatnią uwagę i ruszyłam naprzód.
– Chyba sobie żartujesz. Nie widzisz, do czego są zdolni?
Spojrzałam na niego.
– Dlaczego ty aż tak się ich boisz?
– Uraz dzieciństwa. Nie pytaj.
– Nie zamierzam.

Jules

Odstawiłam trawkę parę miesięcy temu. Nie byłam uzależniona, po prostu czasem paliłam okazjonalnie, nie miałam jednak z tym problemu.
Dzisiaj za to potrzebowałam choćby jednego skręta (właściwie wszystkie inne sposoby jarania ganji też były w porządku), więc zadzwoniłam do kogoś, kto dobrze wiedziałam, że nie będzie miał w domu pustej szuflady. Do Chrisa.
Chris był moim pierwszym chłopakiem, a także perkusistą zespołu, w którym gra Mikey. Zaczęliśmy chodzić w wieku piętnastu lat, a potem gdy nie układało nam się tak dobrze jak na początku i coraz częściej się kłóciliśmy, byliśmy zmuszeni się rozstać.
Rzadko można przyjaźnić się z byłym, ale nam się całkiem udawało. Pewnie dlatego, że nigdy nie musieliśmy zostawać sam na sam, gdyż to mogłoby być naprawdę niezręczne.
Teraz jednak mnie to nie obchodziło. Potrzebowałam towaru, a wiedziałam, że mogę się z tym zwrócić tylko do niego. Dlatego o drugiej nad ranem wybrałam jego numer na telefonie ojca i odczekałam aż odbierze.
– Halo?
– Chris?
– A kto mówi?
– To ja, Jules – powiedziałam szybko. – Słuchaj, jest sprawa…
– Która nie może poczekać do rana?
– Nie.
Chłopak westchnął.
– Co to takiego?
– Potrzebuję trawki – palnęłam bez wstępów.
– Myślałem, że przestałaś…
– No niby tak, ale dzisiaj naprawdę… Mogę do ciebie wpaść?
– Teraz? Rodziców nie ma, ale za to jest Adela…
Adela była jego obecną dziewczyną. Czasami przychodziła na próby zespołu tak jak ja kiedyś.
– Mam nadzieję, że nie będzie mieć nic przeciwko.
– No dobra, wpadaj.
– To do zobaczenia.
Ubrałam się w czarne legginsy, założyłam byle jaki podkoszulek, bluzę i stare jak świat trampki. Była noc, mogłam nosić co chcę.
Najciszej jak mogłam, wymsknęłam się z domu i ruszyłam piechotą w stronę domu Chrisa. Nie miałam jeszcze prawa jazdy, chociaż postanowiłam, że w tym roku zacznę o tym poważnie myśleć.
Zresztą nawet, gdybym mogła prowadzić, nie byłby to najlepszy pomysł.
Po kilkunastu minutach dotarłam do domu chłopaka, parę przecznic dalej. Zapukałam do drzwi i poczekałam aż mi otworzy.
– Jules – powiedział na przywitanie. – Hej.
Nie zmienił się wcale. Nadal mógł się pochwalić ciemnymi blond włosami do ramion, które zapuszczał by osiągnąć taką długość by jego fryzura przypominała tą, którą miał Axl Rose. Odznaczał się dużym wzrostem, posiadał jasnozielone oczy oraz uroczego pieprzyka na lewej powiece. Także był metysem, ale w przeciwieństwie do mnie, jego cera miała blady odcień.
– Cześć – odparłam i weszłam do środka.
Ruszyłam przez przedpokój i odnalazłam ładny, przestronny salon ze skórzanymi kanapami, miękkim dywanem i telewizorem plazmowym. W środku była już Adela, rozłożona na pufie i nogami ustawionymi na stoliku do kawy.
– Cześć – przywitałam się.
Uśmiechnęła się i mi pomachała, a następnie wróciła do oglądania filmu.
– A więc – zaczął Chris. – Ile tego chcesz?
– Nie chcę brać nic do domu – oznajmiłam szybko. – Po prostu daj mi jednego skręta. Tyle wystarczy.
***
Oczywiście nie skończyło się na jednym.
Kręciło mi się w głowie i chciało śmiać. Dochodziła już trzecia nad ranem.
– Jestem głodna – oznajmiłam z chichotem. – Bardzo, bardzo.
– Chyba lepiej, żebym podwiózł cię do domu – oznajmił Chris i wziął mnie za ramię, prowadząc do drzwi.
– Do domu? – powtórzyłam rozczarowana. – Nie trzeba, dzięki – zapewniłam i nacisnęłam klamkę. Zamrugałam powieki, gdyż latały wokół mnie miniaturowe kapibary zielonego koloru, śmiejąc się do mnie. – Odwalcie się – mruknęłam odgarniając je ręką i parskając śmiechem.
– Chyba jednak trzeba – odparł. – Adela, idziesz z nami?
– Mógłbyś mnie także podrzucić do domu? – zapytała.
– Jasne, księżniczko – przytaknął i pomógł mi otworzyć drzwi na oścież.
W milczeniu wsiedliśmy do jego auta. Na ulicy było zupełnie cicho, a gdy jechaliśmy, nie minęło nas żadne auto. Pojechaliśmy dłuższą trasą, gdyż do Adeli nie było po drodze. Gdy przejeżdżaliśmy obok McDonalda poczułam cudowny zapach smażonych frytek i innych mega kalorycznych rzeczy.
– Mmm. – Oblizałam się. – Chodźmy do McDonalda, błagam!
Moi towarzysze spojrzeli po sobie sceptycznie, ale w końcu się zgodzili. Weszliśmy do środka i stanęliśmy w kolejce. Mimo tak późnej pory interes się kręcił.
Kasjerem, który nas obsługiwał okazał się wysoki i bardzo blady mężczyzna z długimi, czarnymi włosami i kamiennym wyrazem twarzy. Miał nawet tatuaż na skroni ledwo zakryty przez czapkę, a plakietka na koszulce głosiła jego budzące grozę imię „Jimmy”.
– W czym mogę pomóc? – odezwał się ponuro.
– Poproszę… – zamyśliłam się i zaśmiałam. – Zestaw Happy Meal! Z sałatką, bo nie mogę jeść mięsa, frytkami i soczkiem – poprosiłam i uśmiechnęłam się miło.
– Jaka zabawka do tego? – zapytał beznamiętnie.
– Hm, mogę się chwileczkę zastanowić? – Ponownie wyszczerzyłam zęby.
Ledwo widocznie skinął głową, nadal ze spojrzeniem wbitym prosto we mnie.
Obejrzałam zabawki i stwierdziłam, że zielony kubek z przykrywką w kształcie żaby podoba mi się najbardziej.
– Poproszę numer trzy.
– Płaci pani kartą czy gotówką?
– Ee, ja płacę – wtrącił się Chris i szybko podał Jimmy’emu banknot.
– O to numer zamówienia. Prosimy stanąć w strefie oczekiwania. Życzymy smacznego i zapraszamy ponownie – zakończył tym samym, ponurym tonem.
– Już nigdy się tu z tobą nie pokażę – syknął Chris, gdy stanęliśmy w wyznaczonym miejscu.
– Co? Dlaczego? – spytałam głośno.
Westchnął.
– Możesz zjeść w aucie?
– Jasne.
Gdy odebrałam swój zestaw, wróciliśmy do samochodu. Gdy zatrzymaliśmy się pod domem Adeli, wysiadła z samochodu, a potem jej chłopak odsunął szybę i złożyła szybki pocałunek na jego policzku, a następnie wbiegła na ganek. Chris zjechał z parkingu i ruszył dalej. Przez całą drogę nic nie mówiłam, tylko pochłaniałam jedzenie aż się skończyło. Westchnęłam wtedy smutno i zaczęłam się bawić przykrywką od zabawkowego kubka.
– Dobrze się czujesz? – spytał.
– Musuje mi w mózgu – stwierdziłam, gdy skręcił w moją uliczkę.
– Jesteś pewna, że ktoś powinien zobaczyć cię w takim stanie?
– Ojciec śpi.
– Możesz go obudzić. Może lepiej jeśli zaprowadzę cię do pokoju.
– Wiem, że to tylko pretekst, żeby się do mnie dobrać – szepnęłam, gdy byliśmy już na podjeździe.
Gwałtownie zatrzymał auto i spojrzał w moją stronę.
– Co?
Zaśmiałam się.
– Głuptasie, wiem, że chociaż z tobą zerwałam, nadal masz na to ochotę.
– Jules, jesteś zjarana, nie mogę tego brać na poważnie.
Rozpięłam pas bezpieczeństwa i szybko przeszłam na miejsce pasażera. Patrzył na mnie jak na wariatkę.
– Kocham cię – szepnęłam. – Dalej. Ale też nie mogę mówić tego na poważnie przez te kapibary – jęknęłam z nieszczęśliwą miną.
– Jules…
Wsunęłam mu się na kolana i objęłam dłońmi jego kark.
– Jules, przestań. Nie ma już nas. Mam Adelę, a ty…
– Ja cię kocham bardziej. – Dotknęłam czubkiem palca jego nos, a potem usta.
Objął mnie w pasie, ale niestety w celu zepchnięcia z siebie. Natrafiłam tyłem na trąbkę przy kierownicy, a jej głośny dźwięk podrażnił mi bębenki.
– Idź już, pogadamy kiedy indziej.
– Nie każ mi iść – poprosiłam, przyciągając go do siebie z powrotem. – Myślisz, że przyszłam do ciebie tylko po trawkę? – Uniosłam brew.
Westchnął.
– Wiem, że mówisz to tylko dlatego, że jesteś naćpana.
– Oczywiście, że nie – zaperzyłam się. – Czemu…
– Idź, jest późno.
– Chciałeś mnie odprowadzić – przypomniałam.
– Myślę, że jednak sobie poradzisz.
Oparłam moje czoło o to jego i uśmiechnęłam się. Jego oczy były gniewne, a usta miał ściśnięte w wąską kreskę.
– Chris, kocham cię – powtórzyłam. – Ty mnie też, prawda?
Westchnął.
– Ja...
– Nie powiedziałeś, że nie – zauważyłam z zadowoleniem.
– Ale wiedz, że tak jest – mruknął i znowu mnie odepchnął.
Zagryzłam wargę.
– Już mnie nie chcesz?
– Nie chciałem cię odkąd zakończyliśmy naszą znajomość.
Położyłam dłoń na sercu.
– To rani, wiesz?
– Jules, ja naprawdę nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, gdy tak się zachowujesz.
– Robię coś nie tak? – wyjęczałam. – Ja tylko okazuję moje uczucie…
– Którego nie ma – warknął chyba ostrzej niż zamierzał.
Zmartwiałam pod wpływem jego tonu.
– Myślę, że jest – wyznałam. – Może nie odwzajemnione, ale… możesz to zmienić. Rzuć Adelę, jestem od niej ładniejsza. Dlaczego wolisz ją?
– Kocham ją – oświadczył.
– A czemu mnie nie?
– Bo tak wyszło…
Ujęłam jego twarz w dłonie.
– A możesz chociaż powiedzieć to ten jeden raz? Bez tego nie zasnę.
Zmierzył mnie długim spojrzeniem.
– Kocham cię – wydusił w końcu grobowym głosem.
– Świetnie. – Ucieszyłam się i pocałowałam go w usta.
Zamarł. Przyciągnęłam go bliżej do siebie, a gdy odwzajemnił pocałunek, zrozumiałam, że to pozwolenie na coś, o czym wspomniałam wcześniej. Zdjęłam z siebie bluzę i koszulkę, a gdy on na chwilę się ode mnie oderwał, spojrzał mi w twarz, ale jego wzrok szybko natrafił na mój stanik. Zadowolona, zajęłam się także jego T-shirtem. Tym razem on pocałował mnie, ale przytrzymał mi ręce nie dopuszczając do pozbycia się większej części garderoby. Jakoś jednak udało mi się oswobodzić dłonie z jego uścisku i zająć się jego paskiem od spodni. Wtedy jeszcze raz złapał moje nadgarstki, tym razem mocniej i oderwał się ode mnie.
– Przestań już – powiedział i zepchnął mnie sobie z kolan.
Spojrzałam na niego zawiedziona.
– Powiedziałeś, że mnie kochasz – przypomniałam.
– Ubierz się – nakazał, podając mi koszulkę. – I idź.
– Ale… – zaczęłam, ale pod wpływem jego spojrzenia, szybko ją ubrałam.
Sięgnął do klamki moich drzwi i otworzył je.
– Idź.
– A zadzwonisz do mnie jak wrócisz do siebie? – spytałam.
Przygryzł wargę. W jego oczach zauważyłam niedowierzenie. Jednak zignorował moje pytanie.
– Mogę cię jeszcze raz pocałować? – szepnęłam.
– Nie, żegnaj.
Zrobiłam nieszczęśliwą minę, ale w końcu stamtąd wyszłam. Usłyszałam świst opon, gdy jak najszybciej odjechał.
Jakimś cudem udało mi się wejść do swojego pokoju, a w tym czasie mój nastrój zdążył się gwałtownie zmienić. Stałam się przymulona i zmęczona. Padłam na swoje łóżko i wyciągnęłam z kieszeni saszetkę, którą Chris dał mi jeszcze w jego domu, a następnie włożyłam ją do pudełka po landrynkach leżącego na stoliku nocnym.
Potem praktycznie od razu odpłynęłam.





____

No cóż. Ten rozdział pojawia się chyba w odpowiednim odstępie czasu. ;) Jest dość dziwny i na wstępie zaznaczę, że NIE promuję trawki czy coś... Jest też sprawdzany dość szybko, więc jeśli znajdą się jakieś błędy, to proszę o wypisanie. ^-^