wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział trzeci

„Czasami nienawidzę życia, które sam sobie stworzyłem
Wszystko zawsze idzie źle
Naciskając nie ucieknę
przed wszystkim, co mnie czeka
To prześladuje mnie, nie spiesząc się zbytnio.” 

~ Jonathan Davis

Matka i jej syn byli już na lotnisku w Mińsku, czekając w kolejce do ostatniej odprawy. Przed nimi stała grupka Litwinów, przechwalająca się, kto lepiej wyszedł na zdjęciu do paszportu, a w kolejce po przeciwnej stronie ogromna rodzina Amerykanów, odlatujących do domu po wycieczce na Białorusi.
– Panie i panowie. – Z głośników wydobył się nagle głos pracownika lotniska. – Lot numer  do Chicago zostaje przełożony na dzień jutrzejszy z powodu nagłych problemów technicznych w samolocie. Prosimy się udać z powrotem do punktu wyjścia i odebrać bagaże. Przepraszamy.
– To znaczy, że dzisiaj nie lecimy? – spytał mały Amerykanin. – Przecież parę godzin temu również był lot do Chicago, a wtedy samolot się nie zepsuł… Dlaczego?
– Bo my jesteśmy fajniejsi i ten kraj specjalnie nas wybrał, byśmy sprawili im zaszczyt i zostali tu jeszcze jeden dzień – mruknęła jego nastoletnia krewna beztrosko.
Matka przygryzła wargę i ciągnąc za sobą synka, podeszła do pracownika.
– O której jutro ma być ten lot? – spytała.
Mężczyzna zerknął na karteczkę w swojej dłoni.
– Dwudziesta druga czterdzieści – oznajmił.
– Co? – jęknęła. – Nie mamy gdzie się zatrzymać i musimy szybko stąd wylecieć.
– Spokojnie – poradził. – Może się pani skonsultować z rezydentem…
– Nie jesteśmy tu na wakacjach!
– Czego właściwie pani ode mnie oczekuje? Nie mogę zmienić godziny lotu.
– A czy są jeszcze wolne miejsca w jakimkolwiek samolocie opuszczającym kraj dzisiaj?
Pracownik popatrzył na nią zdumiony.
– Zapłacę podwójnie – dodała.
Przygryzł wargę, zastanawiając się.
– Chyba są jeszcze wolne w locie do Moskwy… Ale właściwie, to dlaczego tak bardzo zależy pani na opuszczeniu kraju?
– Potrójnie jeśli nie będzie pan zadawał pytań.
Jeszcze chwilę spoglądał na nią nieufnie, ale w końcu chyba uznał, że mu się to opłaca.
– Cóż, w takiej sytuacji chyba nie mogę zrobić niczego innego niż się zgodzić.

Roxanne

Patrzyłam, jak Jonathan podchodzi do mnie machając banknotami ściśniętymi w dłoni.
– Skąd to masz? – zapytałam.
– Uwierz, że nie chcesz wiedzieć.
– Masz rację – powiedziałam i ruszyłam w stronę sklepu.
Postanowiliśmy zrobić zakupy teraz, żeby nie pokazywać się zbyt często w zaludnionych miejscach. Ze zgrozą zobaczyłam, że przy kasie siedzi ta sama wredna kobieta, co tej nocy, gdy mnie porwano. Elf wziął do koszyka dużo produktów o długim terminie ważności. Ja rozglądnęłam się za szamponem i mydłem. Nie miałam pojęcia, dokąd zmierzamy, więc postanowiłam się zaopatrzyć we wszystkie potrzebne rzeczy. Gdy byliśmy już gotowi, odnaleźliśmy kasę. Kasjerka posłała mi ponure spojrzenie, ale gdy napotkała oczami Jonathana, miała minę, jakby spotkała przestępcę, który po kilku latach wyszedł z więzienia. Prawda nie była bardzo odmienna. Zapłaciliśmy i szybko wyszliśmy na zewnątrz.
– No więc, gdzie idziemy? – zapytałam.
Ruszyliśmy w miejsce, gdzie wcześniej zostawiliśmy Toina. Smok rzucił nam zniecierpliwione spojrzenie.
– Mam pomysł, gdzie możemy na chwilę zamieszkać – odparł.
Usiadł na grzbiecie Toina i podał mi rękę, żebym i ja mogła się na niego wspiąć.
– Gdzie?
Posłał mi uśmiech.
– Na kompletnym zadupiu, ale mam pewność, że nikt nas tam nie znajdzie.

Jules

– Wracacie do domu? – upewnił się Alex. – Po tym wszystkim?
Od początku wiedziałam, że będę musiała wrócić. Opuściłam szkołę. Nawet nie kontaktowałam się z moim przybranym ojcem. 
– Wszystko w porządku? – dodał.
Nie, nic nie jest w porządku.
– Tak, tak – odparłam i uśmiechnęłam się słabo. – Będę do was wpadała – skłamałam. – Po prostu chcę mieć swoje dawne życie.
– Nie wiem, czy „tam” – Oczywiście Alex miał na myśli wszystko poza bazą. – jest bezpiecznie.
– Niech idzie – mruknęła Danielle. – Jeśli chce.
Posłałam siostrze dziwne spojrzenie. Jakbym była na nią zła, ale jednocześnie wdzięczna.
– Ethan, idziesz ze mną? – Spojrzałam na brata.
Podniósł na mnie wzrok.
– Nie. Tutaj jest mi dobrze.
Ścisnął mi się żołądek.
– Ojciec nie widział cię od tygodni. Może chociaż powiesz mu, że nadal żyjesz.
Chłopak westchnął i wyjął z kieszeni telefon. Wybrał numer ojca. Nie odbierał.
– Zostaw wiadomość – szepnęłam.
– Hej, tato – powiedział. – Chcę ci powiedzieć, że nadal żyję. Nie szukaj mnie.
I rzucił telefon na kanapę.
– No to cześć – mruknęłam i opuściłam pokój. Mikey ruszył za mną.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, poczułam się jak wtedy, gdy Nathaniel przestał mnie dusić. Chłodne wieczorne powietrze całkiem mnie obudziło. Przeszliśmy przez płot i ruszyliśmy ku światłom Calleharton.
– Czym jedziemy do domu? – zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
– Nie chcę już żadnych pociągów ani autokarów, może być taksówka.
***
Po kilku godzinach w końcu dotarliśmy do starego dobrego Ashadewoods. Bałam się spotkania z Curtisem Cairstairs niemal tak, jak tego z Omnemalumem. Na szczęście Mikey był ze mną.
W moim domu świeciło się tylko w jednym pokoju, kuchni. Zrobiliśmy krok naprzód. Od drzwi dzieliło nas może pół metra. Przyjaciel sięgnął do dzwonka, ale ja mu przeszkodziłam.
– Nie jestem jeszcze gotowa – powiedziałam. – Po prostu nie dam rady.
– Przecież znasz go od lat. Nie mógł się zmienić.
Spojrzałam mu w oczy.
– Myślisz, że jak zareaguje?
– Myślę, że tak samo, jakby cię przyjął za tydzień, miesiąc i rok. On cię kocha. Wiesz, że możesz na niego liczyć.
Zamyśliłam się chwilę.
– Masz rację. To on zawsze był przy mnie. Jest tylko jedna osoba, na którą mogę liczyć bardziej.
Mikey ułożył usta, żeby coś powiedzieć, ale najwyraźniej w porę ugryzł się w język.
– Mówię o... tobie.
Uśmiechnął się.
– Wątpię. Uważam, że powinnaś to zrobić sama.
– Chyba tak.
Pomachał mi na pożegnanie i ruszył ku ulicy. Patrzyłam jak idzie na północ, w stronę swojego bloku jak dawniej. W końcu zniknął w labiryncie wysokościowców. Westchnęłam i odruchowo nacisnęłam na dzwonek. Poczułam ucisk w żołądku, ale nie ruszyłam się z miejsca. Widziałam, jak światło w kuchni gaśnie i nagle zapala się w korytarzu. Przełknęłam ślinę. Słyszałam szczęk zamka. W drzwiach stanął Curtis Cairstairs. W jego szarych oczach zobaczyłam taką ulgę i radość, jakiej nigdy jeszcze u nikogo nie widziałam. Po chwili stałam zakleszczona w jego ciepłych, ojcowskich objęciach. Łzy spływały po moich piegowatych policzkach.
– Nawet nie wiesz, jak się martwiłem – odparł. – Myślałem, że zniknęłaś jak Ethan. Ale wszystko z tobą w porządku. 
Czy ze mną naprawdę było w porządku?
– Sprawdź pocztę głosową.
Oderwaliśmy się od siebie i weszliśmy do domu. Mężczyzna podszedł do blatu w kuchni i sięgnął po komórkę. Wybrał numer poczty głosowej i odsłuchał ostatnią wiadomość.
– On żyje.
Pokiwałam głową. Jednak uśmiech mojego taty szybko zbladł. Spojrzał na mnie w skupieniu.
– Spodziewałem się, że któregoś dnia tak po prostu znikniesz.
– C-co masz na myśli? – spytałam.
– Jesteś jedną z nich, prawda?
Z nich? Co miał na myśli?
– Wyklętych? – podsunęłam, wiedząc, że nawet jeśli nie zna prawdy, będę musiała mu ją wyjawić.
– Właśnie – odparł.
Nie zdziwiło mnie to, że wiedział.
– Twoja matka również nią była – szepnął. – I twój ojciec także. – Jego głos zrobił się nieco mniej łagodny.
To też wiedział.
– Nie musisz mi mówić, gdzie byłaś. Wiem tylko to, że musiało być niesamowicie niebezpieczne.
Skinęłam głową.
– Ethan też jest w to wplątany?
– Tak.
– Dlatego nie wrócił?
– Tak – powtórzyłam.
Curtis westchnął.
– Przepraszam – odezwałam się po chwili milczenia.
– Za co?
– Że przypominam ci o tym, co zrobiła moja matka.
Jego spojrzenie złagodniało.
– Przecież cię nie winię.
– Tak? – Po moich policzkach spłynęły łzy.
– Nie płacz – poprosił i poprowadził mnie do środka domu.
Usiedliśmy na skórzanej sofie.
– Nadal jesteś moją córką – oświadczył.
Ukryłam twarz w dłoniach.
– I możesz powiedzieć mi wszystko – dodał.
Tak bardzo chciałam w końcu się wygadać, powiedzieć coś, o czym nie mówiłam nawet Mikey’owi, ale czy tata by mnie zrozumiał?
– Ja po prostu chcę moje stare życie – oznajmiłam.
Skinął głową i uśmiechnął się. Pociągnęłam nosem i również spróbowałam. Prawie wyszło.
– Idę się umyć i spać – powiedziałam.
Byłam wyzuta z energii. W sypialni ściągnęłam obszerną szarą bluzę, ukazując poranione ciało. Zdjęłam też dziurawe dżinsy i buty. Wszystko zapakowałam do worka na śmieci i postanowiłam wyrzucić je następnego dnia. Medalion jednak zostawiłam na szyi.
Weszłam do swojej łazienki i napuściłam gorącej wody do wanny. Jak dobrze było w domu. Telefon zgubiłam w oceanie lub nie wiadomo gdzie. Musiałam kupić sobie nowy.
Rozpuściłam włosy związane w koński ogon. Weszłam do wanny i odprężyłam się w niej. Nie pamiętałam dnia, kiedy ostatnio to robiłam.

Jonathan

Roxanne bez trudu zasnęła w naszym „nowym domu”, czyli ruinach „prehistorycznej” siedziby wróżek w samym środku Puszczy Amazońskiej. Sam odkryłem to miejsce, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Nikt o nim nie wiedział. W opowieściach wyglądało wspaniale, ale teraz… W każdym razie zapewniło nam schronienie. Nawet Toin się w nim zmieścił, bo było całkiem duże. Dziwiłem się, że nikt go jeszcze nie znalazł. To miejsce miało tylko trzy wady: brak ciepłej wody, prądu i Internetu. Nie chodziło mi o swoje własne zachcianki, tylko o potrzeby mojej towarzyszki. No może poza Internetem, przez który można było się dowiedzieć, co się dzieje na tym świecie, czy jeszcze nikt nie planuje nas zabić.
Spojrzałem na Wyklętą. Uśmiechała się przez sen. Kąciki moich ust również się uniosły. Nie mogłem sobie pozwolić na drzemkę, mimo, że Toin obiecał stać na warcie. Znajdowaliśmy się w pomieszczeniu, które musiało być komnatą osoby o ważnej pozycji. Składało się z glinianej podłogi i ścian, jednego łoża z baldachimem i czegoś, co mogło uchodzić za kanapę. Roxanne nie chciała się rozdzielać, więc zamieszkaliśmy w jednym pokoju. Oczywiście ona musiała zająć łóżko.
Postanowiłem się umyć. Zimną wodą, jeśli musiałem. Nie miałem innych ubrań, a skoro te były brudne, postanowiłem je wyprać. Upewniłem się, czy towarzyszka na sto procent śpi, po czym zdjąłem kurtkę, koszulkę, buty i dżinsy, tak że zostałem w samych majtkach. Usłyszałem chichot.

Roxanne

Patrzyłam na to już od dłuższej chwili, ale teraz nie mogłam powstrzymać śmiechu. Jonathan zarumienił się.
– Myślałem, że śpisz – syknął.
Nadal śmiejąc się cicho wstałam. Cofnął się do tyłu.
– Spokojnie, spokojnie – prychnęłam. – Nie wiedziałam, że jesteś taki płochliwy.
Chłopak porwał z podłogi kurtkę i owinął go sobie wokół pasa. Stanął do mnie tyłem, żeby zawiązać supeł z przodu.
W oczy rzucały się okropnie poszarpane blizny na jego łopatkach. Tam kiedyś musiały znajdować się jego skrzydła. Widziałam też tatuaże pokrywające jego szyję, plecy i ramiona. Przysłaniały dosłownie wszystko. Zauważyłam tam jakąś inskrypcję, ale nie zdążyłam jej odczytać, bo założył kurtkę.
– Jesteś zboczona – podsumował mnie. – Nie różnisz się od twoich śmiertelnych rówieśniczek.
– Mam tylko czternaście lat – powiedziałam. – Och, przepraszam. Niedługo piętnaście, ale jednak...
Jego źrenice się rozszerzyły.
– Tylko czternaście?
– Powiedziałam: niedługo piętnaście.
Zignorował mnie.
– Wyglądasz na o wiele starszą.
Tym razem ja się zarumieniłam.
– To komplement?
Jakby nagle oprzytomniał.
– Nic nie sugeruję. – Wyszczerzył zęby. – A teraz wybacz, chcę się umyć.
– No w końcu – mruknęłam.
Mruknął coś niezrozumiałego i opuścił pomieszczenie. Nie mogłam stwierdzić, czy naprawdę jest obrażony. Zastanawiałam się, dlaczego aż tak się przeraził, gdy dowiedział się ile mam lat. Wzruszyłam ramionami i z powrotem runęłam na łóżko.

Danielle

– Myślisz, że oni będą coś wiedzieć? – zapytał po raz setny Alex.
– Oczywiście, że tak – potwierdziłam. – W Marble Carbo…
Urwałam słysząc jego śmiech.
– Co?
– „Marble Carbo”? Ty tak na serio? Przecież to idiotyczna nazwa.– Uniósł brwi, posyłając mi idiotyczny uśmiech.
– Tak – warknęłam. – Masz coś do Marble? Albo Carbo?
Zaśmiał się i schylił się, żeby pocałować mnie w policzek. Odepchnęłam go i wytarłam rękawem twarz. On ponownie zachichotał i jeszcze raz mnie pocałował, tym razem w usta. Nie protestowałam.
– Dobra, co mówiłaś o tych – urwał i parsknął śmiechem. – Marble Carbo?
– Pracują tam wróżki mimo, że restauracja jest dla śmiertelników. Ich specjalnością jest płonący tort, do którego wykonania na pewno nie używają ludzkich metod. Więc mogą wiedzieć coś o tym całym ogniu. Wiem, że to brzmi naprawdę bez sensu...
– I o smokach – dodał ignorując ostatnie zdanie.
– No właśnie.
W końcu dotarliśmy do starej kamienicy, na której parterze znajdowała się elegancka restauracja.
– Chyba mają tu jakieś przyjęcie – mruknął czarownik.
W środku rzeczywiście znajdowała się duża grupka osób w eleganckich strojach, a na scenie ustawiony był fortepian, na którym grała teraz jakaś młoda kobieta. Wszędzie widniały ustawione świece, a stoliki ozdobiono czerwonymi obrusami. Najbardziej udekorowany był jednak jeden stolik, przy którym siedziało dwoje uśmiechniętych około dwudziestolatków, patrzących sobie głęboko w oczy. Pomyślałam sobie, że nabawią się zeza.
Bez wątpienia była to impreza zaręczynowa.
Pchnęliśmy drzwi. Chyba wszyscy spojrzeli na nas. Gruba kobieta w ciasno opinającej ciało sukni z fioletowego aksamitu z trudem wstała od stołu i podeszła do naszej dwójki.
– Przepraszam, ale nie widzicie, dzieci, że tutaj jest przyjęcie?
Weszłam do środka.
– Tak, widzimy. My… tutaj pracujemy. Przyszliśmy… – skłamałam głupio.
– Żeby zmienić temperaturę w zamrażarce – palnął Alex.
Posłałam chłopakowi nieodgadnione spojrzenie, a potem przeniosłam je z powrotem na kobietę.
– Proszę wyjść – rzekła.
– Dlaczego niby nie możemy tu wejść?
– Psujecie przyjęcie!
– Czym? Obecnością?
– Proszę wyjść – powtórzyła i pchnęła nas lekko na zewnątrz.
Zacisnęłam zęby.
– Nie będziesz mi rozkazywać, stara ścierwo. – Popchnęłam ją tak mocno, że ta aż się zatoczyła.
Nie zwróciłam uwagi na okrzyki pełne wzburzenia i odnalazłam wejście do korytarza, którym można było się dostać do kuchni. Omal nie uderzyłam drzwiami chłopaka z laską i ciemnymi okularami.
– Och, przepraszam.
– Te krzyki… Czy coś się stało?
W tej chwili do środka wparował Alex.
– Chcą dzwonić po gliny! – Uśmiechał się, jakby był szalony. – To było epickie.
– Co było epickie? – zapytał ślepiec.
Czarownik dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności nieznajomego. Zmierzył go od rozczochranej, czarnej czupryny przez chudą sylwetkę po czubki butów.
– Rozkręcenie tej imprezy – odparł Alex.
– I tak było nudno – mruknął chłopak i zniknął za drzwiami.
– Lubię go – stwierdził czarownik.
Nie odpowiedziałam, patrząc za tamtym zastanawiając się dlaczego wydawało mi się, że ma w sobie coś znajomego.



____

Dobra, ten rozdział jest dziwny i naprawdę nie jestem z niego zadowolona. Jednak pisałam go tak dawno, a poprawiając przed dodaniem zauważyłam ze sto błędów. ;_; Pewnie i tak jest ich więcej... Mam nadzieję, że nie zawiodłam was tak jak siebie, no ale proszę bardzo.

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział drugi

„Z czasem dziecko wdrąża się
Ten biczowany chłopiec zawinił
Pozbawiony własnych myśli
Młody człowiek zmaga się z tym o czym wie
Przysięga też sobie
Że od tego dnia
Nikt już nigdy nie odbierze mu jego woli”
~ James Hetfield

– Mamo, gdzie jest mój tata? – spytał chłopczyk, siadając obok swojej matki na kanapie.
Kobieta uniosła na niego wzrok znad papierów i westchnęła.
– Nie żyje – wyjaśniła beznamiętnym tonem.
Dzieciak nie wyglądał na wstrząśniętego. Pewnie nie wykluczał tej opcji już wcześniej.
– Dlaczego? – szepnął po chwili ciszy.
Matka odłożyła na chwilę dokumenty i spojrzała synkowi prosto w oczy.
– Bo nie myślał – powiedziała w końcu. – Pamiętaj, że jeśli kiedyś będziesz musiał stanąć po jednej ze stron, wybierz tą, która ma większe szanse na wygraną.
Chłopczyk zmarszczył czoło.
– Nie rozumiem.
– Twój ojciec pracował u pewnego pana – odparła. – A ten nie znosił nieposłuszeństwa. Na początku Royce zrobił tak jak ja poleciłam tobie. Został jednym z najlepszych pracowników tego pana, chociaż kompletnie nie odpowiadał mu jego sposób myślenia. Nie lubił osób zwanych śmiertelnikami, właściwie to nimi gardził. A ten pan wręcz przeciwnie. Był jednym z nich w małej cząstce i uznawał ich za równych nam. Pewnego dnia twój ojciec stwierdził, że nie może tak żyć. Oszalał. Zabił paru śmiertelników tym. – Odsunęła szufladę w komodzie, ukazując porządną strzelbę, częściowo owiniętą w szorstki, ciemny materiał. – Nie powinien był tego robić. To było niewybaczalne względem pozycji, którą zajmował. Więc pan ukarał go śmiercią – dokończyła obojętnie.
Chłopiec patrzył tylko w zamyśleniu na szufladę z bronią
– A czy… ten człowiek, który zabił mojego tatusia, nadal żyje? – spytał po chwili milczenia.
– Nie – odpowiedziała kobieta.
– Szkoda.
Matka spojrzała na niego pytająco.
– Dlaczego?
– Bo wtedy mógłbym się na nim zemścić.
– Zapamiętaj sobie, że nigdy nie można się mścić na osobie potężniejszej od ciebie. Inaczej ona wróci ze zdwojoną siłą.
– Czyli mogę się mścić na osobach mniej potężnych ode mnie?
– Jeśli rzeczywiście są mniej potężne, nie dadzą rady skrzywdzić cię jako pierwsi.
Chłopczyk westchnął i położył głowę na kolanach mamy. Ona ostrożnie pogłaskała go po włosach.
– Czy tata jest teraz w Niebie? – spytał z nadzieją w głosie.
Kobieta wzięła głęboki oddech.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo nie ma czegoś takiego jak Niebo – odpowiedziała sztywno.
– Czyli jak umrę, nie zostanę aniołem?
– Nie.
– A Piekło istnieje?
– Nie.
– Więc jeśli będę postępować dobrze, nie zostanę nagrodzony, a gdy będę postępować źle, nie zostanę ukarany, tak?
– Tak.
– Hah. – Chłopiec uśmiechnął się i zamknął oczy.
Kobieta przytuliła go do siebie. Zauważyła, że już zdążył zasnąć. Przyjrzała się jego niewinnie wyglądającej twarzyczce i przygryzła wargę. Następnie podniosła nożyczki leżące na blacie komody i obcięła mu kosmyk włosów, który następnie włożyła do kieszeni swoich spodni.

Roxanne

Toin zbliżał się ku lądowi. Osiadł na dwóch tylnych łapach niemal strącając oboje pasażerów. Zaklęłam. Smok chyba mnie zrozumiał, bo opadł na przednie i uśmiechnął się do mnie przepraszająco, jeśli to w ogóle można było nazwać uśmiechem.
Byliśmy już w Calleharton. W miejscu, gdzie spotkałam tą dwójkę, czyli dokładniej mówiąc cichy zakątek za sklepem spożywczym. Nikt nie zwracał uwagi na smoka, siedzącego na dachu. Jonathan zsunął się po jego grzbiecie i pomógł mi zejść. Oboje ześlizgnęliśmy się po płytach, skoczyliśmy na kontener i z niego spokojnie zeszliśmy na ziemię.
– Dlaczego myślisz, że nadal tutaj są? – zapytał. – Przecież już po wojnie.
– To nie znaczy, że nie mają wrogów. Pewnie nadal szukają Wyklętych, żeby zapewnić im schronienie.
– Bardzo wielu was zginęło, ale też dużo zostało. Myślę, że nie szukają tylko w tych obrębach.
– Istotnie. Może rzeczywiście to my powinniśmy ich poszukać?
Elf westchnął.
– Nie sądzisz, że powinniśmy się przespać?
Otworzyłam szeroko oczy, a on się roześmiał.
– Nie o to mi chodziło, ale podoba mi się twój tok myślenia.
I wspiął się po pochyłym dachu w górę, zostawiając mnie na chwilę otępiałą.

Jules

Opuściłam salon i szybko wyszłam na korytarz. Nie wróciłam do sali szpitalnej, tylko wślizgnęłam się do dobrze znanego mi pokoju, który kiedyś dzięki mnie stanął w płomieniach. Skuliłam się na pokrytej popiołem podłodze i ukryłam twarz w dłoniach. Bolała mnie głowa, ale to w tej chwili był najmniejszy ból, jakiego doświadczyłam. 
Ktoś bezszelestnie wszedł do pokoju i objął mnie ramieniem. Poprzez łzy zobaczyłam znajome błękitne oczy.
– Wszystko się wali – powiedziałam i mocniej wtuliłam się w Mikey’a. – Chciałabym, żeby ostatnie dni w ogóle się nie wydarzyły.
– Będzie dobrze – obiecał.
– Chcę wrócić do domu.
– Wrócimy razem.
Poczułam się, jakbym już tam była. Z najlepszym przyjacielem. Jakby nic nigdy się nie wydarzyło.

Danielle

Stałam tak nadal patrząc w miejsce, gdzie zniknęła Fanella. Alex przyglądał się mi bez rozbawienia wypisanego na twarzy. Może w końcu coś wziął na poważnie.
– Nie podoba mi się to – mruknął. – Jakieś brednie o smokach.
– Mogłeś rzucić na nią Zaklęcie Prawdy – podsunęłam.
Przełknął ślinę.
– Rzeczywiście.
Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się.
– Tam, w zamku... Nie wiem czy wiesz, ale mój ojciec przejął się moją śmiercią – wyznał. 
Przełknęłam ślinę. Nie powiedziałam mu ani słowa o klątwie. Po prostu nie chciałam go tym obarczać.
– Może w końcu zrozumiał, że jesteś jego jedynym dzieckiem i kocha cię najbardziej.
Poczułam, że Alex się spina. Wiedziałam, o co chodzi. Uśmiech spełzł z jego twarzy.
– Nawet nie wiem, gdzie on teraz jest.
Nie znaleźliśmy go po bitwie. Możliwe, że zginął.
– Nie martw się. – Wspięłam się na palce i pochyliłam do pocałowania go w policzek.
Jednak on odwrócił głowę i natrafiłam na jego usta. Poczułam, że się uśmiecha. Objął mnie w talii i przyciągnął bliżej. Włożyłam palce pod jego koszulkę i dotknęłam lodowatej skóry. Gdy oderwaliśmy się od siebie, na policzkach pojawił się mi rumieniec. Blady, ale zawsze jakiś.

Fanella

– Wróciłam – oznajmiłam.
Rowan podczas mojej nieobecności zdążył rozsiąść się na tronie i założyć na głowę koronę. Wykonał odruchowy gest ręką, jakby chciał ją zdjąć, ale w końcu tego nie zrobił.
– I co? Zgodzili się?
Pokręciłam głową kompletnie wyczerpana. Nie spałam od kilku nocy.
– Dlaczego? – spytał.
– Nie ufają nam – odparłam.
– Tak naprawdę mnie to nie dziwi.
Skinęłam głową. Mnie też nie dziwiło.
– Co zamierzasz zrobić? – spytał.
Wzruszyłam ramionami.
– Ty kazałeś mi do nich iść – jęknęłam. – To ty powinieneś mieć plan B.
Rowan otworzył usta, ale nic nie powiedział, prawdopodobnie myśląc nad sytuacją.
– Co teraz? – zapytał Stephen, wchodząc do sali.
– Nie zostawię tak tego – mruknęłam bardziej do siebie niż do pozostałych.
Mężczyzna westchnął.
– Powinna pani odpocząć – powiedział. – Jeszcze nic nie jest potwierdzone. Nie mamy dowodów.
– Mamy dowody! – syknęłam zdecydowanie za głośno. – Co z tymi elfami, które wróciły z pogoni za smokiem? Widzieli, jak ta Wyklęta używa mocy ognia. Musi chodzić o nią.
– Nie, to na pewno był smok, wasza wysokość. To tylko bajki, a Łowcy powinni więcej czasu spędzać w cywilizacjach – odparł.
Nie miałam nawet siły się z nim kłócić.
– Oczywiście i tak musimy zrobić coś z tymi stworzeniami – dodał Rowan.
– Masz na myśli Wyklętych? – szepnęłam.
– Och, nie. Mówię o smokach. Powinniśmy wysłać wojowników, żeby odnaleźli je i zabili. Wszystkie. Nie ma ich tak dużo.
– Róbcie, co chcecie – powiedziałam poddającym się tonem.
– Więc rozumiem, że od teraz ja mam się zająć wszystkim sam? – upewnił się mój przyszły mąż.
– Tak – potwierdziłam.
– Słusznie. Stephen, idź do nich jeszcze raz. Tym razem nie proś o pomoc, tylko powiedz, żeby nam nie przeszkadzali podczas, gdy my będziemy je tępić. Och, no i nie wspominaj jeszcze o mnie.
Mężczyzna skinął głową i wyszedł.
– Jestem wycieńczona – oznajmiłam.
– Nie dziwię się.
Zostaliśmy sami. Położyłam ramię na oparciu tronu i spojrzałam na niego.
– Słuchaj, nie mam pojęcia co tutaj robisz.
Rzucił mi pytające spojrzenie.
– Nienawidziłeś nas. Byłeś po stronie Wyklętych.
Wzruszył tylko ramionami.
– Co się zmieniło? – dodałam.
– To nie była moja wina – jęknął cicho, patrząc w skupieniu w jakiś punkt poza mną.
– Co?
– Nigdy nie chciałem być po ich stronie. To nie była moja wina – powtórzył.
Potarł swoją skroń wierzchem dłoni.
– A więc czyja?
Nie odpowiedział.
– Powiedz mi, po której naprawdę jesteś stronie – poprosiłam.
W końcu przeniósł na mnie spojrzenie.
– Sprawiedliwości – powiedział tylko.
Zmarszczyłam czoło.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Że będę dobrym władcą – obiecał. – I nie pozwolę, żeby coś złego się tu stało.
Prawie mu uwierzyłam.
– Wyglądasz na zmęczoną – zauważył.
– Bo jestem zmęczona.
– Nie musisz tu ze mną siedzieć. Poradzę sobie sam.
– Na pewno?
– Tak, idź odpocząć.
 Byłam mu wdzięczna. Moje obawy w jednej chwili się ulotniły, a ja powolnym krokiem ruszyłam do swojej komnaty.

Danielle

Gdy usłyszałam trzask, dźwięk towarzyszący teleportacji, wiedziałam, że coś jest nie tak.
Odskoczyliśmy od siebie i spojrzeliśmy na przybysza. Był to około trzydziestopięcioletni czarownik z burzą ciemno-blond włosów. Jego czerwony strój wskazywał o wysokim stanowisku w WRIN.
– Wybaczcie – powiedział. – Nie chciałem wam przeszkodzić w…
W jego oczach widać było iskierki rozbawienia.
– Nic się nie stało – odparłam. – O co chodzi?
– Przybyłem z WRIN. Mam dla was propozycję.
Alex uniósł brwi.
– Mógłby się pan nam przynajmniej przedstawić.
Czarownik ledwo widocznie przewrócił oczami i niechętnie podał mu rękę. Ścisnął ją i szybko zabrał swoją, jakby była czymś skażona.
– Stephen Aevine – powiedział. – Miło mi poznać pana Wright i panią Scott.
Prawdziwe nazwisko Omnemaluma wymówił z odrobiną kpiny.
– Jaka jest ta propozycja? – zapytałam.
– Chodzi o smoki…
– Nie przyszliście z tym samym problemem pół godziny temu? – przerwał mu Alex.
– Nie prosimy was o pomoc. Sami je wybijemy. Jednak ostrzegam was. Jeśli spróbujecie w jakikolwiek sposób nam przeszkodzić, potraktujemy was tak jak je.
– Przecież to niewinne stworzenia! – krzyknęłam. – Co wam zrobiły?
– Król… królowa WRIN tak rozkazała. Musimy wykonywać jej rozkazy. Jeśli nie chcecie nam pomóc, po prostu nie przeszkadzajcie, zgoda?
I zniknął.
– Król? – Uniosłam brwi.
Alex wzruszył ramionami.
– Pomylił się. Wiesz, Aeneas nie zginął tak dawno.
Powoli skinęłam głową, ale coś dalej mi śmierdziało.