czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział szesnasty

„Myślał, że uśmie­chnął się do niego los.  Tak. Uśmie­chnął się... iro­nicznie, przy okaz­ji drwiąc z je­go naiwności.”


Jules


           Pojawiliśmy się w sypialni mogącej należeć do nastolatka. Ściany miały miły dla oka jasnozielony kolor, a meble były z ciemnobrązowego drewna. Na środku stało łóżko z dwoma stolikami nocnymi bo bokach, a podłogę przyścielono miękkim dywanem. Pod ścianą zauważyłam szafę przesuwną i biurko z nieposprzątanym blatem. Na parapecie nawet były jeszcze puste kubki, a z przepełnionego kosza wypadały śmietki.
Rowan nacisnął włącznik światła i pokój rozświetlił reflektor sufitowej lampy, więc jeszcze lepiej mogłam przyjrzeć się pomieszczeniu. Na szafce stało oprawione zdjęcie przedstawiające kobietę o pięknych ciemno-blond włosach i brązowych oczach, trzymającą za rękę podobnie wyglądającego chłopca. Miał może z sześć albo siedem lat.
– To pokój Alexa – wyjaśnił Rowan.
Zdjęłam z półki fotografię i przyjrzałam się jej uważnie.
– To jego matka?
Czarownik skinął głową.
– Lepiej to odłóż.
Spojrzałam na niego.
– Co się właściwie z nią stało?
            Westchnął i odwzajemnił spojrzenie. Było nieco zniecierpliwione.
            – Nie żyje? – spytałam.
            – Tak – odparł obojętnym tonem.
            – I dlatego ojciec Alexa poślubił twoją matkę? – zapytałam mało delikatnie, odkładając zdjęcie.
– Musi gdzieś tutaj być… – wymruczał ignorując mnie i przeglądając półki z książkami w regale.
– Masz na myśli dziennik? – zapytałam, podchodząc bliżej.
– A co innego? – prychnął, otwierając szafę z ubraniami i szukając przedmiotu na jej dnie.
            – Wiesz, jest tylko jeden problem – mruknął. – Prawdopodobnie jest zapisany po francusku. – Przygryzł wargę. – Umiesz ten język?
            Pokręciłam głową.
            – Tylko hiszpański – powiedziałam. – Ale niepłynnie.
            Westchnął ciężko i powrócił do poszukiwań.
            – Ten cały Tristan był Francuzem? – domyśliłam się.
            – Tak, Alex też po części jest – wyjaśnił. – O, czekaj! Jest! Znalazłem! – Wyjął z szafy mocno podniszczony dziennik i pomachał nim zwycięsko.
– Masz słownik? – Zerknęłam na niego z krzywym uśmiechem.
Otworzył go i zrobił zdumioną minę.
– Co? Co tam pisze? – Zajrzałam mu przez ramię.
Rozwarła szeroko oczom. Kartki dziennika były puste.
– To niemożliwe. – Zmarszczył brwi. –Widziałem już ten dziennik i dałbym sobie rękę uciąć, że każda strona była zapełniona.
– To na pewno to? – zapytałam biorąc pod uwagę taką możliwość.
Popatrzył na mnie jak na idiotkę. Zdawał się być w ciężkim szoku, jakby nie spodziewał się, że Alex mógłby zrobić coś sprytnego i go wrobić. Ale prawda mogła być całkiem inna.
– A masz pomysł, gdzie mógłby być? – odezwałam się ponownie ponurym tonem.
– Wszędzie – burknął i usiadł na łóżku, opierając łokcie na kolanach. Wyglądał na zmęczonego, złego i rozczarowanego. Jakby pierwszy raz w życiu nie dostał tego czego chce.
Usłyszeliśmy szczęk zamka i nagle drzwi się otwarły. Rowan zerwał się do pozycji stojącej, a ja podskoczyłam jak oparzona. Zobaczyłam bladą kobietę o jasnych, prawie białych włosach i ciemnozielonych oczach. Miała słowiańskie rysy i nieco inny kształt oczu niż mój towarzysz, ale oczywiste było to, że są rodziną. Blondynka nie wyglądała na matkę osiemnastolatka, była też wyjątkowo piękna.
–Tego szukasz? – odezwała się. Tak samo jak syn, miała rosyjski akcent. Jej jednak był wyraźniejszy i mocniejszy. Uniosła do góry dziennik i pomachała nim ze spokojnym uśmiechem. Tyle że ja dostrzegłam w nim nutę groźby. W smukłej dłoni trzymała medalion, w którym umieszczony był kosmyk włosów takich samych, jak jej. I Rowana.
– Mamo… – zaczął chłopak.
– Chcesz to zniszczyć, prawda? – Wskazała na medalion uśmiechając się smutno.
Rowan zerknął na mnie, a potem znów przerzucił spojrzenie na matkę. Wyglądał na naprawdę przestraszonego. Jego oczy były otwarte i przywodziły na myśl bezbronną sarenkę w obliczu myśliwego. Taki wyraz na jego twarzy zdawał się w ogóle do niej nie pasować. Zwykle gościła na niej mina pełna wyższości, okrucieństwa czy lodowatego rozbawienia. Lęk był dla mnie czymś nowym.
Beatrice odezwała się jeszcze raz, ale tym razem po nieznanym mi języku, ale podejrzewałam, że to rosyjski, a chłopak w tym samym jej odpowiedział. Miał błagalny wyraz twarzy, a ona obojętny w zimny sposób.
Kobieta pokręciła głową i ścisnęła medalion w dłoni z wysiłkiem, o czym świadczył zaciekły wyraz jej twarzy. Była dość drobna, więc nie mogła mieć za dużej siły.
Krzyk Rowana przeszył powietrze. Zwinął się na podłodze jak Alex, gdy ten potraktował go czymś podobnym. Z oczu poleciały mu łzy bólu, a dłonie zacisnęły się w pięści. Gdy to nie pomogło, przycisnął palce do skroni i skulił się na ziemi, powtarzając cicho kolejne słowa, których nie rozumiałam. Domyślałam się za to, że to błaganie o litość.
Co ja mogłam powiedzieć? W pewnym sensie zasługiwał na taki los, przecież nie był bez winy. Byłam pewna, że miał na swoim koncie o wiele więcej ofiar. Nie lubiłam patrzeć na czyjeś cierpienie, ale to było w pełni zasłużone. Z drugiej strony, jeśliby zginął, nikt już nie byłby w stanie mi pomóc. Natychmiast zganiłam się w myślach za takie samolubne rozumowanie. Mimo iż był draniem i okrutnikiem, to nie zasługiwał na śmierć. Zwłaszcza z ręki kogoś, kto przyczynił się do tego kim się stał.
– Niech pani przestanie, jego to boli! – wrzasnęłam w końcu i zrobiłam krok w jej kierunku.
– Oczywiście, że go to boli, głupia dziewczyno – zauważyła Beatrice. – Dlaczego, aż tak bardzo zależy ci na złagodzeniu jego cierpienia?
– To podłe – oświadczyłam. Zauważyłam też, że cierpienie Rowana złagodniało, bo brzmiał teraz delikatnie jak skomlący pies, ale już nie z bólu, tylko szoku po nim. – To pani syn, jak może pani go tak krzywdzić? – wyszeptałam.
Zerknęłam na medalion w dłoni kobiety. Miał liczne wgniecenia, co za pewne oznaczało, że koniec jest blisko.
– Nie spotkałaś swoich prawdziwych rodziców, więc nie wiesz, co oni by zrobili, gdyby cię wychowywali – oświadczyła Beatrice.
– Wiem, kim jest mój ojciec! Wiem, co zrobił – jęknęłam.
Matka roześmiała się.
– Nawet nie mam czasu, ani ochoty, żeby się z tobą dybać. A co do ciebie, Rowan – spojrzała na syna – nie pamiętasz, gdy kiedyś powiedziałam ci, że nie mści się na silniejszych od siebie?
Skinął głową.
– Nie wykorzystałeś tej rady. – Uśmiechnęła się przepraszająco i przymierzyła się do zgniecenia medalionu, ale nie zdążyła tego zrobić, bo ostrze mojego noża zagłębiło się jej brzuchu. Jęknęła i spojrzała na ranę z niemałym szokiem. Białą koszulę splamiła krew. Upuściła medalion, który spadł (dzięki Bogu) na dywan i sama na opadła na ziemię, łapiąc się za pierś. Spojrzała na mnie z nienawiścią, po czym jej wzrok prześliznął się po synu, a jej spojrzenie złagodniało jakby w obliczach śmierci przypomniała sobie, że powinna go kochać. Ale nic nie powiedziała i po chwili znieruchomiała, a jej twarz zastygła w obojętnym wyrazie.
            Zerknęłam na Rowana. Patrzył się na mnie ze zdumieniem. Naprawdę nie podejrzewał mnie o taki ruch. Ja siebie też. To była już druga osoba, którą pozbawiłam życia. W tak krótkim odstępie czasu.
– Ja… ja nie chciałam. Przepraszam. – Ukryłam twarz w dłoniach. – Zabiłam twoją matkę…
– Przestań – powiedział ostro. – Chciała mnie wykończyć – powiedział ze zmęczeniem. Nie czuł smutku, a ulgę.
Popatrzyłam na niego z wilgotnymi od łez oczami.
– Rowan, ja…
Wstał z podłogi chwiejąc się. Chwycił dziennik i medalion. Odwrócił się do mnie i podał mi przedmioty.
– Weź je.
Cofnęłam się do tyłu, niemal potykając o puszysty dywan.
– Co? Dlaczego?
Zdałam sobie sprawę, że chcę go pocałować. Tak po prostu. Był atrakcyjny, to musiałam przyznać. Pochyliłam się do przodu, ale napotkałam opór. Chłopak odepchnął mnie mało delikatnie i odwrócił się do mnie tyłem.
– Jesteś na mnie zły – zauważyłam niechętnie. – Zabiłam ci matkę. Jak mógłbyś nie być, mimo tego, że chciałam cię uratować?
Zaśmiał się gorzko.
– O co ci chodzi?
W końcu na mnie spojrzał. W jego oczach dostrzegłam coś w rodzaju lodowatego rozbawienia.
– Po prostu nie wiem czy mam być teraz na ciebie zły.
– Powinieneś – szepnęłam.
– A ty... chciałabyś, żebym był na ciebie zły?
Zmarszczyłam czoło.
– Czyli nie obrazisz się jeśli będę? Jeśli każę ci teraz wyjść?
– Przecież mieliśmy razem szukać Czarnego Ognia.
Ujrzałam na jego twarzy wyraz tryumfu, który szybko zamaskował.
– Więc jednak nie chcesz sobie iść – stwierdził.
– Oczywiście, że nie chcę!
Roześmiał się.
– Dlaczego?
– Bo... – zaczęłam i się zaczerwieniam. Coś do niego czułam?
– Chciałaś mnie pocałować – zauważył, a ja nie mogłam temu zaprzeczyć.
– A ty mi nie pozwoliłeś – mruknęłam lekko upokorzona.
– Więc może teraz powinienem to zrobić? – zaproponował podchodząc.
Zanim zdążyłam zareagować, przycisnął wargi do moich ust. Oczy miałam nadal szeroko otwarte. Po chwili odwzajemniłam pocałunek, stając na palcach. Przyciągnął mnie bliżej, otaczając moją talię dłońmi.   
Gdy się od siebie oderwaliśmy, Rowan przez jakiś czas jeszcze mnie nie puścił.
– Twoja potrzeba została już zaspokojona? – spytał, uśmiechając się delikatnie.
Nie odpowiedziałam patrząc na niego z rozszerzonymi źrenicami.
– Dobra, nieważne – mruknął, puszczając mnie. – Mam do ciebie prośbę.
– Jaką? – wyszeptałam.
Uniósł brew, ale szybko zamrugał, maskując spojrzenie, z którego nie potrafiłam nic odczytać.
– Popilnujesz tego? – Wskazał na medalion leżący na podłodze.
Przeniosłam wzrok na przedmiot.
– Teraz?
– Nie – zaprzeczył. – Jak pójdę po ten nieszczęsny ogień.
– Wiesz, gdzie jest?
– Tak jakby.
– To znaczy: nie?
– Nie, to znaczy: tak jakby.
Wywróciłam oczami.
– Przecież idziemy go szukać razem.
Pokręcił głową.
– Lepiej nie.
– Lepiej tak.
Kąciki jego ust lekko się uniosły.
– Nie mogę cię zabrać. Dam ci coś jeszcze – mruknął i wyciągnął z kieszeni spodni wisiorek ze szmaragdem. – Będziemy mogli się przez to kontaktować. Wystarczy, że wypowiesz moje imię. Oczywiście nie będziemy rozmawiać na głos. Tylko w myślach.
Wzięłam naszyjnik do ręki i przyjrzałam mu się uważnie, nadal lekko zawiedziona. Dlaczego nie chciał mnie wziąć ze sobą? Uważał, że sprawiałabym kłopoty? Pewnie miał rację.
– Fajne, ale czy nie wystarczyłaby zwyczajna komórka?
Ponownie się uśmiechnął.
– Tam gdzie się wybieram… Wątpię, czy będzie zasięg.
Wtedy zapadła między nami niezręczna cisza. W końcu przerwał ją Rowan.
– Może przećwiczymy to. Mam taki sam pod koszulką.
– Okej.
Założyłam wisiorek i z całej siły się skupiłam.
– Rowan.
Hej? – pomyślałam.
Hej – usłyszałam w głowie. Czarownik nie poruszył ustami.
Niesamowite.
Wiem. To mój wynalazek.
Otworzyłam szeroko czy.
Naprawdę?
Uśmiechnął się.
Nie.
Zdjęłam wisiorek i schowałam go do kieszeni dżinsów.
– Działa tylko wtedy, gdy mam go na szyi? – zapytałam.
Rowan pokiwał głową.
– A więc to ta część, kiedy się żegnamy?
– Najwyraźniej – potwierdził.
– Do zobaczenia. Mam nadzieję.
Następnie jego sylwetka zaczęła powoli zanikać. Jak zawsze przy teleportacji. Po chwili w ogóle go nie było, jakby nigdy go tutaj nie było. Zostałam sama. Zupełnie sama. Została jeszcze Beatrice, ale ona chyba nie miała możliwości i ochoty na pogawędkę.

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział piętnasty

„Od­dając krew nie licz, że od­dasz też wyrzu­ty sumienia.”


Kayla


Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma co szukać Jules w tym mieście. Z pewnością już dawno je opuściła i wróciła do swojego Ashadewoods. Dlatego my również udaliśmy się z powrotem w kierunku dworca autobusowego i zarezerwowaliśmy bilety na drogę.
            Seth zupełnie zmienił do nas nastawienie. Był teraz przyjacielski, rozrywkowy i po prostu przyjemny. Jakby jego wcześniejsze wcielenie było tylko maską. Nie wiedziałam, co mam o tym sądzić. Ogółem dziwny stał się fakt, że po tym co zrobiliśmy jego przyjaciołom, wilkołak traktuje nas jak przyjaciół. Wcześniej już uznałam, że ma w tym jakiś cel, ale za cholerę nie potrafiłam go rozgryźć. Był dla mnie kompletną zagadką. Byłam gotowa spytać się o co naprawdę mu chodzi, ale tylko w wypadku gdybyśmy znaleźli się sam na sam. Zadowolona wypatrzyłam taką okazję, gdy Alex poszedł po przekąski do sklepu.
            – Musimy pogadać – mruknęłam cicho do chłopaka.
            Siedzieliśmy na ławce w pobliżu dworca i czekaliśmy na ostatniego towarzysza. Było już ciemno i nieco chłodno.
            – O czym? – spytał pstrykając przy tym palcami i zerkając na mnie.
– Dlaczego z nami poszedłeś? – spytałam śmiertelnie poważnym tonem. Nie miałam zamiaru owijać niczego w bawełnę. – Masz w tym jakiś osobisty cel? Nie wiem…
            Parsknął niezbyt przekonującym śmiechem. Zmarszczyłam czoło.
            – Skąd mam wiedzieć, że jak gdzieś będziemy spać, nie poderżniesz nam gardeł? – Uniosłam brew.
            – Bo chyba jesteś ode mnie starsza i mądrzejsza. – Wzruszył ramionami.
            Mogłam być starsza o najwyżej dwa lata. Mimo to wyglądałam na młodszą, mniej sprawną i delikatniejszą. Może miał rację co do mądrości, ale na pewno nie do wiedzy. Byłam wampirzycą od trzech lat, a wcześniej nic nie wiedziałam o tym świecie. Nie wiedziałam wielu rzeczy, byłam żółtodziobem.
            – Nie odważyłbyś się zrobić mi krzywdy, bo jestem księżniczką? – Uniosłam brew. – Aż tak boicie się naszego gatunku?
            Przysunął się do mnie bliżej i oparł łokcie na kolanach. Zwróciłam uwagę na jego wyrzeźbione ciało, przystojną twarz o indiańskich rysach (podejrzewałam, że jest on Czirokezem jak Jules) i ciepłych brązowych oczach. Gdybym spotkała go w innych okolicznościach jeszcze trzy lata temu, pewnie usiłowałabym go poderwać. Ponieważ… cóż, był niezły.
            – Nie ufasz mi – zauważył wypranym z emocji tonem.
            – Chciałeś mnie sprzedać – przypomniałam otwierając oczy szeroko z niedowierzenia.
            Zaśmiał się.
            – Nie myśl, że o tym zapomnę. – Założyłam ręce na piersi jak obrażona dziewczynka. Wiem, zachowywałam się dziecinnie, ale co mogłam poradzić na to, że całkiem mi się podobał.
            W tym samym momencie wrócił Alex z siatką pełną suchego prowiantu.
            – Co tam? – spytał, wpychając do ust batonika Snickers.
            Ja nie potrzebowałam jedzenia, więc zdziwiłam się iż tyle go przyniósł. Z drugiej strony on i Seth byli przecież facetami, a tym zdarzało się naprawdę dużo jeść.
            – Nic – odparłam beztrosko i spojrzałam na zegar umieszczony przy kasie biletowej. Zostało dwadzieścia minut do odjazdu. – Może lepiej już zajmijmy miejsca – oświadczyłam i nie czekając na nich, poszłam w stronę naszego autokaru.

Jules

            Gdy opuściliśmy cmentarz, nie zgodziłam się na natychmiastowe pójście po dziennik. Potrzebowałam chwili namysłu i przerwę między tymi dziwnymi przygodami. Chciałam napić się truskawkowego shake’a, zjeść coś bo umierałam z głodu i skorzystać z toalety. Takim też sposobem Rowan zabrał mnie do pierwszego lepszego baru, który napotkaliśmy na drodze. Był ewidentnie urządzony w stylu hawajskim tak jak wiele miejscówek w tej okolicy. Nie wiedziałam skąd to się wzięło, ale z drugiej strony za rzadko opuszczałam rodzinne Ashadewoods.
            Zamówiliśmy jedzenie, po czym ja udałam się do łazienki i po załatwieniu potrzeb fizjologicznych, przeszukałam swój plecak w poszukiwaniu czegokolwiek przydatnego. Telefonu jak nie było tak nie ma. Udało mi się chociaż przemycić z powrotem broń, a oprócz tego miałam też trochę pieniędzy, kosmetyki, słuchawki i ogółem nic przydatnego. Westchnęłam z rozczarowaniem. Chciałam poinformować Alexa lub Kaylę o moich planach, ale i tak nie miałam ich numerów.
            Przybita wróciłam do stolika z jasnego drewna przy ścianie i spojrzałam na mojego towarzysza.
            – Szukałaś czegoś? – spytał Rowan z uniesionymi brwiami.
            – Tak – przyznałam, wzdychając. – Zgubiłam wiele rzeczy.
            – Przykro mi – odparł, ale jego twarz ani głos nie wyrażały żadnych emocji.
            Nagle zorientowałam się, że siedzę przy stole z bratem Alexa. On musiał po prostu mieć jego numer komórki. Oczywiście bałam się o niego poprosić, bo szansa, że ufałby mi tak jak do tej pory, stałaby się nikła. O ile oczywiście mi ufał. Bo równie dobrze mógł mieć mnie na oku i dlatego mi pomagać. Wolałam myśleć, że robił to, bo zawarliśmy układ.
            – Trudno. – Wzruszyłam ramionami. – Jakieś nowe sugestie co do planu? – spytałam.
            W tym samym momencie kelnerka przyniosła nam zamówienie. Frytki i shake truskawkowy dla mnie oraz frytki i szklanka piwa dla chłopaka. Szczerze mówiąc zdziwiło mnie jak je kupił. Nie wyglądał na dwadzieścia jeden lat. Góra osiemnaście.
            – No więc – zaczął maczając frytkę w ketchupie – pójdziemy do mojego domu, znajdziemy dziennik i dowiemy się gdzie szukać ognia. Proste. – Wzruszył ramionami.
            – Nawet bardzo – uznałam. – Nie masz trójgłowego psa i zwodzonego mostu przed domem? – spytałam.
            Parsknął śmiechem.
            – Nie, ale może przydałoby się zaopatrzyć – uznał.
            – Czemu nie? – Skosztowałam napoju. Był całkiem niezły.
            – To z pewnością nie będzie łatwe – ostrzegł. – Mówię o zdobyciu Czarnego Ognia.
            – A masz chociaż pomysł, gdzie ten mógłby się znajdować? – spytałam biorąc się za jedzenie.
            Przez chwilę zdawał się być zainteresowany bardziej swoją porcją frytek niż moim pytaniem, ale w końcu westchnął i na mnie spojrzał.
            – Naprawdę nie wiem. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Chociażby na słońcu.
            Wybałuszyłam oczy.
            – Żartuję – zapewnił mnie. – Ale nie byłbym specjalnie zaskoczony.
            – Długo może potrwać szukanie go? – zadałam kolejne pytanie.
            – Naprawdę nie pytaj mnie, bo nie mam pojęcia. – Zdawał się lekko zniecierpliwiony, więc przestałam się odzywać, a całkowicie skupiłam się na jedzeniu.
            Gdy oboje skończyliśmy, chłopak zapłacił i zabrał mnie na tyły baru, skąd bezpiecznie przetransportowaliśmy się do jego domu.

czwartek, 16 stycznia 2014

Rozdział czternasty

„Nie ro­zumiem, cze­mu ludzie boją się cmen­tarzy. Tak nap­rawdę to je­dyne miej­sce, które­go mie­szkańcy nie mogą ni­komu zro­bić krzywdy.” 
~ Carlo Frabetti


Kayla

– Idź pierwszy – mruknął Alex i lekko pchnął Setha za próg.
Razem ze mną weszli do ciemnej klatki schodowej opuszczonego bloku. Podobno był tu jakiś pożar i konstrukcja poważnie na tym ucierpiała, dlatego wszyscy mieszkańcy musieli się wyprowadzić. Ściany pokrywały pajęczyny, brud i inne świństwa.
Chciałam jak najszybciej się stąd wydostać. Nie chodziło o samo miejsce, tylko o istoty, które mieliśmy w nim spotkać.
– Nie czuję tu żadnych wilkołaków – powiedział czarownik i puszczając jeńca, wyszedł po schodach na pierwsze piętro. – Pilnuj go, ja sprawdzę wyższe poziomy.
Pokiwałam głową. Postanowiłam pilnować go na odległość. Nie patrzyłam na niego, tylko na swoje paznokcie.
– Chyba nawet nie mam po co prosić cię o uwolnienie, co? – odezwał się nagle.
Spojrzałam na niego zdumiona.
– Wybacz, ale kiedy ostatnio wypuściłam kogoś, kogo nie miałam wypuszczać, zwaliłam sobie życie  – wyznałam zgodnie z prawdą.
– Wiesz, że mogę z łatwością pozbyć się tych więzów.
– No to czemu tego nie zrobiłeś?
Wzruszył ramionami, po czym drzucił na bok ciemne włosy i westchnął głęboko.
– Dlaczego nie jesteś w swoim pałacu razem z ojcem i mężem? – Przyjrzał mi się uważnie.
– Nie powinno cię to obchodzić – warknęłam.
Nie mówił nic przez dłuższą chwilę.
– Hej, tu nikogo nie ma! – zawołał z góry Alex.
– Serio? – Wywróciłam oczami, a następnie zwróciłam się do wilkołaka. – Po co nas tu sprowadziłeś?
– Chciałem zyskać na czasie. – powiedział.
Błyskawicznym ruchem zerwał liny krępujące mu ręce.
Byłam zaskoczona, że nawet nie zdążyłam zareagować, gdy sufit nade mną zadrżał. Gruz, deski i cegły spadły prosto na moją głowę. Uderzyłam o podłogę, tracąc przytomność.
***
Ból był tak nieznośny, że nie mogłam nawet zemdleć przez dłuższy czas.
Leżałam na miękkiej trawie, a ktoś opatrywał mi rany mocnymi dłońmi. Otworzyłam oczy i rozwarłam  usta ze zdumienia.
Osobą, która zmagała się z moimi obrażeniami był Seth. Co mnie zdziwiło jeszcze bardziej, skrawki materiału mające służyć pewnie jako bandaże podawał mu Alex.
Głowa pulsowała mi tępym bólem, a oprócz tego miałam nieźle obdarte lewe ramię. Wiedziałam to, bo strasznie piekło.
– Co do…
Chyba dopiero teraz zobaczyli, że się obudziłam.
– Wszystko w porządku? – zapytał wilkołak z troską w głosie.
Myślałam, że zwariowałam. Może nadal śniłam?
– To żart?
Obaj spojrzeli po sobie.
– Nic jej nie będzie – powiedział Alex.
Seth uniósł kąciki ust ku górze, ale jego uśmiech nie sięgał oczu.
Udaje, pomyślałam.
Oczywiście. Gra przyjaciela, żeby nie chodzić związany jak kundel. W sumie logiczne.
Alex był okropnie naiwny, jeśli nie poczuł przekrętu. Właściwie to miałam nadzieję, że szybko pozbędziemy się Setha, po czym rozejdziemy się i wrócimy do normalnego życia. Tak naprawdę to nie chciałam brać udziału w tej głupiej misji służącej tylko i wyłącznie w celach masochistycznych. Takie skłonności najwyraźniej miał czarownik, bo sprawiał wrażenie świetnie się bawiącego.
– Okłamałeś nas – powiedziałam do Setha. Tak naprawdę wiedziałam, że to oszust od jakiejś połowy drogi tutaj, ale postanowiłam się nie odzywać, by nie robić afery. Ale teraz byłam przez niego poszkodowana, więc musiałam to wyjaśnić
Chłopak zdjął maskę i znowu miał nieufny wyraz twarzy.
– Byliście tak naiwni, żeby myśleć, że tak po prostu wydamy wam nasze sekrety? – Uniósł brew.
– On tak. – Wskazałam na Alexa, który wydawał się być speszony. – Ja nie. – Uniosłam dumnie podbródek. – I naprawdę chuj kogo bolą wasze tajemnice. Ja chcę po prostu wrócić do domu i tyle.
– Ale zabiliście moich przyjaciół – zauważył wilkołak przyglądając mi się z nieskrywaną wrogością.
– Którzy najpierw chcieli zaatakować – jęknęłam. – Najlepszą obroną jest atak – stwierdziłam.
Właściwie to nie czułam do niego szczególnej urazy. Nie chciałam tworzyć sobie kolejnych wrogów, a po prostu wrócić do domu i mieć spokój. Dlatego wzięłam pod uwagę inną taktykę.
– Dziękuję za ratunek – powiedziałam i posłałam mu delikatny uśmiech.
Wyraz jego twarzy świadczył, że ani trochę nie spodziewał się tych słów.
– Proszę – bąknął zmieszany.
Szybka regeneracja sprawiła, że czułam się dużo lepiej, więc po jakimś czasie wstałam z ziemi.
– Mam jedną prośbę – odezwał się nagle Alex, gdy przymierzyłam się do odejścia.
– Jaką? – Wywróciłam oczami.
– Pomogłabyś mi odnaleźć Jules? – spytał błagalnie. – Czuję się… czuję się za nią trochę odpowiedzialny. – Uśmiechnął się krzywo.
Wyglądało na to, że mówi prawdę. Mimo ich pocałunku nie wyglądali na bardzo sobie bliskich, ale to, że potrafili się ratować z takich dziwnych sytuacji jak ślub w królestwie syren, wiedziałam, że jednak coś dla siebie muszą znaczyć.
 – Zgoda. – Westchnęłam.
 Usłyszałam chrząknięcie Setha.
 – Mielibyście coś przeciwko, jeśli zabrałbym się z wami? – spytał z uśmiechem. – Raczej tu nudno.
 Wszystkiego bym się spodziewała, ale nie coś takiego zaproponuje. Przecież jeszcze chwilę temu był… Z drugiej strony może widział w tym jakąś korzyść. Nie byłam pewna, czy powinnam odmówić.
   – Każda para rąk się przyda. – Wzruszyłam ramionami.
           
Jules
Kilka godzin później.
Zadrżałam z zimna. Mogłabym przysiąc, że po tym, jak przekroczyliśmy bramę cmentarza, temperatura gwałtownie spadła.
Była to moja pierwsza wizyta w takim miejscu od około dwóch lat. Nie odwiedzałam cmentarzy, gdyż nie byłam katoliczką, a zmarłych mojej religii zwykle kremowano. Nie patrzyłam na śmierć jak chrześcijanie. Nie wierzyłam, że jest początkiem życia wiecznego, a jedynie rozpoczęciem kolejnego krótkiego i ulotnego.
Latarnie rzucały marny blask na groby, a w powietrzu unosił się smród rozkładanych ciał. Niezbyt przyjemnie.
– Wiesz, nie lubię takich miejsc – powiedziałam do Rowana.
– Boisz się… trupów? – zaakcentował ostatnie słowo, unosząc ręce do góry i parodiując upiora. Jednak mnie to nie śmieszyło.
– Zamknij się. – Uderzyłam go w ramię, a on się roześmiał.
Nie wiedziałam czemu, ale czułam się w jego towarzystwie całkiem luźno. Może dlatego, że ufałam mu z nieznanych przyczyn, albo jego wyznanie sprawiło, że teraz inaczej na niego patrzyłam. W końcu całą krzywdę zawdzięczał swojej matce, nie miał wyboru w pewnych sprawach. Było mi go… żal.
Zadrżałam z zimna i spojrzałam zazdrośnie na cieplutką parkę Rowana. Ja musiałam zadowolić się moją bluzą z delfinkiem.
– Jest ci zimno? – spytał unosząc brwi.
Skinęłam głową.
– Więc czemu nic nie mówisz? – Zaśmiał się, zdejmując z siebie kurtkę. – Chcesz? – Podał mi ją.
– Dziękuję. – Otuliłam się zagrzaną parką. Jak się spodziewałam, była na mnie za duża. Byłam drobna i niska, więc nie było się co dziwić. Musiałam podwinąć rękawy.
– Uprzejmie proszę. – Wyglądał na rozczulonego moim widokiem. Został w czarnej koszuli z długim rękawem. Musiałam przyznać, że w czerni mu do twarzy.
– Gdzie jest ten gość od duchów? – spytałam po chwili drogi prze jedną z głównych cmentarnych alejek.
Wtedy go zobaczyłam. Siedział na jednym z grobów. Nie mógł mieć więcej niż trzynaście lat. Miał przydługawe czarne włosy i trupiobladą cerę. Ubrany był w wojskową kurtkę, koszulkę z logo Cannibal Corpse i czarne spodnie. W dłoniach trzymał czerwony znicz, w którym płonął ogień, rozświetlając otoczenie.
Gdy zobaczył naszą obecność, zsunął się z nagrobka i Podszedł do nas, po czym przywitał się z Rowanem.
– Jules, poznaj Toby’ego Bellescar. Jest Wyklętym i potrafi rozmawiać ze zmarłymi – przedstawił go.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Cześć? Skinęłam tylko głową i odwróciłam wzrok.
– Z kim chcecie porozmawiać? – zapytał Toby.
– Z moją prababką z naciskiem na „pra” – wyjaśnił czarownik. – Zapytaj się jej czy wie coś o Czarnym Ogniu.
Wyklęty popatrzył na niego dziwnie. Z jego twarzy nic się nie dało odczytać.
– Płatność z góry – mruknął, a ja przysięgłabym, że zobaczyłam, jak kąciki jego ust się unoszą.
Rowan posłał mu miażdżące spojrzenie i zaczął grzebać w kieszeniach spodni. Wyciągnął zwitek banknotów i podał Toby’emu.
– Zgadza się – powiedział.
Wyklęty pokiwał głową.
– Musicie mi dać rzecz należącą do tej osoby.
Zamarłam. Nie mieliśmy nic.
No i Rowan znowu mnie zaskoczył. Wyjął z plecaka typu kostka szkatułkę. Następnie otworzył ją i podał Toby’emu piękny srebrny diadem z szmaragdami.
– A więc będę miał przyjemność rozmawiać z samą księżniczką Evanlyn Malarkey. Za to należy się dodatkowe pięćdziesiąt dolarów – odparł chłopak uważnie przyglądając się ozdobie.
Rowan wybałuszył oczy.
– No i może jeszcze frytki do tego?
Chłopiec wzruszył ramionami.
– W sumie to jestem głodny.
Czarownik przewrócił oczami.
– Bierz się w końcu do roboty, nie za marudzenie ci płacę.
– Dobra, dobra.
Mocniej ścisnął diadem i skupił się nad nim. Przez chwilę nic się nie działo, aż nagle coś dziwnego stało z jego oczami. Zaświeciły się na czerwono, a po chwili widać było tylko ich białka.
Chłopiec zadrżał i szeroko otworzył usta, a po kilku sekundach, jego oczy znowu stały się normalne. Przestał również drżeć.
– No i co? – zapytał Rowan.
– Oprócz dwóch tysięcy wyzwisk, powiedziała mi coś o dzienniku Tristana Wright.
Wright. Nazwisko Alexa. Widocznie ich rody musiały być stare.
– Dziennik Tristana Wirght? Niby skąd ja mam go wytrzasnąć? Ten człowiek żył sześćset lat temu! – Rowan kopnął o wystający korzeń.
– To już nie jest mój problem. Zrobiłem, co chcieliście, a teraz idźcie już, bo jestem raczej typem samotnika – rzekł Toby.
– No dobra, żegnaj mały naciągaczu. – Pożegnał go i chwycił mnie za ramię, gdy nie ruszyłam się z miejsca. – Idziemy stąd – mruknął zniecierpliwiony.
            Posłusznie poczłapałam za nim.
– Wiesz coś o tym dzienniku? – zapytałam.
Rowan popatrzył się na mnie.
– Oczywiście, że tak. Jest w moim domu.

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział trzynasty

„Pomiędzy byciem dobrym i złym, jest jeszcze opcja, aby być sobą.”

Seth


– Będę szedł tuż za tobą. Jeśli spróbujesz jakichś sztuczek, wbiję ci nóż w plecy – ostrzegł mnie czarownik o imieniu Alexander.
Posłusznie pokiwałem głową, a tak naprawdę to miałem ochotę się śmiać. Udawałem poniżonego i bezbronnego, a tak naprawdę to czekałem na właściwą okazję, żeby zabić tą dwójkę i się zwinąć.
Zresztą na co miałem im się przydać? Zrozumiałem, że byli jednymi z tych faszystowskich Istot, które będą torturami i groźbami wymuszać informacje na temat Omnemaluma, do którego powrotu zdecydowanie nie mogą dopuścić.
Nie interesowały mnie specjalnie polityczne sprawy naszych gatunków, więc wiedziałem, że nie będę w stanie dać im pożądanych informacji.
Nie byli też jakoś strasznie inteligentni i zorganizowani, więc łatwo byłoby ich okłamać.
Wystarczy zwabić ich w jakieś odpowiednie miejsce i…
– Wcale mnie nie uwolniłeś – szepnąłem skruszonym głosem.
– Takie jest życie – mruknął w odpowiedzi i popchnął mnie lekko, żebym zaczął iść.
– Gdzie w ogóle idziemy? – zapytałem.
– Do siedziby twojego stada. Chcę się dowiedzieć więcej o Omnemalumie.
Otworzyłem szeroko oczy.
– Zabiją was i nic nie powiedzą. Pozbawiliście nasze stado kilku członków.
– Nic nam nie zrobią, bo mamy ciebie za jeńca. Mówiłeś, że jesteś synem przywódcy.
Tak naprawdę to dobrze wiedziałem, że tak postąpią.
Wilkołaki bardzo poważnie traktowali relacje z innymi ze swojego gatunku, więc byłem pewien, że mimo wszystko by mnie nie wystawili.
– Prowadź do siedziby stada – rozkazał Alexander.
– To w starym, opuszczonym bloku na Harton Street. Ale wątpię, żeby ktoś tam był, wszyscy polują – powiedziałem zgodnie z prawdą. No może prawie.
– Cudownie.
Śpieszyło mi się, więc zacząłem już teraz rozmyślać nad możliwością ucieczki. Lina krępująca moja nadgarstki wcale nie była jakaś mocna. Łatwo mogłem się z niej wydostać, ale wtedy nadziałbym się na ostrze sztyletu czarownika. Mogłem też przemienić się w wilka, ale to zajęłoby za dużo czasu i również skończyłoby się moją śmiercią. Gdybym spróbował pobiec przed siebie i w tym czasie rozwiązać nadgarstki… Nie, wtedy dogoniłaby mnie ta… jak ona miała na imię? Karina? Kayla, tak Kayla Montgomery, adoptowana córka Anthony’ego Montgomery, króla wampirów.
– Hej, wilkołaku, czy to nie jest ten budynek? – Alexander wskazał na blok, który z pewnością nie był siedzibą likantropów z Calleharton.
– To tutaj – powiedziałem.
***
Szkocja,
1351 r. n.e.
Pośrodku miasta stał kościół oraz hale targowe. Całe miasto z ulicami i centralnie położonym rynkiem otoczone było murami obronnymi. Niedaleko stał piękny królewski zamek. Był zbudowany z szarego kamienienia. Widać było wysokie wieże i flagi powiewające na lodowatym, zimowym wietrze, choć jedynym porządnym źródłem światła, był blaks gwiazd.
Być może w środku wspaniałej budowli było ciepło, ale w mieście można było odmrozić sobie stopy. Śnieg padał i padał, mieszkańcy miasta palili w piecach ostatki drewna, którego narąbali kilka miesięcy przed zimą.
Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie siedział teraz na dworze. No może poza jednym młodzieńcem.
Cudem nie poślizgnął się i nie spadł, wspinając się na wschodni mur i wydostając się za teren miasta. Stał teraz opatulony futrem wilka, na którego sam zapolował, i czekał. Płatki śniegu osadzały się na jego jasnych włosach i rzęsach okalających duże orzechowe oczy. Ciepło nadawał mu futrzany płaszcz i reszta grubych ubrań.
Przez plecy miał przewieszony miecz.
Ów chłopak miał na imię Tristan. Był zwykłym (no niezupełnie) synem kupca. Przyjechał do królestwa we Szkocji, gdyż ojciec miał zrobić tam parę interesów. Był tego rad, bo w końcu mógł spotkać się z dziewczyną, którą znał tylko z listów. Również czarownicą, a nawet księżniczką. Nic wielkiego.
Wiedziała coś na temat Czarnego Ognia, którego on tak pilnie potrzebował.
Tristan zaczął drżeć z zimna.
Po chwili zobaczył postać zbliżającą się do niego ze strony zamku. Była już noc, ale wyraźnie ją widział, jej srebrzyste włosy, rozpuszczone, tworzące wokół jej głowy jasną aureolę. Miała ciemnozielone oczy, jak chyba każdy z rodu Malarkey'ów. Nosiła purpurową suknię i czarną pelerynę.
Tristan zobaczył w jej dłoni sztylet o rękojeści z kości słoniowej, o którą na północy było trudno.
– Tristan Wright? – zapytała melodyjnym, ale chłodnym głosem.
Skłonił jej się i podszedł bliżej.
– Tak, to ja. Pani to pewnie Evanlyn Malarkey.
Gestem nakazała mu, żeby się przybliżył.
– Masz miecz? – Spojrzała na jego plecy.
– Tak, ale najpierw chcę informacji o Czarnym Ogniu. Następnie sprawdzę, czy są prawdziwe, a dopiero potem zapłata, moja droga księżniczko. – Zrobił krok w tył.
Zrobiła błyskawiczny ruch i przyłożyła ostrze sztyletu do jego gardła.
– Najpierw, ty zapłacisz mnie, a jeśli nie, zabiję cię i sama ją odbiorę.
– Dobrze, już dobrze. – Odsunęła broń, a on zdjął z pleców miecz ukryty w skórzanej pochwie i złożył go u jej stóp.
Następnie odsunął się i przyjrzał czarownicy.
Evanlyn ostrożnie uklękła przed nim i wysunęła broń z pochwy. Był to piękny miecz o srebrnej klindze i rękojeści wysadzanej szmaragdami. Idealnie pasował do kogoś, kto na nazwisko miał Malarkey.
Dziewczyna podniosła go i zbadała go uważnie. Uśmiechnęła się i popatrzyła na czarownika.
– Czekałam na niego tyle lat!
– Cudownie, cudownie, ale proszę, mów teraz o Czarnym Ogniu.
Zrobiła zdumioną minę, jakby teraz dopiero przypomniała sobie, dlaczego dostała broń, którą tak trudno było mu odebrać z rąk cyklopów na wschodzie.
– Och, prawie zapomniałam. Mam mapę prowadzącą do kryjówki, w której jest ukryty. Po co ci Czarny Ogień?
Tristan zmarszczył brwi.
– Mój przyjaciel został opętany przez Capenes. Tylko Czarny Ogień może go wyleczyć.
– Albo śmierć – powiedziała.
– Doczekam się w końcu tej mapy?
Podała mu rulon pergaminu związany czerwoną wstążką.
– Powodzenia – mruknęła, zabrała miecz i ruszyła z powrotem do zamku.
            – Dzięki! – zawołał za nią.
Następnie przyjrzał się uważnie mapie i pomyślał, że bardzo mu się ono przyda.

Jules

Stałam tak przez chwilę sparaliżowana własnym strachem. Mikey wyglądał jak zwykle, ale coś dziwnego czaiło się w jego oczach. Były one dodatkowo czarne, a nie niebieskie jak zwykle. Patrzyły na mnie z obojętnością. To nie był chłopak, którego znałam.
– Mikey… Proszę, powiedz coś. – Wyciągnęłam do niego rękę, a kiedy nie zareagował, zrobiłam krok naprzód.
Nawet nie mrugnął.
– Co mu zrobiłeś? – wyjąkałam.
– Ja? Nic – odpowiedział Omnemalum. – Jest opętany.
– Naprawdę myślisz, że przekonasz mnie tym argumentem? – Zaśmiałam się niezbyt przekonująco. Tak naprawdę cholernie się bałam.
– Coś ci powiem, kochanie – zaczął. – Zawarłem pakt z demonem – powiedział. – Czego warunkiem jest to, że jestem mu bezgranicznie oddany. To samo tyczy się moich dzieci. Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale demon w tobie sprawuje nad tobą kontrolę, gdy ty jesteś wściekła i ją tracisz. Gdy przyjdzie czas, zrobisz co każe ci Strigoi.
Znak zajarzył się i wyblakł, niewiadomo skąd pochodzący podmuch powietrza zgasił świeczkę i pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.
Pisnęłam, a następnie na ślepo pognałam do w moim mniemaniu wyjścia. Wymacałam klamkę i pociągnęłam za nią otwierając drzwi na oścież.
Wiedziałam, że nie powinnam tam zostawiać Mikey’a, ale w tym momencie panicznie się bałam demona w nim.
Albo raczej w tobie.
Zacisnęłam zęby. Bolała mnie głowa. Z oczu poleciały mi łzy.
Zamknęłam za sobą drzwi, a potem chwiejnie ruszyłam przed siebie.
Gdzie miałam teraz iść?
Rowan obiecał, że mnie puści po rozmowie z Omnemalumem, ale pewnie nie spodziewał się, że tak ona przebiegnie. W skutku czułam nienawiść i urazę do gościa, ale miał na mnie haczyk. Mojego przyjaciela.
Więc będę musiała się znaleźć sposób, o ile taki istnieje, żeby go uratować.
Może Alex i Kayla by mi pomogli. Wierzyłam, że skoro uratowałam życie czarownikowi, to ten zrobiłby również coś dla mnie.
Zatrzymałam się przy drzwiach, z których dochodziły do mnie jakieś głosy. Poczułam ucisk w gardle i stanęłam przy wejściu, ostrożnie się zza niego wychylając.
Zobaczyłam coś, co przypominało wnętrze wojskowego szpitala podczas powstania umieszczonego w jakiejś ruderze. Żadnych łóżek, jedynie brudne materace i apteczki zebrane pod ścianą.
Był pusty oprócz dwóch osób siedzących na krzesłach naprzeciw siebie. Rozpoznałam Rowana i Nathaniela.
Czarownik siedział z niewzruszoną miną, przykładając namoczoną szmatkę do rany na policzku.
Natomiast wampir patrzył na drugiego z nieukrywaną wrogością i urazą. W końcu zafundował mu niezłe doznanie. Zaczęłam się zastanawiać, czy on aby nie robił tego, bo po prostu sprawianie komuś bólu, czyniło go szczęśliwym.
Jeśli ma dziewczynę, to jej współczułam.
            Dobra, co miałam zrobić? Powiedzieć, że było miło, ale muszę już się zmywać?
            Moje wszystkie plany rozwiało to, że podłoga pod moją nogą zaskrzypiała i oboje zwrócili spojrzenie w moim kierunku.
            Zerwałam się do ucieczki, ale nie minęła sekunda, aż czyjaś dłoń zacisnęła się na moich ustach, a ramię otoczyło mnie i całkowicie unieruchomiło.
            – Już nas znielubiłaś? – usłyszałam tuż przy uchu głos Nathaniela.
            Zaciągnął mnie z powrotem do sali szpitalnej i posadził na krześle.
            Spojrzałam błagalnie na Rowana, który w końcu obiecał mi bezpieczny powrót do domu. Pomyślałam, że przestraszoną i bezbronną postawą znów wzbudzę w nim litość, ale on tylko się na mnie patrzył bez żadnego wyrazu. Jakby się spodziewał, że po rozmowie z ojcem niekoniecznie będę chciała współpracy.
            – I jak? – spytał wampir pochylając się nade mną z szaleńczym błyskiem w oku. – Co usłyszałaś, dziwko?
            – Masz na myślę rozmowę z Omnemalumem? – Uniosłam wyzywająco podbródek, chociaż wcale nie byłam pewna.
            – A co innego? – Zaśmiał się. – Wiesz już, że jesteś skazana na taki los – powiedział drwiącym tonem. – I część ciebie tego chce.
            Odwróciłam wzrok, ręce mi drżały. Poczułam narastającą we mnie wściekłość.
            – Nigdy w życiu wam nie pomogę dopóki będziecie mi grozić śmiercią przyjaciela czy czymś równie strasznym – oznajmiłam. – Po prostu nie – warknęłam nagle odzyskując pewność siebie. – Myślicie, że jak wprowadzicie jakiś pieprzony czarodziejski komunizm to wszystkim będzie żyło się lepiej? – Uniosłam brew do góry. – Nie mieszajcie mnie do waszej głupiej polityki, bo naprawdę gówno o niej wiem.
            – Komunizm? – Po raz pierwszy odezwał się Rowan. – Wyznaję doktrynę skrajnie prawicową. – Uśmiechnął się.
            – Nie lubię też faszystów – oznajmiłam.
            – Więc nie powinien przeszkadzać ci „czarodziejski komunizm” – stwierdził Nathaniel.
            – Więc żeby przekabacić mnie na waszą stronę, ustanawiacie jakieś nowe Ribbentrop-Mołotow? – jęknęłam.
            Zerknęli po sobie, a potem rzucili mi badawcze spojrzenie.
            – Jeśli nie wypędzicie demona z Mikey’a, nie pomogę wam w powrocie Omnemaluma – oznajmiłam pewnie. – Wiecie, że naprawdę, naprawdę nie obchodzą mnie wasze wojny czy cokolwiek ze sobą toczycie, prawda?
            Z oczu Nathaniela zniknęły iskierki rozbawienia i pojawił się w nich gniew. Chwycił mnie za kaptur bluzy i podniósł do pionu.
            – Na twoim miejscu nie sprzeciwiałbym się.
            – Puść mnie. – Spróbowałam odtrącić jego rękę, ale uścisk miał stalowy.
            – Oddamy ci twojego przyjaciela – odezwał się nagle Rowan.
            Oboje zerknęliśmy na niego. Jego spojrzenie było znudzone tak jak i postawa.
            – Oddamy? – powtórzył niepewnie wampir. – Chyba nie za darmo?
            Czarownik wzruszył ramionami, a Nathaniel znów przerzucił spojrzenie na mnie.
            – Jeśli nic innego może jej przekonać. – Westchnął ciężko. – Pomogę jej – oznajmił.
            – Łaskawie dziękuję – powiedziałam z sarkazmem, gdy wampir mnie nareszcie puścił.
            Rowan skinął głową na drugiego, a ten z gniewną miną opuścił pomieszczenie. Zapanowała cisza.
            – Usiądź – zaproponował mi.
            Ten spokój był bardziej przerażający niż agresywne zachowanie, którym odznaczał się Nathaniel. Czarownik wyrażał swoje emocje poprzez opanowanie, które w tym momencie wywoływało ciarki na moich plecach.
            – Zgodziłeś się mi pomóc – wyszeptałam.
            Skinął głową.
            – Skończyły mi się argumenty. – Uśmiechnął się przepraszająco.
            – Ale to nie znaczy, że popieram wasze lewicowe poglądy. – Zmrużyłam oczy.
            Roześmiał się.
            – Nie jestem głupim lewakiem – wyjaśnił. – Chyba już sobie to wyjaśniliśmy. Nieważne. Co do tego twojego przyjaciela… Myślę, że Czarny Ogień wypaliłby z niego demoniczne piętno. – Nie zrozumiałam nic z tego, co powiedział.
– Super, nawet nie wiem co to jest, a tym bardziej, gdzie tego szukać – jęknęłam.
– Od tego przecież tu jestem – powiedział zirytowany. – Pomogę tobie, a ty mnie. Możemy zawrzeć Ribbentrop-Mołotow między sobą. – Wyciągnął rękę przed siebie.
Nie dotknęłam jej.
– Coś mnie zastanawia – zaczęłam. – Skoro podoba ci się perspektywa istniejącej hierarchii społecznej, to po co zabiegasz o równość? – Przekrzywiłam głowę.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Przysunął się w moim kierunku i spojrzał mi w oczy. Włosy zjeżyły mi się na karku.
– Czy wyglądam ci na kogoś, kto robi to z własnej woli? – spytał z bólem w głosie.
– Słuchaj, nikt nie rodzi się dobry albo zły. To, co robisz potem się liczy. Możesz się zmienić, możesz porzucić złe plany. Kiedy tylko chcesz, bo nigdy nie jest za późno.
– Może i tak, ale to nie zależy ode mnie.
– Wszystko co robisz zależy od ciebie.
– Nie, to nie. Jeśli zrobiłbym coś nie tak…
Wyglądał jakby chciał się rozpłakać, co było dziwne.
– Omnemalum nie zrobi ci niczego złego, on nie wróci, jeśli mu nie pomożesz.
Ukrył twarz w dłoniach.
– Nie mówię o nim, tylko o mojej matce.
Czym mogłaby mu grozić matka? Alex mówił, że jest ona jego macochą i że jest okropna, ale… Jeśli Rowan się kogoś bał, należało tą osobę traktować poważnie.
– Powiedz o co chodzi.
– W rodzinach czarowników często występują buntownicy. Przykład? Mój braciszek. Niektórzy rodzice mają co do swoich dzieci wielkie plany, dlatego wcześniej się zabezpieczają. Po urodzeniu dziecka tworzą przedmiot, od którego zależy jego życie. Często jest to jakiś medalion, pierścień… Od kilku lat jest to nielegalne. Jeśli ktoś jest naprawdę okrutny robi Contrivitam. Wkłada się do niego włos, ząb albo inną rzecz należącą do dziecka. Potem odprawia się jakieś rytuały, no i gotowe. W każdej chwili możesz zniszczyć ten przedmiot i pozbawić kogoś życia – wyjaśnił, próbując otrzeć łzy spływające po jego policzkach.
Widok płaczącego Rowana wydał mi się po prostu absurdalny. Już nie przypominał kogoś, kto potrafił poddawać torturom ludzi stojących mu na drodze z zimną krwią niczym jakiś nazista, ktoś o podobnych poglądach, a bliżej było mu do skrzywdzonego chłopczyka.
– Zabije cię, jeśli się jej sprzeciwisz – szepnęłam.
Pokiwał głową i pociągnął nosem. Warga mu zadrżała jakby miał zamiar się roześmiać, ale... ale przecież nie mogło być mu wesoło.
– Czekaj, jeśli mi pomożesz, to nie jest sprzeciw?
– Nie dowie się o tym. Mogę pomóc ci znaleźć Czarny Ogień. Tak się składa, że może też zniszczyć Contrivitam nie zabijając mnie.
Poczułam ciepło.
– Wiesz, gdzie go szukać? – zapytałam.
– Nie, ale wiem, kto może coś wiedzieć na ten temat.
– Kto?
– Ten ktoś nie żyje.
– Jak porozmawiamy z umarłymi?
– Nie my. Ktoś przekaże im od nas wiadomość.