czwartek, 28 listopada 2013

Rozdział siódmy

„Przy­jaciel to oso­ba, której mówiąc: ko­goś za­biłem, on zapyta: Gdzie za­kopiemy ciało?”


Jules

Byliśmy już daleko od dworca autobusowego. Po drodze opowiedziałam wszystko przyjacielowi. Od mojej pogoni za Alexem aż do momentu jego śmierci.
On opowiedział mi o swoim spotkaniu w cztery oczy z Rowanem. Perspektywa dotknięcia takim bólem jaki mi opisał, nie była zachęcająca. Co z tamtym chłopakiem było nie tak? Wciągnął nas obu do jakiejś dziwnej gry w świecie, o którym naprawdę mało wiemy.
Do tego Mikey wyjawił mi, że czarownik nazwał go Wyklętym, co oznaczało, że jest dzieckiem Istoty Nadnaturalnej i śmiertelnika. Dlatego odbierał te wszystkie bodźce jako coś nienaturalnego.
Gdy szłam z Mikey’em pustą ulicą, coś zakłuło mnie w środku. Zadrżałam i pociągnęłam nosem.
– Jest ci zimno? – zapytał mój towarzysz.
Tego już było za wiele. Obwiniałam się za śmieć Alexa. Gdyby nie przyjechał ze mną tutaj, by to go nie spotkało.
Z drugiej strony, nasłano na niego demony. Mógł zginąć i tak.
Nadal miałam na sobie jego szarą bluzę z GAP. Wiedziałam, że znałam go bardzo krótko, ale zrobił dla mnie dużo.
– Nie – powiedziałam po chwili, przypominając sobie, że chłopak zadał mi pytanie.
Mikey wzruszył ramionami i nic już nie mówił.
Nagle usłyszeliśmy jakiś szelest. Było już ciemno, więc nawet nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Gdyby nie latarnie umieszczone po prawej stronie ulicy, moglibyśmy równie dobrze iść z zamkniętymi oczami.
– Ktoś tutaj jest? – spytał chłopak.
Wtedy w krąg światła latarni z cienia wyszły cztery postacie. Wszystkie były blade, wychudzone i ogólnie, gdyby zobaczyłoby się ich śpiących można by było pomyśleć, że są martwi. W ich oczach kryło się szaleństwo i żądza mordu. Byli to trzej mężczyźni i kobieta. Mimo opłakanej higieny można by było powiedzieć, że chociaż przypominają ludzi.
Jeden z nich, wysoki blondyn uśmiechnął się ukazując ostre kły.
– No, no. Kogo my tu mamy? – odezwał się chrapliwym głosem.
Mikey przełknął ślinę. Bał się. Ja też
– Zostawcie nas w spokoju – rzekł niepewnie.
Tym razem odezwała się dziewczyna. Miała splątane brązowe włosy i bliznę na lewym policzku.
– Naruszyliście nasz teren. Musimy was zabrać do naszego przywódcy, jeśli spróbujecie uciec, zabijemy was.
Zmarszczyłam brwi.
– Nie wiedzieliśmy, że tutaj jest wasz teren. – Powinnam rozegrać to tak, żeby nie okazać własnych słabości: niewiedzy i strachu.
– Każdy Wyklęty go rozpoznaje – mruknął wampir z kędzierzawymi czarnymi włosami. – Chyba, że… jesteście nowi.
– To znaczy, że nas puścicie? – Uśmiechnęłam się krzywo.
            Parsknęli śmiechem. To był nasz koniec.
W tym czasie wampiry zaczęły wiązać nam ręce.
– Żadnych sztuczek, bo powyrywam wam głowy i będę używać ich jako pojemniki na przybory biurowe – wycedził czwarty wampir z dredami.
Nawet nie miałam zamiaru próbować. Z filmów wiedziałam do czego zdolne są wampiry. Musiałam też przyznać, że zanim poznałam tych tutaj, inaczej wyobrażałam sobie krwiopijców. Zawsze myślałam, że to dostojne, pełne gracji postacie, a nie brudne wycierusy. Z drugiej strony tak jak ludzie dzielili się na bogatych i biednych, tak takie zasady mogły panować również w tym społeczeństwie.
Nie szliśmy zbyt długo, gdyż miejsce, do którego mieliśmy się udać stało zaledwie kilometr dalej.
Okazała się nim wielka wiktoriańska budowla, która mogła być kiedyś uważana za ładną, ale teraz była to straszna rudera. Znałam takie miejsca z horrorów o nawiedzonych domach. W sumie moja sytuacja nie wiele różniła się od tych filmowych.
Wampiry otworzyły wielkie mahoniowe drzwi i weszły z nami do środka. Wampirzyca ze splątanymi włosami wcisnęła guzik kontaktu i korytarz natychmiast rozświetlił wysoko osadzony żyrandol.
Na orientalnym dywanie było mnóstwo kurzu i wszędzie walały się brudne szmaty. W całym pomieszczeniu cuchnęło potem, zgnilizną i krwią. Zrobiło mi się niedobrze.
– Co właściwie chcecie z nami zrobić? – odezwał się Mikey.
Żaden wampir nie odpowiedział. Poprowadzili nas w głąb korytarza, a następnie do siódmego pokoju po prawej stronie. Była to klatka schodowa z gobelinami wywieszonymi na ścianach. Na każdym starannie została wyszyta litera M.
– Co oznacza to „M”? – zapytałam zanim zdołałam ugryźć się w język.
– Montgomery. To nazwisko naszego władcy, króla, tak można to określić. Wyklęty powinien o tym wiedzieć – wytłumaczył blondyn.
Mikey zignorował go, patrząc się w swoje smętnie poruszające się stopy.
Gdy zeszliśmy trzy piętra w dół, moim oczom ukazały się brudne i śmierdzące lochy. Nie widziałam różnicy między nimi, a resztą tej ponurej budowli.
Wampirzyca otworzyła skrzypiące nieznośnie drzwi celi i nakazała wepchnąć nas do środka.
Nawet nie uwolniono nam rąk. Jakbyśmy mieli szansę cokolwiek zrobić.
Krwiopijca z kędzierzawymi włosami zamknął drzwi celi na klucz, schował go do kieszeni spodni, przysunął sobie krzesło pod wejście i usiadł. Reszta opuściła lochy.
Byłam załamana. Niewiadome były ich zamiary w stosunku do nas.
– Wiesz co, Jules? – szepnął do mnie Mikey.
– Tak?
– Myślę, że wcale nie chodziło im o naruszenie prywatności – powiedział smętnym tonem. – Oni najzwyczajniej traktują nas jak przekąskę na czarną godzinę.
O cholera.
Przez następne kilkadziesiąt minut milczeliśmy. Po prostu nie mieliśmy o czym gadać.
Ręce miałam związane, więc nie było szans na skorzystanie z telefonu, który tkwił w kieszeni moich spodni.
Przysięgłabym, że gdy spojrzałam na strażnika, ten już spał. Pismo, którym wcześniej  zwinęło się zajmował, zwinęło się w rulonik i spadło na podłogę. Sięgnęłam po nie nogą przez kraty. I tak nie miałam nic do roboty.
Opanowałam sztukę chwytania czegoś palcami u stóp, więc poszło łatwo.
Byłam głodna, chciało mi się siku, ale to nie wydawało się tak ważne z racji tego, że niedługo mieliśmy umrzeć.
Wyglądało na to, że ten magazyn był prowadzony przez Istoty Nadnaturalne. Przeczytałam nagłówek „Syrenia księżniczka wychodzi za mąż”. No dobra, pomyślałam, ciekawe za kogo.
Otworzyłam gazetę stopą na stronie trzydzieści sześć i zamarłam. Zdjęcie pod nagłówkiem przedstawiało jakąś syrenę o błękitnych włosach i… Alexa. Miał zapadnięte powieki i zmęczenie wypisane na twarzy. W przeciwieństwie do syreny, która musiała być księżniczką, nie uśmiechał się. Jego mina świadczyła o tym, że wszystko mu jedno, gdzie jest, co robi i co się z nim stanie. Wyglądał, jakby stracił wszystko.
Poczułam, że pustka, którą czuła w środku wypełnia się uczuciem ciepła i nadziei. Alex przeżył.
– Mikey, patrz! On jednak żyje! – Wskazałam na artykuł.
Chłopak znudzonym wzrokiem przeczytał nagłówek i przyjrzał się zdjęciu.
– Nie wygląda na martwego – burknął.
Poczułam złość. Jak on mógł być taki okrutny w tej chwili?
– Popatrz na jego minę! Wygląda jakby zaraz miał umrzeć. Na pewno ta durna księżniczka zmusza go do ślubu. Musimy go uratować.
Mikey jeszcze raz spojrzał na artykuł.
– Skąd wiesz, może jest szczęśliwy tylko mało fotogeniczny.
Policzyłam w myślach do dziesięciu, żeby nie wybuchnąć.
– Proszę, skup się! Od kiedy tu jesteśmy, dziwnie się zachowujesz.
Przez jego twarz przemknął cień.
– Musimy się wydostać i go znaleźć – powiedziałam. Już nie było mi wszystko jedno. Świadomość, że nie wszystko stracone dodała mi skrzydeł.
– Nie wiem jak, skoro jesteśmy uwięzieni.
Wtedy drzwi lochów się otworzyły. Do środka wślizgnęła się czarnowłosa dziewczyna. Wcześniej jej nie widzieliśmy, ale musiała być wampirzycą, ponieważ była niezwykle blada i chuda. W przeciwieństwie do wcześniej spotkanych krwiopijców, wyglądała na lepiej zadbaną i schludną. Zamiast podartych szmat, była ubrana w czarną ramoneskę, koszulkę odsłaniającą brzuch i spódnicę.
Dotknęła śpiącego strażnika w ramię.
– Teraz jest moja zmiana.
Wampir skinął głową i opuścił lochy.
Wiedziałam, że muszę spróbować dosłownie wszystkiego, żeby nas stąd wydostać.
– Hej, ty! – Uśmiechnęłam się miło.  – Coś by się złego stało, gdybyś nas wypuściła?
Mikey uśmiechnął się do wampirzycy tym łobuzerskim uśmiechem, którym obdarzał mnie zawsze, gdy miał jakiś wspaniały plan, o którym lepiej byłoby nie mówić przy rodzicach.
– Wiem, że chcesz – mruknął.
Dziewczyna patrzyła to na niego, to na mnie pytającym wzrokiem.
– Niekoniecznie jego – syknęłam.
Chłopak spojrzał na mnie z ukosa.
– Osz ty…
Postanowiłam spróbować inaczej.
– Właśnie się dowiedzieliśmy, że nasz przyjaciel żyje. Chcą go zmusić do ślubu! Musimy go uratować! – Podsunęłam w jej stronę artykuł.
– Ja go nie znam – mruknął Mikey.
– Zamknij się, cioto – warknęłam i szturchnęłam go w ramię.
– Syreny to straszne suki, a w szczególności ich księżniczka – odezwała się wampirzyca.
– To uwolnisz nas? – Nadzieja wypełniła mnie od środka.
– Zgoda, ale mam jeden warunek. – To jedno zdanie spowodowało szybsze bicie mojego serca.
– Co? – Mikey zmarszczył czoło.
Kopnęłam go w kostkę.
– Okej.
– Weźmiecie mnie ze sobą. – Wampirzyca patrzyła swoimi granatowymi oczami prosto w moje niebieskozielone.
– Zgoda.
– Jules, ty chyba nie mówisz poważnie! – zaperzył się mój przyjaciel.
– Czy on może tutaj zostać?
– Też bym chciała.
***
Okazało się, że owa wampirzyca ma na imię Kayla. Wypuściła nas z lochu, ale nie uwolniła naszych rąk, twierdząc, że zrobi to dopiero wtedy, gdy będzie mogła na sto procent nam ufać.
Przyjęliśmy, że jeśli byśmy spotkaliby kogoś po drodze, Kayla wytłumaczyłaby mu, że właśnie idzie zabić nas z dala od willi.
Na szczęście na nikogo nie wpadliśmy i bezpiecznie wyszliśmy z budynku wyjściem znanym tylko tej dziewczynie.
Gdy byliśmy już kilka kilometrów od willi, zaczęło wschodzić słońce. Dowiedziałam się, że wampirom szkodzi światło dzienne, ale nasza towarzyszka zyskała pomoc od czarowników i nie mogła ucierpieć.
Kayla szła kilka metrów przed nami.
– Dlaczego niby mielibyśmy jej ufać? – szepnął do mnie Mikey. – Ona nie ufa nam. – Zerknął przez ramię na swoje skrępowane ręce.
Przewróciłam oczami.
– Może dlatego, że właśnie pomogła nam się stamtąd wydostać?
– No właśnie – mruknęła Kayla.
Policzki Mikey’a zabarwiły się na czerwono. Najwyraźniej legendy o świetnym słuchu wampirów nie kłamały.
– To powinno być gdzieś tutaj – odezwała się ponownie.
– Co? – zdziwiłam się.
Znajdowaliśmy się w jakimś lesie, w którym nie było niczego więcej niż drzew liściastych. Ale naprawdę, żadnej polany niczego.
– Moja skrytka z bronią. – Mówiąc to zaczęła się wspinać po wysokim klonie.
Zatrzymała się dopiero przy dużej dziupli. Wyciągnęła z niej kołczan ze strzałami i łuk, które przewiesiła sobie przez ramię oraz dwa noże, które rzuciła na ziemię tuż obok nas. Odskoczyliśmy gwałtownie.
– Hej, jak ty to tam zmieściłaś? – zapytał Mikey.
– Magia – powiedziała Kayla i zeskoczyła z drzewa.
– Wiesz, żeby to trzymać, musimy mieć wolne ręce? – spytałam z krzywym uśmiechem.
– Jeśli spróbujecie jakichś sztuczek, zabiję was – ostrzegła poważnie. – Jasne?
– Jasne.
Uwolniła nasze ręce, po czym oboje podnieśliśmy broń. Szczerze to nigdy nie miałam w ręce żadnego noża oprócz kuchennego i przerażała mnie myśl, że mogłam go użyć przeciw żyjącej istocie.
– No dobra, ale jak mamy się dostać do tego syreniego królestwa? – zapytałam, odwracając wzrok od ostrza.
Wampirzyca przybrała zamyśloną pozę.
– Cóż, to nie będzie takie trudne jak się wydaje. Może będę potrafiła je wyczuć, ale niczego nie obiecuję.
– Kaylo, ślub ma się odbyć za kilka godzin! Czy możemy w jakiś sposób przekazać mu, że zamierzamy po niego wyruszyć? – Moje serce biło bardzo szybko.
Tik-tak, tik-tak. Czas uciekał.
– Możemy mu wysłać wiadomość w butelce – odezwał się niespodziewanie Mikey.
Popatrzyłyśmy na niego z uniesionymi brwiami.
– No wiecie, namierzając należącą do niego rzecz i wyrzucając butelkę w morze, powinna do niego dojść – wyjaśnił. – Sprawdzony sposób.
            – Możemy spróbować, ale nie wiem czy to działa. – Dziewczyna przełknęła ślinę.
            – Nie zaszkodzi.
Następnie milcząc ruszyliśmy w stronę plaży (jak mówiła Kayla).
Mikey trzymał się na uboczu. Wyciągnął z kieszeni telefon i coś na nim napisał. Chciałam wiedzieć, co. Jednak gdy próbowałam dosięgnąć wzrokiem do ekranu komórki, on schował ją z powrotem. Może pisał do kogoś wiadomość. Przecież mógł poinformować rodziców, że zostanie dłużej na zlocie. Ja też powinnam to zrobić.
Wyciągnęłam telefon z plecaka i wybrałam numer ojca. Odebrał po czwartym sygnale.
– Cześć, tato. Jest taka sprawa…

Leach

Słuchając muzyki, doklejałam ostatnie zdjęcie do kroniki klasowej. Byłam na nim ja i moi przyjaciele z klasy tańczący na ulicy makarenę.
Żałowałam, że nie chodzę do jednej szkoły z Mikey’em. Cieszyłam się, że w końcu wyznałam mu, co do niego czuję. Podobał mi się od kiedy pochwalił moją gitarę na zlocie, który odbył się rok wcześniej. Tam się poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Zaproponował mi dołączenie do „Fox Gone”. Jednak nie spotykaliśmy się poza próbami zespołu.
Odkleiłam ostatni pasek taśmy i dokleiłam nim zdjęcie do kartki. Nagle usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. Zdziwiona, kto może pisać do mnie o piątej nad ranem, odblokowałam ekran i zaczęłam czytać. To było od Mikey’a.
Hej, Leach. Jeszcze kilka dni temu myślałem, że do siebie pasujemy, ale teraz nie jestem tego taki pewien. Nadal coś czuję do mojej przyjaciółki. Wiem, że masz teraz powody by mnie nienawidzić, ale nie chcę, żeby „Fox Gone” się przez to rozpadł, więc odchodzę z niego. Aha, proszę nie próbuj mnie szukać.
Mikey
Przeczytałam to jeszcze raz, i jeszcze raz, aż w końcu słowa do mnie dotarły.
Poczułam ucisk w żołądku, a potem już sama nie kontrolowałam tego, co robię. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam z niej swój ulubiony pasek w trupie czaszki. Skierowałam się do łazienki. Weszłam do wanny i przywiązałam jeden koniec pasa do sznurka na pranie. Drugi koniec owinęłam wokół swojej szyi i mocno go zacisnęłam. Poczułam, że się duszę, że umieram. Po policzkach spływały mi strużki łez. Nie mogłam wytrzymać tego okropnego bólu… i wtedy nagle minął.
Pasek na mojej szyi rozluźnił się i został zdjęty. Opadłam na kolana krztusząc się i próbując złapać oddech. Gdy mi się udało, zobaczyłam, że nie jestem sama w pokoju. Przy wannie stał chłopak o bardzo jasnych włosach i skośnych, zielonych oczach.
– Lepiej przyłącz się do mnie – powiedział. – Jak masz na imię?
– Leach Nixon. Jestem cała twoja.

czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział szósty

„Ba­da się głębię rzu­cając w nią kamieniem.” 
~ Stanisław Jerzy Lec


Alex


Obudziło mnie głośne westchnienie zachwytu. Jeszcze przez chwilę myślałem, że nie żyję, a teraz nie byłem już tego taki pewien. Przez chwilę nie zamierzałem otwierać oczu, bojąc się, co zastanę, gdy to zrobię.
– Jaki on śliczny! – usłyszałem podniecony, dziecięcy głos.
Teraz już nie mogłem się powstrzymać, chociaż nie wiedziałam na pewno, czy mowa o mnie. Byłem zbyt arogancki, żeby oprzeć się pokusie.
Ujrzałem przed sobą trzy niewyraźne postacie.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że znajduję się pod wodą. No oczywiście, przecież spadłem z klifu prosto do oceanu.
Gdy obraz się wyostrzył, zobaczyłem, że tymi trzema postaciami są syreny. Dwie dorosłe i jedna w wieku około dziesięciu lat. Wszystkie były piękne.
Jedna ze starszych miała włosy koloru glonów i fiołkowe oczy. Syrenia dziewczynka natomiast różowe pukle, a jej tęczówki mają kolor czystego złota. Ta trzecia wyglądała najbardziej ludzko. Jej włosy były brązowe, skóra opalona w przeciwieństwie do innych syren, a oczy brązowe.
– Obudziłeś się, synu człowieka – stwierdziła ta zielona syrena.
– Spostrzegawcza jesteś – odparłem.
Obrzuciłem wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowałem. Była to całkiem ludzka (jak na syreny) sypialnia. Jej ściany były w liliowym kolorze, a meble miętowe.
Dlaczego w tej chwili mnie to obchodziło? Powinienem być martwy, a znajdowałem się w jakimś psychicznym, kolorowym świecie, będąc prawie napastowany przez to rybie dziecko.
– Hej, o co tu chodzi? – zapytałem zdezorientowany.
Zielona syrena wyciągnęła notatnik ozdobiony łuskami i nabazgrała na nim coś pisakiem również nimi pokrytym. To musiał być jeden z tych wodoodpornych przyborów biurowych.
– Arogancki i sarkastyczny… – mruknęła, pisząc.
Co? Przez chwilę myślałem, że to jeden z jego głupich snów, jak ten kiedy kąpałem się w wannie pełnej coca-coli. No i wtedy zdałem sobie sprawę z kolejnej rzeczy.
– Hej, ja oddycham pod wodą! – wykrzyknąłem.
Syrena z notatnikiem spojrzała na mnie z politowaniem i znowu zaczęła pisać.
– Niezbyt inteligentny i spostrzegawczy – szepnęła i spojrzała na syrenę-brunetkę. – Zoe, nie jestem pewna, czy on się spodoba księżniczce.
Zoe wpatrywała się we mnie na wylot.
– Myślę, że tak.
– Hola, hola. Zwolnijcie. Co mnie obchodzi, czy się spodobam się jakieś księżniczce? Zresztą teraz najważniejsze pytanie to, jak ja się w ogóle tutaj znalazłem? – wypaliłem w końcu.
– Zadaje dużo zbędnych…
– Daruj sobie – przerwałem jej.
– Pozwól, że ci wyjaśnię. Znaleźliśmy cię półżywego na dnie oceanu niedaleko naszego królestwa. Rzuciłyśmy na ciebie czar, dzięki któremu możesz oddychać pod wodą. Musisz się spodobać księżniczce, ponieważ za kilka dni ją poślubisz – wyjaśniła Zoe.
– Co? – Zrobiłem wielkie oczy. Teraz już serio myślałem, że to chory sen.
– Źle słyszy – zanotowała zielona syrena.

Zoe

Królestwo syren leżało na dnie Oceanu Atlantyckiego. Nie wiadomo gdzie konkretnie. Było to z pewnością jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Pośrodku niego stał wielki pałac z koralowców i innych cudów natury. Wokół niego było pełno mniejszych domków, w których mieszkały podwładne. Tak syrenami były same kobiety.
Oprócz nas istniały trytony, ale nie ufano tym stworzeniom i żaden z nich nie mógł tu zamieszkać.
Tego dnia opuściłam je ja w poszukiwaniu pereł. Przepłynęłam wiele kilometrów, zanim dotarłam do miejsca, gdzie zwykle znajdywałam skarby. Tym razem nie znalazłam tam pereł, tylko ludzkiego chłopaka, choć wyraźne było na nim piętno czarownika.
Kobiety syreny pożerały, a mężczyzn trzymały jako więźniów, kochanków i niewolników. Niepotrzebnie skreślić. Wszyscy pełnili tą samą funkcję.
Wróciłam ze znaleziskiem do królestwa i opatrzyłam jego rany. Nikt o tym nie miał wiedzieć, gdyż wzbudziłoby to zainteresowanie wokół mojej osoby, a przysięgam, moim celem nie było zatrzymanie sobie tego fagasa, a wypuszczenie go na wolność.
Takim sposób od mojej siostry dowiedziało się o nim całe królestwo.
Przyszła do mnie dama dworu, Lucy z wiadomością, że ten chłopak może się nadawać na męża dla księżniczki April.
April była córką naszej królowej. Uznawałam ją rozpieszczaną i egoistyczną.
Nie chciałabym być na miejscu tego biedaka, którego przeznaczeniem było siedzieć u boku księżniczki i najprawdopodobniej milczeć.

April

– Kończcie czesać te cholerne włosy – warknęłam. – Chcę już go zobaczyć!
Moje służące ostatni raz przeczesały me niebieskie kosmyki i wręczyli mi do ręki lustro.
– No, nieźle się postaraliście. Na pewno mu się spodobam – mruknęłam bez cienia skromności.
Odepchnęłam podwładnych i wypłynęłam ze swojej komnaty. Skierowałam się w stronę sali tronowej.
Było to olbrzymie pomieszczenie, wyglądające jakby było zbudowane ze ścian turkusa. Za podłogę służył żwir, w którym czasem znajdywały się monety kiedyś pewnie będące częścią zatoniętych skarbów.
Na podeście stały dwa koralowy tron, a na nich zastałam swoją matkę. Jednak nie widziałam czarownika, który za kilka dni miał ze mną zostać na zawsze.
– Gdzie on jest? – zawołałam.
Podpłynęła do mnie szybko jedna z dam dworu. Nie pamiętałam nawet, jak ma na imię.
– Nie ma go jeszcze, wasza wysokość. Dopiero go przygotowują – wyjaśniła.
Zaczęły mi drżeć ręce.
– Chcę, żeby przybył teraz! – wrzasnęłam przeraźliwie.
– Zgoda, już, już. Proszę się nie denerwować, wasza miłość – rzekła dama dworu i wypłynęła z sali tronowej.
Patrzyłam jak odpływa, a potem zwróciłam się do matki:
– Jak on wygląda?
– Nie ma ogona, jak my – odparła królowa, niezbyt inteligentnie.
Przewróciłam oczami.
– Chodzi mi o kolor włosów, oczu…
– Nie chcesz mieć niespodzianki, kochanie?
– Masz rację. – Wzruszyłam ramionami.
Wtedy drzwi do sali ponownie się otworzyły. Stali w nich dwie damy dworu, Riley i Jasmine, dwie strażniczki przytrzymujące wyrywającego się chłopaka, który musiał być moim przyszłym mężem. Miał jasne włosy, bladą, piegowatą cerę i nogi zamiast ogona.
Był idealny.

Alex

Po kilku dziwnych pytaniach, jakie zadała mi zielona syrena, jak się dowiedziałem o imieniu Jasmine, wszyscy opuścili pokój zostawiając mnie samego.
Poczułem ulgę, gdy zobaczyłem, że mój plecak leży po drugiej stronie pokoju.
Już miałem zamiar do niego podpłynąć i przekonać się czy moje Sony rzeczywiście jest wodoodporne, gdy do drzwi pokoju się otworzyły. Stanęła w nich Zoe, Jasmine i jeszcze jakaś inna syrena z włosami koloru dojrzałej śliwki, a za nimi dwie strażniczki z pałacu.
– No więc, powiedz nam jak się nazywasz – odezwała się Jasmine.
– Alexnader Wright. – Podałem swoje prawdziwe nazwisko, bo ślub księżniczki syren to musiała być rozpowszechniana na całym świecie sprawa  i może ktoś by po mnie przyszedł i uratował.
Jasmine popatrzyła na mnie podejrzliwie.
– No dobrze. Księżniczka na ciebie czeka. Lepiej bądź dla niej miły – syknęła.
– A co jeśli nie będę? – Po prostu musiałem zapytać.
– Wtedy cię pożremy jak kobietę.– Jej głos był zupełnie poważny.
– Aha. – Tylko tyle zdołałem powiedzieć.
Dwie strażniczki wzięły mnie pod ramiona i wyprowadziły z domu Zoe. Widząc miejsce, w którym się znajdowałem, otworzyłem szeroko usta z zachwytu. Było tu pełno kolorowych stworzeń i.. roślin?
Ogółem całe królestwo przypominało rafę koralową. Nienaturalną rzeczą był tylko pałac oraz kilka domków, stojących tu i ówdzie. Przebywając w takim miejscu mogłoby się zapomnieć o każdej rzeczy, nawet takiej mega ważnej.
Jednak patrząc na to wszystko nie mogłem się uwolnić od pustki, która wypełniała mnie od środka. Straciłem prawie wszystko. Rodzinę. Dom. A zyskałem... to.
Równie dobrze mogłem teraz być tutaj, w domu razem z Rowanem, Beatrice i tatą, albo nawet w piekle.
Syreny poprowadziły mnie prosto do pałacu. Słyszałem, że Jasmine i kolejne stworzenie z ogonem rozmawiają o wystroju miejsca, gdzie miał się odbyć ślub mój i księżniczki.
Strażniczki stojące po obu stronach drzwi wejściowych otworzyły je, a gdy weszliśmy do środka, zamknęły je za nami z głośnym trzaskiem.
Próbowałem się wyrwać z ich żelaznego uścisku, gdy zobaczyłem z kim będę miał do czynienia.
Unosiła się w wodzie po drugiej stronie sali tronowej. Miała niebieskie włosy, srebrzyste oczy i ogon pokryty turkusowymi łuskami.
Księżniczka podpłynęła do mnie, dokładnie obejrzała i zawołała:
– Jest idealny!
Kobieta, która musiała być jej matką odkrzyknęła:
– Cieszymy się, że ci się podoba!
Byłem wściekły, mówiono o mnie, jakbym był torebką albo nową parą butów.
– Jak się nazywasz, chłopcze? – zapytała.
Jej uśmiech trochę za bardzo przypominał rekina szczerzącego się do małej rybki, którą zamierza zjeść.
– Alexander Wright – odparłem.
– Świetnie, świetnie. Idealnie się nadajesz. Kiedy ma się odbyć ślub, córciu?
– Jutro! – krzyknęła księżniczka.
Jęknąłem tak głośno, że wszyscy spojrzeli na mnie.
– O co chodzi? – zdziwiła się królowa.
– O to, że do cholery jasnej ja wcale nie chcę za nikogo wychodzić! Jestem za młody, mam dopiero siedemnaście lat! Życie jeszcze przede mną, nie chcę go spędzić jako wasz więzień – wypaliłem.
Władczyni królestwa patrzyła na mnie, jakby nie rozumiała, że jej córka może się komuś nie podobać.
Księżniczce drżały ręce, a dama dworu miała minę świadczącą o tym, że chciałaby być gdziekolwiek, tylko nie tutaj.
Byłem lekko mówiąc naiwny, wierząc, że mnie puszczą po tak bzdurnych argumentach. Musiałem wymyślić dobre kłamstwo.
Ale jakie?
Mam AIDS?
Nie to działało tylko u dziewczyn próbujących się uchronić przed gwałtem. Zresztą czy te istoty wiedziałyby w ogóle co to jest?
– Mam AIDS. – Nie zaszkodzi spróbować.
– Co?
Westchnąłem wiedząc, że to nie ma sensu.
– Czemu ja mam zostać waszym królem? Nie jestem syrenem. Mam nogi przecież – wydusiłem. Jakie inne argumenty mogły mi pomóc?
– Ależ to nie szkodzi. – Znowu ten uśmiech. – Widzisz tu jakichś innych mężczyzn?
Rozglądnąłem się. Rzeczywiście. Same baby.
– Chyba jednak nie skorzystam.
– W takim razie będę musiała rozmawiać z tobą inaczej. Ślub z księżniczką powinien być dla ciebie zaszczytem. Tak mała liczba osób jest go godna. Ale skoro nie… Spędzisz noc w królewskich lochach i mam nadzieję, że to skłoni cię do przemyśleń. Ślub odbędzie się jutro, a jeśli powiesz „nie”, skończysz jak każda ludzka kobieta, którą tu przywiało.
Wzdrygnąłem, ale nic nie powiedziałem.
– No zabierzcie go, a ty Jasmine zacznij przygotowania. – Zwróciła się do pozostałych.
Strażniczki wyprowadziły mnie z sali tronowej, tym razem innym wyjściem, które prowadziło do krętych schodów (jakby syrenom były one potrzebne), spłynęliśmy wzdłuż nich do miejsca, które musiało być lochem. Otworzyły jedną z cel i bezczelnie wepchnęły mnie do środka. Następnie odpłynęły zostawiając samego.
– Super – mruknąłem sam do siebie i rozejrzałem się po swoim otoczeniu.
Była to mała, ciasna cela z jednym łóżkiem i zakratowanym oknem. Na ścianie zostały wyryte jakieś litery. Przyjrzałem im się bliżej.

Jesteś następnym nieszczęśnikiem, który ma zostać mężem księżniczki? Nie jesteś pierwszy. Odkąd tutaj siedzę, było tu mnóstwo kandydatów. Ja nie jestem  jednym z nich, na szczęście, ale jeśli to czytasz, to wiedz, że ja już jestem martwy. Zostałem skazany na śmierć za przestępstwo, którego nie popełniłem. Ale w tej chwili ważny jesteś ty. Jeśli powiesz na ślubie „nie”, bądź pewny, że zginiesz. Jeśli powiesz „tak”, twój los będzie taki sam. Skąd to wiem? Podsłuchuję rozmowy strażniczek. Każdy „pan młody” nie zostaje z księżniczką długo. Po każdej nocy poślubnej zostaje pożarty i nie wierz ich słowom, że robią tak tylko z kobietami. To twój koniec.

Aaron

czwartek, 14 listopada 2013

Rozdział piąty

„Kradzież nie is­tnieje, za wszys­tko się płaci.” 
~ Napoleon Bonaparte


Alex


Miłość, sen i śmierć przychodzą pomału. Jednak to drugie nie mogło się w tej chwili tyczyć Jules. Dziewczyna spała, jak zabita mając przy tym niewinną minę, która zabawnie kontrastowała z jej wcześniejszym zachowaniem.
Byliśmy już w połowie drogi do Woodstade, czyli mieliśmy jechać jeszcze około dwóch godzin.            
Nagle dziewczyna zerwała się z siedzenia, wyciągnęła dłonie przed siebie i krzyknęła:
– Zapamiętam!
Wszyscy pasażerowie autokaru odwrócili się ku niej i posłali jej zdziwione spojrzenia.
– Siadaj – mruknąłem i pociągnąłem ją z powrotem na siedzenie.
Policzki Jules zrobiły się szkarłatne.
– Ja miałam po prostu zły sen – wyjaśniła.
– Sny czasami mówią nam o przeszłych lub przyszłych zdarzeniach. Opowiedz mi o nim.
Metyska zrobiła przerażoną minę, a potem odwróciła wzrok.
– Naprawdę, wolę o tym nie rozmawiać.
Wzruszyłem ramionami.
– No dobrze.
Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, a po chwili znowu się odezwała:
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Zmarszczyłem brwi.
– Które?
– Dlaczego byłeś wtedy na dworcu.
Pomyślałem, że skoro ta dziewczyna i tak wie już o ukrytym świecie, to mogę jej opowiedzieć swoją historię.
– No więc, uciekłem z domu…

Jules

Słuchałam go z wielką uwagą. Opowiedział mi dużo o świecie Istot Nadnaturalnych. Wśród nas żyło tyle stworzeń wcześniej nie opuszczających stron książek fantasy, że to było aż straszne. Wampiry, wilkołaki, elfy, syreny.
– Wybacz, ale nie rozumiem – przerwałam mu w którymś momencie. – Mówisz, że zwykli śmiertelnicy nie wiedzą o paranormalnych sprawach i że nie potrafią ich zrozumieć, więc automatycznie też ich nie widzą. Czemu ja to wszystko widzę?
Alex przybrał zamyśloną pozę.
– Mówiłem ci, że jesteś wybrykiem natury – zaśmiał się.
Spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek.
– Czym to może być spowodowane?
– Zbyt dużą ilością marihuany. – Poklepał mnie po ramieniu i włożył w uszy słuchawki.
– Tak? – spytałam cicho, ale on już tego nie słyszał.
Z zamyśleń wyrwał mnie hamujący gwałtownie autokar.
– Już wysiadamy? – zapytał Alex zirytowany, wyjmując słuchawki. – Zostało jeszcze półtorej godziny drogi.
Autokar zatrząsł się.
– Proszę opuścić autokar! Mamy małe problemy techniczne! – zawołał kierowca.
Wzruszyłam ramionami, przewiesiłam plecak przez ramię i skierowałam się do wyjścia wraz z resztą pasażerów.
Gdy wysiedliśmy, ja i Alex podeszliśmy do tyłu autobusu. Pokrywał go jakiś złoty, błyszczący proszek. Czarownik wziął go trochę na palce i przyjrzał mu się uważnie.
– Co to jest? – zapytałam.
Spojrzał na mnie i wytarł proszek o rękaw podkoszulka.
– Pokryte tą substancją przedmioty przestają funkcjonować prawidłowo – wyrecytował. – To magiczne piętno. Pewnie ojciec i Beatrice zgłosili moją ucieczkę do WRIN, a teraz mnie szukają. Będą tu lada chwila, lepiej stąd spadajmy!
Chwycił mnie za rękę i razem pobiegliśmy przed siebie, bez celu, jedynie z nadzieją, że w końcu dotrzemy w miejsce, które można za niego obrać.
***
Nie czułam już nóg. Nie zwolniłam tempa tylko dzięki trzymającemu moją rękę w żelaznym uścisku Alexowi.
Byliśmy już dość daleko od miejsca postoju autokaru, ale czarownik uważał, że lepiej się wcześniej zabezpieczyć, niż później żałować.
– Gdzie my tak konkretnie biegniemy? – zapytałam.
– Nie wiem – odpowiedział i jeszcze bardziej przyśpieszył.
Jeśli przeciętny człowiek przebiegłby tyle i to w jeszcze takim tempie, dostałby ataku serca. Najwyraźniej Alex nie był przeciętnym człowiekiem, w ogóle nie był człowiekiem.
Nareszcie ku mej radości, czarownik zwolnił i po chwili całkiem się zatrzymał. Nie wiedziałam nawet gdzie jesteśmy. Było to jakieś miasto większe od mojego rodzinnego Ashadewoods.
Staliśmy na parkingu pełnym samochodów, motorów i przyczep kempingowych.
– Po co my tu w ogóle… – Umilkłam widząc, co robi mój towarzysz.
Alex stał przy czarnym aucie marki BMW i trochę kombinując przy lekko odsuniętej szybie, udało mu się otworzyć drzwi.
– Nie! Alex, zostaw to auto! Nie możemy go tak po prostu ukraść! – zawołałam do niego, ale było już za późno.
Szybko usiadł za kierownicą i powoli do mnie podjechał.
– Co za idiota, zostawił kluczyki w środku. Obiecuję, że później je zwrócimy. Wsiadaj, szkoda czasu – ponaglił mnie.
Skrzyżowałam ręce na piersi.
– Ta, jeśli najpierw się nie zabijemy.
– Mam prawo jazdy, nawet tutaj, przy sobie.
– Może i tak, ale naprawdę nie powinniśmy kraść czyjegoś…
Alex nagle zerwał się z siedzenia, otworzył drzwi i wciągnął mnie do samochodu.
– O co… – Urwałam widząc, co się dzieje. Kilkanaście metrów od auta, szły w naszą stronę najpotworniejsze istoty, jakie kiedykolwiek widziałam.
Było to półtuzina człekopodobnych stworzeń. Ale tylko to było w nich ludzkie. Każdemu brakowało jakiejś ważnej części ciała. Jeden nie miał rąk, drugi jednej nogi, a jeszcze jeden połowy głowy. Myślałam, że zwymiotuję.            
Zanim się obejrzałam, Alex wcisnął gaz i ruszył z parkingu.
– Co to było? – zapytałam przerażonym tonem.
– Demony. Nie pamiętam ich nazwy, ale tamci zabijają cię wyjątkowo powoli i boleśnie. Lepiej tego uniknąć – wyjaśnił spokojnym tonem.
Obejrzałam się i zobaczyłam, że te kreatury poruszają się wyjątkowo szybko.
– Nie mówiłeś, że demony istnieją! – wrzasnęłam, tak głośno, że aż się wzdrygnął.
– Nie pytałaś – stwierdził.
– Czyli jakiś tam król za prośbą twoich rodziców wysłał w pogoń za tobą demony? – Chciałam się upewnić.
– Nie, oni nie trzymają z demonami. Przynajmniej ci z sumieniem. To musi być ktoś inny. – Skręcił gwałtownie w lewo i wyjechał z miasta o nazwie „Calleharton”, jak mówiła tabliczka. – Zgubiliśmy ich.
Nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił.     
Nagle coś skoczyło na maskę naszego BMW. Był to potwór bez połowy czaszki i nosa. Z bliska wyglądał jeszcze straszniej. Był cały blady z wypukłymi żyłami. Nie posiadał oczu tylko puste oczodoły, a jego palce zdobiły ostre jak brzytwa pazury. Wypluł jakąś zieloną, śluzowatą substancję na przednią szybę auta, która powoli zaczęła topnieć.          
Alex zaklął i przyśpieszył.
– Jak powiem „już”, ty i ja wyskoczymy z auta! – krzyknął do mnie, chociaż siedziałam tuż obok.
Zauważyłam, że jedziemy prosto w stronę klifu, dzieliło nas od niego jakieś trzydzieści metrów.
– Zgoda. – Zrozumiałam jaki ma plan.
Szyba stopniała na tyle, że demon mógł włożyć do środka dłoń.
– JUŻ! – krzyknął czarownik.
Szybko otwarłam drzwi i wyskoczyłam. Usłyszałam głos Alexa:
– Nie mogę odpiąć pasów!
Zrobiło mi się zimno. Auto zbliżało się do klifu. Pobiegłam za nim, ale wiedziałam, że nie uda mi się go dogonić. Patrzyła, jak samochód spada z klifu w bezdenną głębinę morza.
– ALEX! – Łzy kapały mi po policzkach, gdy stanęłam na skraju przepaści.
Po aucie nie było śladu, jakby nigdy naprawdę nie istniało. Opadłam na kolana, wrzeszcząc wniebogłosy.
To ja nie wierzyłam, że będzie potrafił bezpiecznie dojechać do celu, dlatego zapiął te przeklęte pasy, które wcale nie uratowały mu życia, jak powinny.
Usłyszałam za sobą ryki demonów. Wiedziałam, że teraz mnie zabiją i że będzie to bolesne.
Skuliłam się na ziemi, wiedząc, że powinnam pokłonić się śmierci i odwrócić w jej stronę, ale nie potrafiłam.
Za chwilę będzie po wszystkim, wmawiałam sobie, przecież tu wrócisz.
Umierałam setki razy.
Nagle ich „głosy” umilkły.
Zaciskając powieki, odwróciłam się i w końcu ostrożnie je rozwarłam. Po stworach nie zostało śladu. Po Aleksie też.
Zostawiły mnie w spokoju.
Trzęsąc się na całym ciele, wstałam i otarłam łzy. Już nie mogłam mu pomóc.
Już nie miałam ochoty jechać na żaden Zlot Fanów Horrorów, bo odkąd przeżyłam jeden na Ziemi, nie mogłam nazywać się ich wielbicielką.
Jedyne co mogłam zrobić, to wrócić do domu, zapomnieć o całym zdarzeniu i wcisnąć Mikey’owi historyjkę, że sobie to wszystko zmyśliłam.
Miałam jeszcze trochę pieniędzy, więc zadzwoniłam po taksówkę, którą miałam zamiar udać się z powrotem na dworzec i wrócić do domu.
***
            Gdy tam dotarłam, myślałam, że posikam się ze szczęścia, widząc znajomą twarz.
            – Mikey! – Rzuciłam się przyjacielowi na szyję. Co tu robił? Nieważne.
            – Jules? – Odsunął mnie od siebie i uważnie mi się przyjrzał, po czym objął mnie jeszcze mocniej niż ja jego. – Skąd się tu wzięłaś?
            – Ja… – jęknęłam. Nie wiedziałam czy powinnam mu powiedzieć prawdę.
            – Nieważne – uznał. – Dobrze, że nic nam się nie stało. Mam ci tyle do powiedzenia. Wierzę ci całkowicie. – Uśmiechnął się krzywo.
            Poczułam, że mam łzy w oczach. Nie wiedziałam czy to ze wzruszenia, czy smutku po Aleksie.
            – Zabierz mnie stąd – poprosiłam.
            – Eee. – Jego mina zmartwiała. – Zrezygnowałem z biletów i postanowiłem wrócić do domu.
            – Tam właśnie chcę iść.
            – Był jakiś problem z busami i teraz to badają, więc odwołali wszystkie trasy. – Przełknął ślinę. – Będą dopiero jutro.
            Poczułam złość. Chciałam już wydostać się z tego pieprzonego miasta.
            – Więc znajdźmy jakiś motel na przenocowanie – oznajmiłam nonszalancko.