czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział jedenasty

„Ludzie mają ty­siące ma­sek, pot­wo­ry ty­siące twarzy.”


Kayla


Kilkanaście minut po wyjściu Jules, stwierdziłam, że nie mam tu już nic do roboty i przestałam być potrzebna. Mogłam wrócić do siedziby wampirów, chociaż pewnie zostałabym ukarana za pomoc więźniom w ucieczce.
Możliwe też byłoby wymyślenie jakiegoś dobrego kłamstwa, ale reszta była bardziej doświadczona niż ja i wyciągnięcie ze mnie prawdy również nie sprawiłoby im problemu.
W końcu zostałam przemieniona zaledwie trzy lata temu. Miałam na karku dwudziestkę, chociaż nadal wyglądałam na siedemnastkę. Krótko mówiąc byłam bardzo, bardzo młoda i cierpiałam na niewiedzę w wielu kwestiach.
Wampiry nie mogły się rozmnażać, więc po przemianie zostałam wzięta pod skrzydła króla i królowej wampirów i ogłoszona ich udawaną córką.
Po niecałym roku uciekłam z dosyć bolesnych przyczyn, więc logiczne było wykluczenie powrotu tam.
Musiałam więc przyjąć na siebie winę i wrócić do ludzi, którzy i tak traktowali mnie jako rodzinę bardziej niż „rodzice”.
– Nic tu po mnie – mruknęłam do Alexa i wstałam od stołu. – To chyba ten moment, kiedy się żegnamy, prawda? – Uśmiechnęłam się krzywo.
– Zostawiasz mnie? – spytał smutnym tonem i również podniósł się z krzesła.
– A co mam cię niańczyć? – Uniosłam brew i skierowałam się do wyjścia.
Niestety poszedł za mną. Opuściliśmy bar i ruszyliśmy wzdłuż plaży. Na horyzoncie powoli wschodziło słońce.
Gdyby szybkie poruszanie się nie sprawiało mi kłopotu z powodu mojej słabości wywołanej nie pożywianiem się, dotarłabym do mojej siedziby wampirów naprawdę szybko. Jako jedyna z nich mogłam stawać w świetle dziennym, więc gdyby byli naprawdę wściekli, ucieczka nie sprawiłaby mi kłopotu.
Ale nie raz zdarzała się oszukańcza kradzież przekąski.
Tylko każdy z moich znajomych wiedział, że ja nie piję krwi.
Dlaczego? Nie chciałam zabijać. Bałam się tego.
– Gdzie masz zamiar iść? – spytał Alex po chwili milczącej wędrówki po złocistym piasku.
– Wracam do domu – wyjaśniłam wzruszając oczami. Miałam nadzieję, że nie był jednym z tych natrętów, których  celem życiowym zostało umilanie czasu poprzez odprowadzanie dziewczyn do miejsca zamieszkania. Gdy mieszkałam w Szkocji i byłam jeszcze śmiertelniczką, pełno takich towarzyszyło mi w drodze ze szkoły do domu dziecka.
– Szerokiej drogi – powiedział cicho, spuszczając wzrok. Wiedziałam, że starał się w ten sposób wzbudzić moje współczucie. Tylko nie wiedziałam dlaczego miałam mu współczuć.
Stanęłam w miejscu i spojrzałam na niego.
– Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? – spytałam. – Że cię przygarnę czy coś?
Pokręcił głową.
– Po prostu… nie mam gdzie iść – oznajmił. – Nie chcę wracać do domu.
– Uciekłeś z niego? Dlaczego? – zapytałam.
– Mój ojciec zgłupiał – wyjaśnił. – Po śmierci matki ożenił się ponownie. Z potworną babą, która na dodatek ma jeszcze gorszego synalka. Przez nich mój tata stał się całkiem inną osobą. Nie widzi świata poza Beatrice. – Westchnął. – Nie wyobrażasz sobie jaka to beznadziejna sytuacja.
Może i coś o tym wiedziałam. Niemniej jednak nie zamierzałam się do tego przyznawać i zagłębiać się w sprawy poznanego zeszłej nocy chłopaka.
– Masz osiemnaście lat, tak? – upewniałam się. – Wyprowadź się.
– Skąd mam wziąć pieniądze? – Spojrzał na mnie niemal błagalnie. – Zresztą kończę osiemnaście w listopadzie – dodał. No tak, był dopiero początek czerwca.
– Ojciec ci nie da?
– Może być wściekły, że uciekłem – wyznał. – To wszystko przez Rowana – wypowiedział to imię z niechęcią, a może też nienawiścią.
– Hm, kogo? – Ponownie ruszyliśmy naprzód, zmierzając na ulicę.
– Mojego przyrodniego brata.
– Chyba go nie lubisz – zauważyłam.
W letnie poranki panował przyjemny chłodek, który szybko dawał o sobie zapomnieć wraz z nadejściem upalnego południa. Delikatny wietrzyk rozwiewał moje czarne włosy.
– Nie lubię? – Roześmiał się. – Nienawidzę tego skurwysyna. Jest kłamcą, manipulatorem i zwykłym draniem.
– Więc podejrzewam, że nie ma jedenastu lat.
– Osiemnaście – wyjaśnił z westchnięciem. – Nie rozmawiajmy o nim – poprosił. – Już popsuł mi się humor. – Roześmiał się bez cienia wesołości.
– Okej – mruknęłam i więcej już nic nie mówiłam.
Mógł nienawidzić swojego brata, macochy czy taty za traktowanie. Rozumiałam to. Ale to nie był mój problem. Czego ode mnie oczekiwał? Że przemienię go w wampira i stanie się hybrydą przez co zyska całkiem nowe życie?
– Czemu ciągle za mną idziesz? – odezwałam się po kilkunastu minutach drogi wzdłuż autostrady prowadzącej do miasta. – Przecież nie potrafię ci pomóc.
Westchnął.
– Masz rację – mruknął. – Przepraszam.
O nie. Już wolałabym, żeby był sarkastyczny jak wcześniej. W taki sposób sprawiał wrażenie smutnego szczeniaczka-przybłędę.
            – Więc… – wzruszyłam ramionami – do widzenia. – Och, błagam, żeby to nie nastąpiło.
            – Wrócę do domu – zdecydował nagle. – Ale musisz odprowadzić mnie na dworzec kolejowy albo autobusowy. Muszę znaleźć cokolwiek co umożliwi mi powrót. – Westchnął i uśmiechnął się chytrze.
            – Co znaczy „muszę cię odprowadzisz”? – Uniosłam brew.
            – A chcesz się mnie pozbyć?
            Wywróciłam oczami.
            – Dobra – oznajmiłam łaskawie, łypiąc na niego spode łba.
            – Wiedziałem, że się dogadamy. – Uśmiechnął się.

Jules

            Dzięki nabytej przez Rowana umiejętności teleportacji, znaleźliśmy się we wspomnianym przez niego miejscu w sekundę.
            Kiedy zastanawiałam się dlaczego się na to zgodziłam, chociaż w gruncie rzeczy nie powinnam mu ufać, czułam lekkie zawroty głowy jakby przypomnienie sobie tej części rozmowy nie było możliwe. Postanowiłam wyrzucić ten moment ze swojej głowy i stanąć na wysokości zadania.
            Znajdowaliśmy się w ciemnych, cuchnących korytarzach, w których naprawdę mało co było widać. Chciałam się czegoś złapać, żeby zmniejszyć ryzyko upadku, ale jednocześnie obawiałam się, że ściana jest pokryta jakąś mazią.
            – Idziesz? – usłyszałam głos Rowana. Wzdrygnęłam się.
            – Tak. – Pokiwałam głową.
Chwycił mnie za rękę i poprowadził wzdłuż wąskich korytarzy, przy okazji włączając światło. Było tu dokładnie tak obrzydliwie jak sobie wyobrażałam. Na szczęście brakowało mazi.
Zerknęłam na chłopaka. Również zdawał się być zniesmaczony otaczającym go brudem.
– Jaki on jest? – spytałam nagle.
Rowan zerknął na mnie, ale chwilę nie odpowiadał, prawdopodobnie zastanawiając się jakie słowo mnie nie odstraszy.
– Bardziej zwykły niż ci się może wydawać – stwierdził.
Następnie szliśmy w milczeniu, aż w końcu dotarliśmy do jakichś drzwi. Ktoś przy nich stał. Był to chłopak może o rok, albo dwa starszy od Rowana. Był blady i wychudzony. Jego czarne włosy były trochę przydługawe i zasłaniały mu czoło. Odgarnął je dłonią. Miał niezwykle złote oczy.
            Właściwie to przypominał wampiry, które spotkaliśmy z Mikey’em.
– A więc zgodziła się z tobą przyjść? Szczerze dziwi mnie to – mruknął czarnowłosy..
– Pieprz się, Bryant – uciął Rowan, najwyraźniej zirytowany. – I wpuść nas do środka.
– Nawet mnie nie przedstawisz, Malarkey? – Uśmiechnął się ukazując kły. A więc miałam rację.
Do tego chciwie patrzył na zakrzepniętą krew na policzku mojego towarzysza.
Czarownik przewrócił oczami.
– Jules, to jest dupek Nathaniel Bryant, dupku Nathanielu Bryant, przedstawiam ci Jules Cairstairs.
– Cześć. – Jego oczy zdawały się rozświetlać pomieszczenie lepiej niż ogień.
Skinęłam tylko głową. No bo co miałam mu powiedzieć?
– Ruszysz w końcu tyłek sprzed drzwi? – rzekł chłopak zniecierpliwionym głosem.
– Jeśli ładnie poprosisz…
Najwyraźniej czarownik łatwo tracił nad sobą panowanie, bo sprawił, że wampir złapał się za brzuch i zgiął w pół, jęcząc, a potem całkowicie upadł, zaciskając zęby i pięści. Stało się z nim to samo co z Alexem.
– Proszę, przestań – szepnęłam, gdy ogarnęły mną mdłości na widok poturbowanego Nathaniela.
– Co? – Rowan przerzucił wzrok z trzęsącego się ciała krwiopijcy na mnie.
– To okropne. – Na mojej twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia.
Chłopak uśmiechnął się delikatnie. Jakby wcale nie torturował w tym momencie kogoś innego. Jakby było mu to obojętne.
– Zostaw go – poprosiłam go pewniejszym tonem niż wcześniej. – Przestań – prawie wrzasnęłam i złapałam go za ramiona.
Usłyszałam gwałtowne wciągnięcie powietrza ze strony wampira i zerknęłam na niego przez ramię. Jeszcze trochę się trząsł, ale raczej z szoku niż z bólu, który najwyraźniej minął. Co za łaska.
– Zawsze robisz takie rzeczy, kiedy nie dostajesz tego, czego chcesz? – zapytałam odwracając się z powrotem do czarownika i patrząc na niego z pogardą. Puściłam go i odsunęłam się.
– Zazwyczaj – odparł bez cienia sarkazmu. Przynajmniej to.
– Więc zaprowadź mnie do ojca i już nie każ na to patrzeć – powiedział.
Otworzył drzwi i wymownym gestem przytrzymał je, kiwając głową. Niepewnie weszłam do środka, mierząc go przestraszonym spojrzeniem. Wszedł za mną i zamknął drzwi.
Pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy było tak samo obskurne jak reszta tego dziwnego miejsca. Zrozumiałam, że znajdujemy się pod ziemią.
Znajdował się tu tylko stolik, na którym zauważyłam świecę i jakiś notatnik. Nie było tutaj lampy.
– Masz zapalniczkę? – spytał nerwowo Rowan, przeszukując swoje kieszenie.
– Nie potrafisz zapalić jej czarami? – Zdziwiłam się.
Pokręcił głową z przepraszającym uśmiechem. A więc było coś, czego nie umiał. Przynajmniej nie spłonę żywcem.
– Mam. – Rozsunęłam swój plecak i wyjęłam z niego zapalniczkę w kształcie pistoletu.
            Wziął ją ode mnie i zapalił świeczkę. Jej blask oświetlił ścianę, na której ujrzałam bardziej skomplikowaną wersję pentagramu. Wyglądałam na interesującą się okultyzmem poprzez noszenie koszulek i ozdób z podobnymi symbolami, ale wiedziałam, że szatańskie znaki nie wróżą nic dobrego mimo, że nie wierzyłam w ich moc. Może najwyższy czas zacząć.
            Czarownik podszedł do naznaczonej ściany i położył dłoń na środku pentagramu, zaciskając powieki i mówiąc coś szeptem.
– Już – powiedział po chwili. – Zostawić cię samą? – spytał szeptem.
Skinęłam głową, więc szybko się zmył.
Z jednej strony bałam się go i chciałam znaleźć się od niego jak najdalej, ale fakt, że znałam go choć trochę dodawał mi pewności siebie w spotkaniu z Omnemalumem. Natomiast wiedziałam, że z tym fantem powinnam poradzić sobie sama.
– Tato? – zawołałam.
– Jestem, Jules – usłyszałam czyjś łagodny głos. – I chcę ci powiedzieć wszystko.

Kayla
            Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy w okolice dworca autobusowego, do którego obiecałam zaprowadzić Alexa. Cieszyłam się, że to już koniec tej dziwnej przygody, w którą z własnej, nieprzymuszonej woli zostałam wplątana.
            – W czymś ci jeszcze pomóc? – spytałam, gdy wrócił do mnie po kupnie biletu na powrót do Ashadewoods.
            Staliśmy pod zamkniętym sklepem. Jasne, była dopiero szósta rano.
            – Mój autokar rusza za dwie godziny. Dotrzymasz mi towarzystwa? – spytał uśmiechając się.
            – Nie. – Posłałam mu buziaka i przymierzyłam się do odejścia.
            Jednak coś nakazało mi stać w miejscu. Zapach.
Zamarłam. Pociągnęłam nosem. Wyczułam ten zapach. Kiedy ostatnio to się stało, ledwo uszłam z życiem.
Wtedy ich zobaczyłam. Było ich sześciu. Czterech chłopaków i dwie dziewczyny. Grupka wilkołaków śmiała się z czegoś, ale po chwili zamarli, węsząc intensywnie.
– Lepiej stąd chodźmy – szepnęłam do Alexa i chwyciłam go za ramię, prowadząc w stronę dworca. Następnie zatrzymałam się przy kiosku i wyjrzałam zza niego, a chłopak poszedł za moim przykładem.
Paczka nadal tam stała i rozglądała się po okolicy. Zwróciłam uwagę na jednego z nich. Był umięśniony, wysoki i przystojny. Jego ciemnobrązowe włosy, prawie czarne były niedbale rozczochrane. Jakby właśnie wstał z łóżka. Miał wesołe brązowe oczy i ładny uśmiech. 
Skarciłam się w myślach za pochwalanie kogoś, kto powinien być moim wrogiem. Już jeden taki kiedyś mnie prawie załatwił.
– Po co się chowamy? – spytał głupio mój towarzysz.
– Och, no nie wiem może po to, żeby ratować życie? – Przewróciłam oczami.
– Ja tam nic do nich nie mam, jak chcesz, mogę do nich zagadać…
– Zamknij się! – warknęłam zbyt głośno.
Wilkołaki nas zauważyły. Chłopak, który wcześniej zwrócił moją uwagę, uśmiechnął się.
– Proszę, proszę. Wampirzyca i mąż księżniczki April – powiedział i razem z grupą podszedł bliżej.
Wyjęłam strzałę z kołczanu na plecach i nałożyłam ją na cięciwę.
– Jeśli, któryś z was się zbliży, strzelę do niego – zagroziłam.
Roześmiali się. Jeden z nich zbliżył się do nas.
– Załatwimy ich szybko, nawet nie będziemy musieli się przemieniać… – Zamilkł, gdy ostrze noże zagłębiło się w jego piersi.
Alex wyszarpał broń z rannego likantropa i wbił ją jeszcze raz, w szyję. Przypomniałam sobie, że Mikey chyba oddał mu swój nóż.
– Kto chcę być następny? – zapytał jakby nigdy nic.
Wilkołaki zawarczały i zaatakowały. Bez przemiany potrafiły być silne.
 Posłałam strzałę prosto w serce jednej z dziewczyn i kopnęłam z półobrotu drugą. Czarownik ciął nożem na prawo i lewo pozbawiając tchu likantropów.
Po kilku minutach walki prawie wszyscy nie żyli. Chłopak, na którego zwróciłam uwagę, bronił się dzielnie przed ciosami Alexa. Był od niego szybszy i silniejszy, ale czarownik miał lepszą strategię. Powalił wilkołaka na ziemię i wbił nóż w jego ramię. Miał już zamiar zagłębić go w jego serce, gdy do niego zawołałam:
– Hej, Alex, uczyń mi tą przyjemność!
Zeskoczył z rannego chłopaka i odsunął się od niego. Likantrop wrzeszczał i wił się w męczarniach. Dobrze wiedziałam, jak działa na niego srebro. Widziałam już skutki jego działania na wilkołakach.     
Naciągnęłam strzałę na cięciwę i puściłam, kierując ją w jego kierunku. Chybiłam. Wzięłam jeszcze jedną. Gdy moje palce musnęły crestingu strzały, poczułam moc wibrującą od nich. Coś było nie tak. Posłałam ją w jego ramię, tam gdzie wcześniej zranił go Alex.
Chłopak przestał się wić. Pomyślałam, że umarł, ale po chwili znowu się poruszył. Rozdarta koszula na jego ramieniu ukazywała paskudną, poszarpaną ranę, która zaczęła się już zasklepiać, mimo wbitego w nią grotu. Chłopak patrzył to na skaleczenie, to na mnie.
– Co do… – Zaczął Alex, ale uciszyłam go gestem.
Obraz przed moimi oczami nagle się rozmazał. Kolana się pode mną ugięły, a ja sama straciłam świadomość.

czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział dziesiąty

„Biblia nakazuje nam kochać zarówno naszych bliźnich jak i naszych wrogów. Prawdopodobnie dlatego, ponieważ z reguły są to ci sami ludzie.” 
~ Gilbert Keith Chesterton


Jules


Byłam niezmiernie zadowolona, że nie idą za nią. Wolałam sama załatwić to z Mikey’em. Oczywiście nie miałam pewności, że mnie wysłucha, a tym bardziej wyjaśni o co chodziło z tą dziwną sytuacją, w której się znalazł. Zmienił po niej zachowanie, był chłodniejszy, beznamiętny i po prostu inny niż zwykle.
Wiedziałam, że nie powinnam się obwiniać za to, że go w to wciągnęłam. Gdybym postąpiła inaczej i nie powiedziała mu o niczym i nagle zniknęłabym, po powrocie żądałby wyjaśnień.
Poczułam wściekłość, co dodało mi energii i mój powolny trucht zmienił się w bieg. Miałam dobrą kondycję.
Tak naprawdę to nie miałam pewności, że uda mi się go dogonić. Z tego co pamiętałam, to odszedł w stronę lasu. Nie miałam nic do stracenia, więc również tam pognałam.
Zatrzymałam się dopiero u jego skraju, gdyż bieganie pośród drzew nie było najlepszym pomysłem.
Ostrożnie zanurzyłam się w zaroślach i przeszłam kilkanaście metrów. Roślinność w tym miejscu była tak bogata, że żeby polepszyć mój czas poruszania się w lesie, przydałaby się maczeta do usuwania liściastych przeszkód.
Przypomniałam sobie, że mam ze sobą nóż, więc wyjęłam go i przedarłam się przez kolejne krzewy.
Z perspektywy czasu szukanie tutaj Mikey’a wydało się mi totalnie bez sensu, ale i tak nie miałam ochoty wracać do Alexa i Kayli, co wpakowałoby mnie w kolejne kłopoty. Od dwóch dni ciągle się w nich znajdywałam.
Mimo braku celu, szłam dalej, aż w końcu odnalazłam małą polanę, które występowały tu naprawdę dość rzadko. Było tu dość chłodno, więc otuliłam się szczelniej żółtą bluzą z wesołym delfinkiem posiadającym wyjątkowo kochane, błyszczące oczka. Nie była co prawda kusząca, ale strasznie słodka. Lubiłam kochane rzeczy.
Mój wzrok przykuło miejsce nieporośnięte trawą pod masywną gałęzią dębu. Było na nim wiele śladów, które wyglądały na świeże.
Podeszłam bliżej i przykucnęłam zauważając błyszczący przedmiot. Moja dłoń zanurkowała w ziemi i wydobyła z niej ubrudzony, ale nadal śliczny kolczyk.
Miał on kształt węża z ludzką czaszką i prawdopodobnie gdybym go założyła, owinąłby się wokół mojego całego ucha. Do tego od głowy do miejsca, gdzie wkładało się igłę do dziury w uchu posiadał same kręgi, natomiast zatyczka była już pokryta łuskami.
Jeśli umyłabym go pastą do zębów (wyglądał na srebrny), nadawał się do przygarnięcia.
Gdy wkładałam go do plecaka, moim oczom ukazał się jeszcze jeden przedmiot, którego wcześniej nie miałam okazji dojrzeć, gdyż był częściowo przysypany ziemią. Usunęłam ją i podniosłam na wysokość oczy gruby sznur.
Wstałam i pociągnęłam go za sobą, co ujawniło też, że był długi.
Najbardziej zdziwiło, a zarazem przeraziło mnie to, że na jego końcu tkwił węzeł szubieniczny.  Na dodatek pokryty krwią.
Ktoś najzwyczajniej postanowił sobie ulżyć i szybciej zejść z tego świata niż było mu to pisane.
Dlaczego ludzie próbowali leczyć ból psychiczny agonią z własnej woli? Życie było piękne.
Nigdy się nie cięłam i nie zadawałam sobie świadomie cierpienia. Moje dzieciństwo i okres dojrzewania nigdy mnie do tego nie zmusiły.
Tak jak każda nastolatka miałam takie momenty, że pragnęłam cały dzień zostać w domu, nie widzieć przyjaciół, odizolować się, ale to wszystko trwało tyle co uderzenie zegara.
Po ostatnich wydarzeniach też nie straciłam wiary w pomyślność, którą wróżyła mi teraźniejszość. Po prostu moja wiedza o dzisiejszym świecie nieco się zmieniła, a nie codzienność. Przecież teraz wrócę do domu z mocnymi wrażeniami i zachowam wszystko w tajemnicy. Tak będzie najlepiej.
Nie mniej jednak myśl o wbiciu sobie noża w brzuch wydawała się kusząca. Wiedziałam, że to niedorzeczne, ale uniosłam ostrze i już się nim zamachnęłam, gdy coś mi przeszkodziło.
– Jeśli chcesz się zabić, rozsądniej będzie się powiesić jak ten tu wariant, bo przynajmniej wszędzie nie będzie tyle krwi – usłyszałam czyjś głos.
Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam jasnowłosego chłopaka z odrobinę bladą cerą. Przede mną stał Rowan. Tym razem miał na sobie koszulkę z Jokerem.
 Cofnęłam się do tyłu.
– Co ty tu robisz? – W drżącej ręce uniosłam nóż. Wiedziałam, że nie może się on równać ze zdolnościami czarownika, ale co innego miałam zrobić?
Przypomniały mi się słowa królowej, która wyraźnie dała mi do zrozumienia, że zabijając jej wojowniczkę, dokonałam czegoś prawie niemożliwego. To nie była ludzka zdolność.
Uniósł ręce w geście poddania.
            – Fajna bluza. – Uśmiechnął się, przyglądając się delfinkowi.
Zmrużyłam oczy.
Bałam się. Cholernie bałam się bólu, który opisywał mi Mikey. Uniknięcie tego podczas spotkania z człowiekiem pozbawionym skrupułów i moralności wydawało mi się niemożliwe.
Czy to była zabawa w kotka i myszkę?
            Zawsze mogłam wzbudzić w nim litość jedną z moich najsmutniejszych min przypominających smutnego szczeniaczka przywiązanego smyczą do stojaka na rowery przed sklepem w deszcz.
            Akurat by to pomogło. Jasne.
            Nie zaszkodziło spróbować.
            – Proszę, nie krzywdź mnie – wyszeptałam osuwając się na kolana obok sznura, który tu upuściłam.
            Ku mojemu zdziwieniu nie wyglądał na zadowolonego z okazanego przed nim strachu i respektu.
            – Zostaw mnie – poprosiłam, patrząc na niego wytrzeszczonymi oczami. Parę razy zamrugałam, żeby pojawiły się w nich łzy. Jeśli to nie zmusiłoby go do okazania miłosierdzia, to już nie wiem co.
– Pochwaliłem twoją bluzę – przypomniał spokojnie. – Nie wiem jak to się ma do zrobienia ci krzywdy. Przecież właśnie miałaś zamiar zrobić to sama – zauważył. Zwróciłam uwagę na to, że mówi z lekkim wschodnioeuropejskim akcentem. Podejrzewałam rosyjski, ale nie byłam pewna. – Jesteś masochistką?
– Tak – skłamałam, a widząc cień uśmiechu, który przełknął po jego twarzy, szybko dodałam: – Ale mam HIV.
            – Jasne – odparł i podszedł do mnie bliżej.
            – Czego ode mnie chcesz? – spytałam i ostrożnie wstałam podpierając się pnia drzewa.
            – Chciałaś się zabić, prawda? – Wskazał na moją broń. – Nie powinnaś.
            – Dlaczego mam cię słuchać? – Skierowałam ostrze z powrotem w mój brzuch. Ręce nadal mi drżały.
            – Bo jesteś zdana na moją łaskę – wyjaśnił. W jego głosie słyszałam ironię. Kpił ze mnie, ale nie miało to teraz znaczenia.
            Wiedziałam, że nie ucieknę, że nic mu nie zrobię, że najzwyczajniej nie wyjdę z tego spotkania cała. Włączając to naruszenie cnoty, które także wydawało mi się w tym momencie prawdopodobne.
            – Dlaczego obchodzi cię moja śmierć? – spytałam.
            – Bardzo mnie obchodzi. – Zbliżył się jeszcze trochę. Stał już naprzeciw mnie.
            Był wysoki. Sięgałam mu chyba do szyi.
            Strach ponownie mnie obleciał.
            – Pytanie brzmiało: dlaczego? – powiedziałam piskliwie.
            – Bo to złe wyjście – wyjaśnił przekonującym tonem. Zaglądnął mi w oczy. – Mogę ci zaoferować coś zupełnie innego, lepszego. – Ostrożnie złapał moje dłonie, w których trzymałam rękojeść noża. – Zostaw to.
            Spuściłam głowę, zasłaniając twarz włosami.
            – Puść ten nóż – polecił, stając naprawdę, naprawdę blisko mnie. – Już dobrze? – spytał, gdy opuściłam broń. – Widzisz?
            Skinęłam głową, a gdy wyglądałam już na wystarczająco oswojoną, gwałtownie uniosłam ostrze i zatopiłam je w twarzy Rowana, zostawiając krwawą smugę na jego policzku.
            Jęknął z bólu i odsunął się ode mnie, chwytając za twarz z której trysnęła krew.
            – Cholera, dziewczyno – wydusił, próbując zatamować krwawienie, niestety bezskutecznie, bo czerwona ciecz obficie płynęła.
            Upuściłam nóż, zastanawiając się dlaczego to zrobiłam. Przecież teraz się zemści. Zabije mnie.  
            – Bolało – wydusił po chwili patrząc na mnie z pogardą.
            – Broniłam się – wytłumaczyłam drżącym głosem.
            – A wyglądałem jakbym chciał ci coś zrobić? – Oderwał dłoń od swojego policzka i spojrzał na nią. Mieniła się krwią.
            – Podszedłeś zdecydowanie za blisko – wyszeptałam.
            – To był powód, żeby mnie okaleczyć?
            – Ty zrobiłeś to samo Alexowi i Mikey’owi – usprawiedliwiłam się.
            Zamilkł.
            – Mam ci dużo do opowiedzenia, ale to wymaga żadnych prób zrobienia mi krzywdy – odezwał się po chwili. Jego cierpliwość wisiała na włosku.
            – Słucham – oznajmiłam, chowając broń za pasek od spodni. Mimo wszystko wolałam mieć ją przy sobie.
            – Czy nie zastanawiało cię dlaczego umiesz tak dobrze zabijać, gdy właściwie nie jesteś tego świadoma podczas gdy nigdy nie uczyłaś się jak walczyć? – spytał.
            – Ja… tak. – Skinęłam głową. – Skąd o tym wiesz?
            – Mam swoje źródła – przyznał sycząc z bólu. Pewnie go to piekło. Ale zasłużył.
            – Królowa syren wypuściła cię, bo obawiała się zemsty ze strony człowieka, który jest nazywany Omnemalumem – kontynuował. – Pewnie nie uwierzysz mi za pierwszym razem, ale…
            – Królowa powiedziała, że gdyby mój ojciec wrócił, zemściłby się za to – mruknęłam przypominając sobie jej słowa.
            – Dobrze kombinujesz.
            – Ojciec to jakiś szyfr?
            – Nie.
            – Chcesz powiedzieć, że… to niedorzeczne, ale ktoś inny jest moim ojcem niż Curtis Cairstairs?
            – Tak.
            – Nie wierzę ci.
            – Wiem – przyznał wzruszając ramionami. – Ale mogę udowodnić ci, że mówię prawdę, wiesz?
            – Powiedz mi nagle kto to jest.
– Omnemalum urodził się jako Wyklęty i nazywał się Adrien Scott. Inne w pełni nadprzyrodzone istoty śmiały się z jego marnych umiejętności. Przysiągł im, że kiedyś się zemści, że zmieni cały świat i spełnił obietnice. Nazwano go Omnemalum. Zawarł pakt z którymś z pomniejszych rozumnych demonów i stał się w połowie jednym z nich. Ożenił się z inną Wyklętą, która miała już dziecko z śmiertelnikiem. Razem mieli córkę, której nigdy nie odnaleziono. Miała być inna niż większość istot żyjących na tym świecie. Miała być maszyną do zabijania jak większość demonów, ale także posiadać moralność. Omnemalum zabił wszystkich swoich prześladowców i został za to skazany na śmierć tak jak jego żona. Jednak skoro był w połowie demonem, ma prawo powrócić na ten świat. Do tego potrzebne mu sto zwolenników, których ja zbieram – wyjaśnił.
Kolana ugięły się pode mną.
A co jeśli to prawda? Że byłam córką Jego. Wszystko z opisu się zgadzało. Mógł kłamać.
– Dlaczego to robisz? Dlaczego mu pomagasz? – zapytałam słabym tonem.
– Bo nie podoba mi się porządek, jaki panuje na tym świecie. Dlaczego czarownicy, wampiry i inni wywyższają się nad innych? Może sam jestem jednym z nich, ale to nie jest w tej chwili ważne. Ty też możesz się do nas przyłączyć.
Skrzywiłam się.
– Nie, dzięki.
– Nie chcesz w końcu poznać swojego prawdziwego ojca?
Zamarłam. Nadal nie byłam skłonna w to uwierzyć.
– On bardzo chciałby cię poznać. Ostatnio widział cię, gdy byłaś jeszcze w kołysce – zachęcał mnie.
– Jak chcesz mi to udowodnić? Możesz kłamać.
– Mogę przysiąc.
– Zabierzesz mnie do niego, a po rozmowie puścisz wolno?
– Tak – powiedział stanowczo. – Wierzysz mi i pójdziesz ze mną chętnie – dodał zaglądając mu w oczy.
I nagle stwierdziłam, że ma rację. Powinnam poznać swojego ojca. Musiałam go poznać.
– Wierzę ci i pójdę z tobą chętnie – stwierdziłam.
Uśmiechnął się.
– Wiedziałem, że się dogadamy.

czwartek, 12 grudnia 2013

Rozdział dziewiąty

„Prawdziwy przyjaciel to osoba, która potrafi stanąć naprzeciw Ciebie i wygarnąć Ci wszystkie Twoje najgorsze wady, patrząc Ci prosto w oczy.”


Jules

Gdy dopłynęliśmy do brzegu, oddaliśmy motorówkę, kupiliśmy nowe ubrania w sklepiku z pamiątkami, osuszyliśmy się w jakiejś nadmorskiej knajpce i zjedliśmy coś, poza Kaylą, która nie trawiła niczego oprócz krwi.
W środku panował przytulny nastrój w iście hawajskim stylu.  Kelnerki nie nosiły staników ze skorupy kokosów oraz spódniczek z trawy, ale i tak było nieźle.
– Więc mówicie, że tak po prostu dała wam odejść? – spytał z niedowierzeniem Mikey, gdy rozmawialiśmy.
Byłam pewna, że tamci nie słyszeli mojej pogawędki z królową. Nie było sensu utrzymywać jej w tajemnicy.
– Powiedziała, że puści nas dwie, chociaż jesteśmy kobietami, bo mogłaby mieć kłopoty przez naszą śmierć – wyjaśniłam. – Ty jesteś córką Montgomery’ego, ale ja? Może mnie z kimś pomyliła. – Wzruszyłam ramionami, uznając, że to mało prawdopodobne, pamiętając co mówiła królowa.
            – Może. – Alex zaczął bawić się solniczką. – Najważniejsze, że nadal jestem szczęśliwym singlem. I to żywym, nie pożartym.
            – A co z Jules? – Kayla uniosła brew i uśmiechnęła się kpiąco.
            – Co? – Wcześniej słyszałam ich rozmowę, ale niezbyt się nią interesowałam. Ciągle myślałam o tym, że kogoś zabiłam. I to z taką łatwością, kiedy nigdy wcześniej nie trzymałam w dłoniach broni.
Reszta popatrzyła na mnie pytająco.
– Pocałowaliście się. – Dziewczyna mrugnęła do mnie.
– Eksperymentalny całus – burknęłam, wywracając oczami. – Z nim też tak mogę. – Wskazałam na Mikey’a. – Z tobą też.
– Chętnie popatrzę – wtrącił Alex.
Wzruszyłam ramionami i przysunęłam się do Kayli, ale moje plany pokrzyżował głos Mikey’a:
– Też chciałbym to zobaczyć, ale Jules, musimy o czymś porozmawiać – mruknął. – Na osobności – dodał.
– Okej. – Puściłam oczko wampirzycy i ruszyłam za przyjacielem.
– Hej, nie zostawiaj mnie z nim samej! – usłyszałam za sobą głos dziewczyny, ale ją zignorowałam.
Opuściliśmy bar i poszliśmy w stronę brzegu. Było na niej pusto, poza kilkoma spacerowiczami i jednym żebrakiem zaczepiającym ich. Słońce już wschodziło nad oceanem. Musiałam przyznać, że robiło tak samo fantastyczne wrażenie jego zachód, który widziałam w zeszłym roku na wakacjach w Californi.
– No więc? – zaczęłam.
– Nie podoba mi się, że zadajemy się… z nimi. – Wskazał knajpę. – Nie podoba mi się, że mnie w to wplątałaś, ale to znoszę. Powinniśmy już dawno wrócić do domu.
– Kiedy? – Zmarszczyłam brwi. – Gdy mieliśmy zamiar to zrobić, porwały nas wampiry. A potem dowiedzieliśmy się o Aleksie. Uważasz, że nie powinniśmy go ratować? – Spojrzałam na niego z niedowierzeniem.
– Czy on zrobiłby to samo dla ciebie?
Wzruszyłam ramionami.
– Nieważne – burknęłam. – Ale ty naprawdę tak uważasz, prawda? Gdyby tak nie było, nie pozwoliłbyś, żeby lesbijski pocałunek nie doszedł do skutku. – Zaśmiałam się chłodno.
– Już dzisiaj powinniśmy być w domu – powiedział lodowatym tonem. – Wiedziałem jednak, że to potrwa o wiele dłużej, więc żeby uchronić od tego wszystkiego Leach, zerwałem z nią…
– Zaraz, zaraz. Byliście parą? – Uniosłam brew.
– Powiedziałem jej, że to dlatego, że ty mi się podobasz – prychnął. – Bo co? Miałem powiedzieć jej prawdę? Tak czy inaczej, gdybyś ty mnie w to nie wciągnęła, tego wszystkiego by nie było.
– Człowieku, czy ty siebie słyszysz? – wybuchłam. – Moja wina? – powtórzyłam piskliwie. – Dlatego że znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze?
– Chciałaś się w to zagłębiać. Wtedy, gdy zostawiłaś mnie samego na dworcu.
– A ty byś nie chciał? – Zacisnęłam dłonie w pięści. – Myślałam, że mam psychozę czy coś!
– Tak, dałbym sobie spokój.
– To ty jesteś Wyklętym i nie wiesz nawet co potrafisz. To też jest moją winą?
– Gdyby nie to, to pozostałoby tajemnicą i wszystkim nam żyłoby się o wiele lepiej.
– Wiesz co? – Wzięłam głęboki oddech. – Nie mam do ciebie siły. Jesteś totalnym hipokrytą… – urwałam, go zaczęło się dziać coś bardzo niedobrego.
Mikey zgiął się w pół i opadł na kolana. Chwycił się za gardło i zwymiotował na ziemię. Uklękłam obok niego i objęłam go ramieniem.
– Mikey, co się dzieje? Mam iść po Kaylę? Ratunku! – zawołałam, ale żaden z przechodniów nawet na mnie nie spojrzał.
Chłopak zaczął się dziwnie trząść, a po chwili znieruchomiał. Odepchnął mnie i zataczając się wstał z gruntu. Także wstałam otrzepując spodnie.
Dlaczego się tak zachował? Co mu było?
– Wszystko w porządku? – Próbowałam dotknąć jego ramienia, ale odtrącił jej rękę.
– W porządku? Nie, nic nie jest w porządku – warknął.
Patrzył na mnie z czystą nienawiścią.
– Nie rozumiem, dlaczego…
– Wiesz co, zmieniłem zdanie. Możesz się zadawać z kim chcesz. Ja chcę mieć normalne życie. Chcę naprawić to, co ty w nim spieprzyłaś! Nie obchodzi mnie kim dla ciebie jestem, bo ty jesteś dla mnie nikim – warknął na mnie, odwrócił się i zaczął się oddalać.
– Gdzie idziesz? – krzyknęłam do niego ze łzami w oczach.
Nawet się nie zatrzymał. Stałam tak jeszcze chwilę, ale kiedy zniknął mi z oczu, wróciłam do środka knajpki.
Przez cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje.

Alex

Drzwi baru się otworzyły. Spojrzałem w tamtym kierunku. Stała w nich Jules z policzkami mokrymi od łez. Mikey’a nigdzie nie było widać. Wyglądało na to, że się pokłócili.
Ja i Kayla popatrzyliśmy po sobie. Myśleliśmy tak samo.
Towarzyszka nawet na nas nie spojrzała tylko ruszyła do łazienki.
– Stawiasz, że co się stało? – zwróciłem się do wampirzycy. – Serio, gdzie on mógł pójść?
– No jak to? Do domu.
Wtedy wróciła Jules. Miała zaczerwienione oczy i pociągała nosem.
– Gdzie poszedł Wyklęty? – zapytałem.
Dziewczyna rzuciła mi mordercze spojrzenie.
– Powiedział, że spieprzyłam mu życie i po prostu odszedł. – Wyglądała, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale się rozmyśliła.
– Przykro mi – powiedziała Kayla.
– Nie to mi jest przykro, że mu wtedy powiedziałam co widziałam i go w to wciągnęłam. Przepraszam, ale muszę jednak za nim iść.

No i ponownie opuściła knajpę.

czwartek, 5 grudnia 2013

Rozdział ósmy

„Każdy, kto wra­ca do do­mu z po­la bit­wy, jest przegrany.”


Jules


– No to co ja mam tam niby napisać? – zapytałam.
– Żeby przedłużał to wesele najdłużej jak będzie mógł – podpowiedziała Kayla.
– Dobra – mruknęłam i zaczęłam pisać.
Podpisałam się imieniem i wrzuciłam karteczkę do butelki, a następnie zakręciłam ją korkiem. Mikey wziął ją ode mnie i wrzucił w morskie fale.
Wampirzyca kupiła od jakiegoś zaprzyjaźnionego handlarza niezwykłych roślin (nie marihuany, chociaż podejrzewałam, że ją też ma) glony, które pozwalały oddychać pod wodą. Niestety było ich tylko tyle, że starczyło na jedną osobę, więc postanowiliśmy, że Mikey zostanie na motorówce i w razie naszej długiej nieobecności, zawróci po pomoc (podanych przez Kaylę wampirów, którzy byli gotowi nam pomóc, a tak przynajmniej twierdziła). Natomiast ona nie potrzebowała tych wodorostów wcale, ponieważ nie musiała oddychać wcale.
Następnie wypożyczyliśmy motorówkę i teraz znajdowaliśmy się bardzo daleko od lądu, dryfując na powierzchni Oceanu Atlantyckiego.
– Płyń do Alexandra Wright… A raczej do jego plecaka – dodał chłopak po namyśle. To byłoby podejrzane, gdyby nagle butelka pojawiłaby się obok niego. Wydalibyśmy sami siebie.
            – Powinno działać pół godziny, więc musimy się sprężać. – Wyciągnęła rośliny na dłoni. Wzięłam jedną. – Po zjedzeniu od razu wskakuj do wody
– Na zdrowie – burknęłam i wepchnęłam glony do ust. Smakowały ohydnie.
Zaczęłam się krztusić, więc łapiąc za gardło przechyliłam się za barierkę motorówki i niezgrabnie wpadłam do wody.

Zoe

Wolałabym w tej chwili być gdziekolwiek, naprawdę gdziekolwiek indziej niż tutaj. Głupia Jasmine kazała mi pomagać przy dekorowaniu sali tronowej, gdzie dzisiejszego dnia miało się odbyć królewskie wesele. Na szczęście już kończyłam układać glony w wazonach niczym kwiaty, co wydawało mi się idiotyczne. Moje życie było idiotyczne. Każdego ranka budziłam się z nadzieją, że mój ukochany tryton po mnie wróci. Minęły już trzy lata od kiedy pomogłam mu uciec z tego królestwa. Żegnając się ze mną obiecał, że wróci. Do tej pory nie miałam od niego żadnych wieści.
Gdy skończyłam ozdabiać szwedzki stół z potrawami z glonów, owoców morza i tym podobnych, wypłynęłam z sali niespostrzeżenie, bojąc się, że Jasmine przydzieli mi kolejne zadanie.
Gdy opuściłam pałac, nikogo nie zastałam na zewnątrz. Wszyscy szykowali się na ślub.
Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam butelkę próbującą się dobić do drzwi mojego domu. Może to od niego!
Chwyciłam ją, wpłynęłam do domu i odkorkowałam. Poczułam rozczarowanie, gdy zobaczyłam, że to nie do mnie. Jednak postanowiłam przeczytać.
Kochany Aleksie!
To ja, Jules. Właśnie się dowiedziałam, że jednak przeżyłeś ten upadek z klifu i słyszałam też co nieco o dzisiejszym przyjęciu. Nie martw się! Płyniemy ci na odsiecz! Staraj się przedłużać ten ślub na tyle ile będziesz mógł!
Z początku nie rozumiałam o co chodzi. Nie wiedziałam kim jest Jules. Zrozumiałam tylko to, że wiadomość miała dojść do pana młodego. Postanowiłam mu ją zanieść.
Opuściłam dom i skierowałam się w stronę okien cel wychodzących na zewnątrz. Dobrze znałam tą drogę. Okazało się, że pan młody został umieszczony w tej samej celi, co mój ukochany.
Zaglądnęłam przez zakratowane okno. Chłopak spał. Wyglądał uroczo, przyciskając dłoń do ust i podkulając kolana.
– Hej, ty! – krzyknęłam.
Chłopak zerwał się z łóżka i spojrzał na mnie.
– O co chodzi? – zapytał przecierając oczy.
– Przyszła do ciebie wiadomość. Od Jules.

Rowan

Zakląłem cicho.
– Została wprowadzona w ten świat przez niewłaściwą rozmowę – powiedział głos niepochodzący znikąd.
Leach skinęła głową.
– I nie zaufa komuś takiemu jak ty, Malarkey – dodał głos.
– To wina mojego brata – wyjaśniłem zaciskając zęby.
– Więc trzeba będzie ją przekabacić na naszą stronę pod lekkim przymusem.
– Czyli? – Westchnąłem.
– Sprowadźcie tu jej przyjaciela, a ona na sto procent przyjdzie go uratować. Przecież tak samo postąpi z twoim bratem.
– To prawda, ale on także nie będzie chciał przejść na naszą stronę. Za dużo tłumaczenia. Jego też trzeba będzie sprowadzić siłą – uznałem.
– Niekoniecznie. Nawdychał się za dużo świństw, żeby już zawsze stać w blasku światła. Jego umysł ma szparę w którą możemy się wedrzeć i nad nim zapanować.
– Za późno. Demony już wkradły się w jego umysł – usłyszeliśmy.
Ktoś bezszelestnie wszedł do pokoju. Było w nim ciemno, więc postać można było zobaczyć dopiero, gdy ukazał się w kręgu światła, wydawanego przez świecę.
– Bryant – mruknąłem z niechęcią i znudzeniem.
Ciemnowłosy chłopak spojrzał na mnie. W blasku świecy był blady jak papier.
– Malarkey, widzę, że w przeciwieństwie do ciebie ja wykonałem przydzielone mi zadanie – mruknął obojętnie. – Obserwowałem go cały czas. Wiem, że demony nie tylko wkradły się do jego umysłu, ale także częściowo zaczęły go kontrolować. Mogę je wezwać i…
Wszyscy z moim wyjątkiem pokiwali głowami.
– Bez zbędnych wstępów zaczynam – oznajmił wampir i dotknął swojego pierścienia.
Rozbłysło się światło i przed naszymi oczami ukazał się demon, wyglądający całkiem normalnie. Był to wychudzony człowiek ze splątanymi włosami i brudnymi paznokciami.
– Wygląda jak wampir – mruknąłem, a Bryant na mnie warknął. Nie tak zwyczajnie, tylko jak pies czy inne zwierzę.
– Potrafisz panować nad umysłami wszystkich istot nie do końca ludzkich? – zapytał w demonicznym języku.
Stwór pokiwał głową.
– Następne pytanie powinno brzmieć: Czego chce w zamian. On nie jest taki jak Tardusmortemy. Capenes mają własną wolę i nie należą do nikogo – podpowiedział głos.
– Czego chcesz w zamian? – zadał mu pytanie Bryant.
Capenes przyjął zamyśloną pozę. Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat.
– Chcę jedno szczęśliwe wspomnienie. Inaczej nie zgodzę się wam pomóc.
Bryant odwrócił się do reszty.
– Kto daje?
Leach wystąpiła z szeregu.
– Chcę się pozbyć jednego.
– Więc kiedy podasz rękę Capenes, musisz o nim pomyśleć. Zapomnisz je na zawsze  – wytłumaczył Rowan.
– Zgoda.
Dziewczyna podeszła do demona i podała mu dłoń. Patrzyłem tylko jak się spina, zamyka oczy i po chwili się rozluźnia.
– No więc idę wykonać zadanie – powiedział Capenes i zniknął.

Alex

Czytałem to i czytałem. Dowiedziałem się, że Jules żyje. Czułem, że to ona pisała po tej kartce. Teraz miałem siłę, żeby pokonać całą armię demonów. Świadomość, że wszystko będzie dobrze wskrzesiła coś w moim sercu.
– Dziękuję – powiedziałem do Zoe.
– Nie ma za co. – Co chwila patrzyła tęsknie w inną stronę. – Muszę już wracać do domu. Powodzenia.
I odpłynęła. Zastanawiałem się za czym tak tęskniła. Wtedy drzwi celi się otworzyły i stanęły w nich dwie strażniczki.
– Mamy rozkaz zabrać cię stąd i przekazać damom dworu by przygotowały cię do ceremonii – powiedziała jedna beznamiętnie.
Wzruszyłem ramionami i pozwoliłem się wyprowadzić z lochów. Popłynęliśmy tą samą drogą co wczoraj. Dotarliśmy do dużego pokoju, który musiał być garderobą. Czekały tam już na nas Jasmine i trzy inne syreny. Strażniczki puściły mnie i wypłynęły z pokoju.
– Jaki kolor do niego najbardziej pasuje? – zapytała jedna z dam dworu.
Jasmine przyjrzała mu się uważnie i opłynęła go na około.
– Myślę, że szary – mruknęła i podpłynęła do ogromnej szafy.
Otworzyła ją, a moim oczom ukazały się miliony garniturów, fraków i innych ślubnych głupot we wszystkich kolorach. No jasne, przecież nie byłem tu pierwszym „panem młodym”.
Jasmine wybrała dla mnie szarą wełnianą marynarkę i spodnie do kompletu. Inna syrena wyciągnęła prostą białą koszulę i brązowy krawat. Podały mi te wszystkie idiotyczne ubrania i kazały się w nie ubrać w przebieralni. Mimo, że znajdowaliśmy się pod wodą, ciuchy nie sprawiały wrażenia mokrych.
Przebrałem się i spojrzałem w swoje odbicie w lustrze. Wyglądałem jak nie-ja. Chyba pierwszy raz w życiu ubrałem się tak elegancko. Byłem blady i wychudzony.
Podczas swojego pobytu tutaj udało mi się zjeść parę wodorostów, które podali mi w więzieniu. W jednym z nich znalazłem igłę, która prawdopodobnie była „ukrytą” groźbą. Więcej ich nie ruszyłem.
Moją twarz zdobiły cienie pod oczami i zmęczone spojrzenie. Miałem dość swojego widoku, więc wyszedłem z kabiny.
– No, jest cudnie. – Uśmiechnęła się jedna z syren. – Za dwie godziny po ciebie przyjdziemy. Musimy teraz pomóc przygotować się księżniczce.
No i wypłynęły. Usłyszałem szczęk zamykanych drzwi. Usiadłem na jakiejś skrzyni i oparłem łokcie na kolanach. Miałem nadzieję, że Jules się pojawi zanim będę musiał powiedzieć „tak”.
***
Po dwóch godzinach drzwi garderoby się otworzyły. Tym razem stała w nich królowa.
– Już czas.
Niechętnie do niej podpłynąłem. Patrzyła na mnie z zachwytem i czymś jeszcze. Wzięła mnie pod ramię i wyprowadziła z garderoby. Miała na sobie prostą asymetryczną suknię w kolorze słońca, co lekko mnie zdziwiło. Bałem się, jak będzie wyglądała panna młoda.
Wpłynęliśmy do sali tronowej, przygotowanej na ślub. Zemdliło mnie, gdy zobaczyłem te wszystkie dekoracje i odświętnie ubranych gości.
Jules przyjdź już, błagam, pomyślałem.
Ślubu miała udzielać Jasmine. Unosił się w wodzie przy czymś co wyglądało jak ołtarz. Gdy goście nas zobaczyli, zaczęli wiwatować. Podpłynąłem (nadal z królową) do syreny.
Ktoś zatrąbił w muszlę i krzyknął:
– Oto księżniczka April!
Goście znowu wydali okrzyki aplauzu. Wtedy moim oczom ukazała się księżniczka. Miała na sobie piękną tiulową suknię, spod której nie było widać ogona. Jej długi welon unosił się w wodzie niczym na wietrze.
Przełknąłem ślinę.
Zbliżała się powoli uśmiechnięta. Gdy podpłynęła do mnie, Jasmne związała jej ręce z moimi, wodorostami. Dziwne miały tradycje te syreny.
– Czy ty, księżniczko April, moja córko, bierzesz tego tutaj Alexandra Tristana Wright za męża?
– Tak – odpowiedziała księżniczka.
Zadrżałem. Teraz była moja kolej. Rozejrzałem się po sali.
– Czy ty Alexandrze Tristanie Wright, bierzesz księżniczkę April za żonę?
Wtedy ją zobaczyłem. Unosiła się w wodzie przy szklanym oknie na zewnątrz i machała do mnie. Najwyraźniej nikt jej nie widział.
– TAK! – wrzasnąłem uradowany i uniosłem ręce do góry, uwalniając się przy tym z wodorostów pętających nasze nadgarstki.
Dopiero po chwili zdałem sobie z czegoś sprawę.
– Więc ogłaszam…
No i wtedy okno eksplodowało. Do środka wpłynęła Jules.
– Przerwać ceremonię! – krzyknęła mało oryginalnie.
Za nią wpłynęła jeszcze jedna postać. Jedną była około siedemnastoletnia dziewczyna o czarnych włosach i bladej cerze.
Naciągnęła strzałę na łuk i posłała do szwedzkiego stołu. Grot przebił jakiś morski owoc, ale nawet nie zwolnił. Strzała poszybowała w wodzie w stronę księżniczki i zerwała z jej głowy welon przyszpilając go do ściany. April wydała okrzyk oburzenia.
 Tłum gości był za bardzo zdumiony, żeby zareagować.
– Kto śmie przerywać świętą ceremonię? – warknęła księżniczka. Ręce zaczęły jej drżeć. Pomyślałem, że ma jakieś problemy z psychiką.
Gdy podpłynęli blisko mnie, rozpoznałem kim jest czarnowłosa dziewczyna.
– Serio? – Uniosłem brwi. – Wzięłaś ze sobą wampira?
Jules popatrzyła na mnie gniewnie.
– Może jest wampirem, ale ma imię.
Wampirzyca udała zdziwioną.
– Naprawdę?
Po chwili Jules podpłynęła do mnie i przytuliła mnie najmocniej jak potrafiła. Pogłaskałem ją po włosach lekko zdziwiony.
– Żyjesz, tak się cieszę. – Odsunęła się ode mnie. – Aż mam ochotę cię pocałować.
– Śmiało. – Posłałem jej uśmiech.
Nasze oczy przecięły się wzrokiem pełnym... Właśnie, pełnym czego? Rozbawienia? Nie dało się tego stwierdzić. Patrzyliśmy się tak na siebie kilka sekund aż wreszcie lekko się pochyliłem. Wzdrygnęła się. Musnąłem jej usta swoimi wargami. Były słone od morskiej wody.
No i wtedy wszystko eksplodowało.
Słone.
Słyszałem krzyki.
Słone.
Poczułem, że coś ostrego zagłębia się w moich plecach.
Słone.

Jules

Wiedziałam, że znajduję się w środku pandemonium, ale to nie było chwilowo dla mnie ważne.
Wtedy poczułam, że Alex nie odwzajemnia pocałunku. Osunął się w moich ramionach i zakaszlał. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że woda wokół nas jest zabarwiona na czerwono.
Ujrzałam, że królowa syren wyszarpuje trójząb z pleców Alexa. Chłopak opadł na kolana. Unosiłam się w wodzie nie mogąc przyjąć do świadomości tego, co się przed chwilą wydarzyło. Uklękłam obok czarownika i objęłam go ramieniem. Nie mogłam nic poradzić. Dopiero go odzyskałam, a znowu miałam go stracić.
Wtedy znalazła się obok mnie Kayla. Miała podarte ubranie i kilka niewielkich ran na ciele.
– Osłaniaj mnie – mruknęła.
Nie wiedziałam, co ma zamiar zrobić z umierającym chłopakiem, ale postanowiłam jej zaufać.  
Jedna z syrenich wojowniczek ruszyła ku mnie.
Ścisnęłam mocno sztylet. Nie potrafiłam walczyć, nie potrafiłam zabijać. Bałam się tego.
A ta syrena trzymała miecz mierząc w moją twarz. Musiała trafić. Nie trafiła. Nie zdążyła się zasłonić. Cięłam ją z wypadu, przez pierś i brzuch. I od razu odskoczyłam chlastając zgiętą wojowniczkę po szyi. Syrena wyrżnęła czołem o ołtarz i szybko skonała.
Zamrugałam.
To niemożliwe. To na pewno nie byłam ja. Nie umiałam walczyć.
A jednak. Syrena nadal była martwa.
Czyżby uwolnił się we mnie jakiś instynkt mordercy?
Za długo unosiłam się w wodzie tak otępiała, bo królowa chwyciła mnie za brzeg koszulki i przytkała trzy ostra trójzębu do mojej szyi. Bolało niemiłosiernie.
            – Kim jesteś? – spytała wściekłym tonem. – I jak udało ci się zabić jedną z moich najlepszych wojowniczek?
            – Jules – powiedziałam drżącym głosem.
            – Wpadłaś w morderczy szał i przyszło ci to z niezwykłą łatwością – zauważyła. – Tylko demony były dotychczas do tego zdolne. – Zmrużyła oczy.
            – Przepraszam – wypaliłam.
            – Przepraszam? – powtórzyła zaśmiewając się. – Ty i twoja wampiryczna przyjaciółka jesteście kobietami, więc w gruncie rzeczy, powinnyśmy was pożreć, ale sądzę, że to może się niezbyt dobrze dla mnie skończyć, kiedy twój tatuś wróci.
– Co? – Zmarszczyłam brwi.
Ale ona już nie odpowiedziała, tylko odwróciła do zbliżających się w stronę Kayli i Alexa strażniczek.
– Zostawcie ją – poleciła.
– Ale mamo… – zaczęła księżniczka, ale ta uciszyła ją gestem.
– Odejdźcie – poleciła władczyni, a widząc nasze osłupiałe miny podniosła głos: – Już!
Zerknęłam na Kaylę, a ona tylko wzruszyła ramionami i przerzuciła sobie chłopaka przez plecy i jak gdyby nigdy nic opuściła salę tronową, a ja poszłam za jej przykładem.
Poczułam, że po chwili oddychanie pod wodą sprawia mi więcej kłopotu, wiec szybko skierowaliśmy się ku powierzchni.
Gdy ją przebiliśmy, Alex się obudził kaszląc. Kayla poklepała go mocno po plecach, żeby się uspokoił.
– Ty umiesz uzdrawiać – szepnął chrapliwym głosem, gdy Mikey pomagał mu wejść na pokład motorówki. Następnie i my się na nią wdrapałyśmy.
– Spostrzegawczy jesteś – mruknęła.
Wtedy coś przebiło taflę wody.
– Mój plecak! – krzyknął uradowany Alex.
– Ta, plecak jest najważniejszy – zakpiła wampirzyca.
Blondyn uważnie się jej przyjrzał.
– Jesteś dziwnie chuda. Kiedy ostatnio piłaś krew?
– A ty, kiedy ostatnio używałeś swoich szarych komórek? – odszczeknęła.
Czarownik udał, że długo nas tym myśli.
– Gdzieś w lutym.
– To widać – dodała.
– Odpowiesz w końcu na pytanie? – zapytał zniecierpliwionym tonem.
– Nie. – Uśmiechnęła się.
– Nie, to nie – syknął.
– Słyszałam, że jesteś czarownikiem.
– No bo jestem.
– A ja jestem adoptowaną córką króla wampirów, Anthony’ego Montgomery’ego – wyjaśniła. – Kłaniajcie się przede mną.
Zamrugałam. To o nim mówili krwiopijcy więżący mnie i Mikey’a.
– Wasza wysokość – rzucił Alex z sarkazmem i skłonił się nisko.
– Kretyn. – Wywróciła oczami.
– Czemu nam o tym nie powiedziałaś? – Pierwszy raz odezwał się Mikey.
– Sama nie wiem. Nie ufałam wam na początku. Jemu nadal nie ufam. – Wskazała na Alexa, a on zrobił minę zbitego psa. – Uciekłam z mojego klanu, ponieważ mój ojciec chciał mnie wydać za mąż za innego wampira, który był takim idiotą, że ja nie ręczę za siebie.
– Znam ten ból – odezwał się czarownik.