czwartek, 19 czerwca 2014

Epilog


„Nadziejo moja
Która rozpalasz mnie co dnia
Wieżo przedziwna
Z kości słoniowej, perłowej
Twój raj kuszących snów
Pocieszenie mych pustych dni
Zmiłuj się
Przyjdź wreszcie, wzbogać mnie
Daj znak
Ja chcę tam być, gdzie ty
Wszystko jedno, gdzie pałac twój.
Zwierciadło świata
Odwieczne lustro moich żądz
Nasz złoty pieniądzu
Błogosławiony twój obraz bez skaz
Oblicze twe
Pożądania jedyny cel
Złota blask
Królestwa twego tron, mi daj
I duszę weź
Ja chcę
Całym światem ja władać chcę! ” 


Fanella

W ciągu kilku dni naprawiono wszystkie rzeczy uszkodzone podczas ataku. Ciała wyniesiono z zamku, ale żadnego nie pochowano, oprócz Aeneasa. Ja nie byłam nawet ranna. Raczej trudno mnie skrzywdzić.
Przez kilka dni nie spałam, biorąc udział w wielogodzinnych naradach w sprawie naszej sytuacji. Król nie żył. Z rąk Wyklętego. Myśląc o tak żałosnej śmierci, zacisnęłam pięści.
Stałam w mojej komnacie i czesałam moje długie, czarne włosy. Nie lśniły już tak jak kiedyś. 
Byłam ostatnią z rodu Starków, bo o ile mi wiadomo, Aeneas nie miał dzieci. Był młody. Ja też. Nigdy nie gardziłam swoim pochodzeniem, ale również nie chciałam brać w ręce tak dużej odpowiedzialności jak rządzenie światem Istot Nadnaturalnych. Wolałabym stać z boku i tylko szeptać podpowiedzi do uszu brata.
Teraz jednak nie było jego i korona miała zdobić moją głowę. Nie chciałam tego. Reszta rady również. Oni wszyscy byli mężczyznami i uważali, że kobieta nie powinna sprawować rządów. Wiele dziewczyn teraz by zaprzeczyło, ale ja nie. Naprawdę nie chciałam tego robić.
Miałam trzy wyjścia. Spróbować rządzić, oddać koronę Chauncey’owi, zastępcy władcy, lub… lub znaleźć męża. Najlepiej by się stało, gdyby był to ktoś wpływowy. Niestety syn Blackyoonów był za młody, a najstarszy z Ccaronów zaręczył się parę miesięcy wcześniej.
Nikt nie wydawał się odpowiedni. Przemyślenia przerwało mi pukanie do drzwi.
– Zajęte – mruknęłam.
– Wasza wysokość, przyszedł pewien… gość. Ma się pani stawić w sali tronowej – oznajmił ktoś ze służby, niezrażony.
– Już idę.
Miałam na sobie bluzę, dżinsy i delikatny makijaż, którym próbowałam zamaskować cienie pod oczami. Nie wyglądałam na królową WRIN. Byłam zmęczona. 
Na komodzie leżała platynowa korona wysadzana szafirami. Założyłam ją na głowę i nie patrząc, czy dobrze leży, wyszłam z komnaty. Idąc długimi korytarzami, usłyszałam, że ktoś idzie za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam… kota. Musiał należeć do kogoś ze służby, albo… po prostu do zamku. Miał białą sierść z czarną plamką wokół jednego oka. Ich kolor też był interesujący. Jedno posiadało barwę nieba, a drugie czekolady.
Zwierze miauknęło i podeszło do mnie. Schyliłam się, żeby go podnieść, ale on tylko prychnął i mnie wyprzedził.
– Głupi kocur – mruknęłam.
Przez całą drogę do sali tronowej mi towarzyszył. W końcu tam dotarłam.  W środku znajdowało się już sporo ludzi. Po prawej stronie mojego tronu była ustawiona ława, przy której zasiadała pozostała czwórka rady, a po lewej ustawiono miejsca dla ważniejszych urzędników. Po kątach chowała się służba i inni ludzie, którzy przyszli tu chyba po cholerę.
Podeszłam do tronu i zasiadłam na nim w dostojnej pozycji, a nie w tak niedbałej jak mój brat.
– Co to za gość? – spytałam.
Jeden z urzędników zrobił bezradną minę, ale się nie odezwał. Westchnęłam.
– Wpuście go – rozkazałam.
Dwaj wojownicy stojący na straży, chwyciło duże, zdobione drzwi i otworzyło je. Dopiero po chwili zorientowałam się, kto stoi w ich progu, bo cień padał na jego twarz. Rozpoznałam go. Platynowe, zmierzwione włosy tworzyły wokół jego głowy jasną aureolę. Ale bez wątpienia nie był on aniołem. Jego skośne, ciemnozielone oczy dostrzegły mnie. Zrobił krok do przodu. Jego skóra była prawie tak blada jak moja. W jednej dłoni trzymał skórzany worek, prawdopodobnie wypełniony czymś ciężkim.
– Rowan Malarkey – powiedziałam.
Zaczęła buzować we mnie złość. To praktycznie przez tego człowieka, stało się… wszystko co się stało.
– Fanella Stark – odpowiedział.
Zmarszczyłam brwi.
– Dla ciebie: wasza wysokość – odparłam krótko.
Uśmiechnął się. Krzywo. Nie spodobało mi się to.
– Myślę, że jesteś niższa ode mnie.
Wywołało to poruszenie przy obu ławach. Urzędnicy byli oburzeni, ale Chauncey wyglądał jakby miał się roześmiać. Gdyby nie jego kultura, prawie bym mu uwierzyła.
– Po co tutaj przyszedłeś? – spytałam z westchnięciem.
Zrobił kolejny krok naprzód. Straż spojrzała na mnie pytająco. Machnęłam lekceważąco ręką.
– Potrzebujecie mężczyzny, żeby rządził WRIN – oznajmił. – Czy ja się nadaję?
Parsknęłam chłodnym śmiechem. Kilka osób przy stole rady również wyglądało na rozbawionych. Szybko się opanowałam i odchrząknęłam.
– Żartujesz, prawda? – zapytałam.
Pokręcił głową. Poza tym zobaczyłam coś w jego oczach. Chyba nie żartował.
– Po co diabeł cię tu przysłał? – spytał jeden z urzędników.
Czarownik westchnął.
– Skąd wiesz, że to on mnie przysłał? – Zaśmiał się. – Ale pozwólcie, że wam odpowiem. Po koronę.
Kolejny szmer przeszedł po zebranych.
– Ty? – upewniłam się. – Ty, który przewodziłeś armii człowieka, który próbował zrównać to miejsce z ziemią?
– Tak, ja – potwierdził.
Roześmiałam się.
– Zabijcie go – rozkazałam.
Straż zawahała się, ale po chwili ruszyła ku niemu. Rowan spojrzał na nich spod uniesionych brwi. Przy pasie miał zawieszony sztylet, jednak nie wyjął go, tylko zaczął wystukiwać jakiś rytm na jego rękojeści. Uśmiech nie spełzł mu z twarzy.
– Mogę wam powiedzieć dlaczego jestem idealnym kandydatem na to stanowisko. Ale to wymaga żadnych prób zabicia mnie.
Skinęłam głową na moich wojowników. Schowali broń.
– Malarkey’owie już kiedyś zasiadali na tronie – oznajmił Chauncey.
Urzędnik o imieniu Braden rzucił mu mordercze spojrzenie.
– Tak. Ale byli tak okrutni, że ich wygnano… Czekaj, nie. Księżniczkę Evanlyn wygnano, jej brata ścięto.
– Niektórzy twierdzą, że mieli romans – wtrącił Feandan.
– Tak – warknął Braden. – Malarkey’owie to podłe, kazirodcze szumowiny.
Rowan nie wyglądał na dotkniętego ich słowami w żadnym stopniu.
– Nie patrzcie na błędy moich przodków – powiedział spokojnie.
– Jesteś taki sam jak oni!
– Czy oni poświęciliby tyle co ja, żeby dostać ten tron? – Podniósł głos.
– Co masz na myśli? – Zmarszczyłam czoło.
Chłopak wyciągnął do przodu ręce z workiem i wysypał przed siebie jego zawartość na posadzkę. Były to setki złotych monet. Uderzając o podłoże, strasznie brzęczały. Skrzywiłam się. Wszyscy patrzyli na niego zdumieni. Rowan opadł obok nich na kolana. Uniósł głowę ku niebu i rozłożył ręce.
Wydawało się, że światło rzucane przez promyki zachodzącego słońca były skierowane tylko na jego sylwetkę.
– Aniele Edomu – zaczął. – Ześlij mi władzę, ześlij mi pieniądze… Zmiłuj się nade mną! – Ostatnie zdanie prawie wykrztusił.
Następnie kilkoma szybkim ruchami ułożył z monet pentagram odwrócony dwoma wierzchołkami do góry. Spojrzałam na Chauncey’a. Na jego twarzy widziałam coś w rodzaju… podziwu?
– Mój panie – kontynuował głośniej. – Gwiazdo Zaranna, wysłuchaj mnie. Daj mi władzę, daj mi ten cholerny tron!
Nikt nie ośmielił się przerwać tego monologu. Czułam gęsią skórkę na karku.
– Oddaję się pod twoją obronę. – Jego źrenice były rozszerzone. – Daj mi wszystko! Weź moją duszę! Jest twoja, słyszysz?! Twoja!!!
Zaczerpnęłam powietrza. Czy obawiałam się, że ktoś może na to odpowiedzieć?
– Zabieraj ją i daj mi koronę!!!
Zauważyłam, że ręce lekko mu drżą. Był blady jak papier, a jego spojrzenie raczej zniecierpliwione niż drwiące jak wcześniej.
– Daj mi jakiś znak – zawołał. – Coś, żebym wiedział, że jesteś. Ja chcę być tam gdzie ty! Przyjdź po mnie!!!
Jeszcze raz zerknęłam na Chauncey’a. Rozmawiał o czymś szeptem z Anthonym, Feliksem i Arionem, przedstawicielem wróżek oraz elfów. Wszyscy mieli zmarszczone brwi i widać było, że nie są ze sobą zgodni w jakiejś sprawie. Czyżby naprawdę rozważali sprawę oddania tronu Malarkey’owi?
A dlaczego ty uważasz, że to zły pomysł? Usłyszałam głos w mojej głowie.
Zastanowiłam się nad tym. Czy naprawdę obchodziły mnie losy naszego społeczeństwa?
Nie. Więc dlaczego nie chcesz zrzucić tego ciężaru na kogoś innego?
Wzięłam głęboki oddech.
– Rowanie – odezwałam się.
Zwrócił na mnie spojrzenie. Nadal cały dygotał.
– Dostaniesz swój tron.
Jego oczy rozbłysły. Znowu spojrzał w niebo.
– Moje prośby zostały wysłuchane – powiedział tylko. – Mam dług wdzięczności wobec ciebie.
Dobrze wiedziałam, że nie zwraca się do mnie. Pomyślałam tylko, że potem będzie tego żałował. 
Diabeł nie pomaga, on ubija interesy. 
Moje słowa wywołały więcej dezaprobaty przy stole urzędników, ale miny pozostałych członków rady nie świadczyły o niezgodzie z moją wolą.
– Możesz już wstać – poleciłam.
Chłopak na chwilę przymknął oczy, wziął głęboki oddech, wstał i ponownie je otworzył. Jego ręce momentalnie przestały drżeć. Znowu wyglądał na opanowanego.
– Kiedy? Kiedy go dostanę? – zapytał w końcu tonem z trudem maskującym podekscytowanie.
– Po waszym ślubie – odparł za mnie Chauncey.
Nie wyglądał na zdumionego tymi słowami. Nie wykluczał takiej możliwości już wcześniej.
– Który odbędzie się…?
– Jak najszybciej.
– Ale na razie mogę tu zostać, prawda?
Upadły archanioł spojrzał na mnie pytająco.
– Oczywiście – rzekłam.
Przysięgłabym, że na jego twarzy odmalowała się ulga. Na sali zapanowała cisza. Rowan patrzył wymownie w kierunku służby.
– O co chodzi? – spytałam.
– Chyba nie sugerujecie, że ja sam mam to wszystko posprzątać. – Wskazał na monety.
Skinęłam głową na moich ludzi, żeby zabrali się do pracy. Rowan odsunął się i pozwolił im zrobić porządek.
– Wasza wysokość – usłyszałam.
Do sali wszedł urzędnik o imieniu Stephen. Dopiero teraz zauważyłam, że nie było go tutaj wcześniej.
– Słucham? – odezwałam się.
– Dostaliśmy od Łowców pewną wiadomość. Stwierdziłem, że pani sama będzie się chciała tym zająć.
Westchnęłam. Wcale nie chciałam. Rowan rzucił zaciekawione spojrzenie kopercie, którą trzymał Stephen. Wiedziałam, że aż rwie się do sprawdzenia co jest w środku. Coraz bardziej cieszyłam się tym, że jednak przystałam na jego propozycję.
Ruszyłam w kierunku czarownika. Jego oczy ponownie rozbłysły.
– Zajmiemy się tym – obiecałam.



___

No cóż.
Na razie to koniec ;)
Pierwszy rozdział drugiej księgi powinien się pojawić gdzieś w lipcu, chociaż może uda się wcześniej. Mam nadzieję, że się wam spodoba.