czwartek, 31 października 2013

Rozdział trzeci

„Znaczenie słowa jakim jest 'szok' z każdym stuleciem traci na wartości.”

Jules

– Ile jeszcze do odjazdu pociągu? – zapytałam Mikey’a.
Spojrzał na swój nieodłączony zegarek.
– Trzydzieści osiem minut. Jeszcze mamy czas. Pozwolisz, że kupię sobie jakiś komiks na drogę?
– Okej, popilnuję ci plecaka.
Oboje staliśmy na ogromnym, zatłoczonym dworcu w Ashadewoods. Nadszedł deszczowy dzień, w którym mieliśmy pojechać na Zlot Fanów Horrorów.
Mikey podał mi swój plecak i odszedł w kierunku kiosku. Stałam przez chwilę, studiując mapę Woodstade.
Po kilku minutach wrócił z jakimś komiksem i wziął ode mnie swój bagaż.
– Może pójdziemy już na peron? – zaproponował.
– Okej, a z którego odjeżdżamy? – zapytałam.
– Dziewięć i trzy czwarte. – Posłał mi uśmiech.
Również się uśmiechnęłam. Rozejrzałam się po dworcu i zamarłam. Zobaczyłam Alexa.
Mimo, że minęły już dwa tygodnie od poprzedniego spotkania, ja nadal doskonale pamiętałam jak wygląda, co było dość dziwne, bo nigdy nie miałam pamięci do twarzy, które widziałam raz w życiu.
Bez słowa zaczęłam się przepychać przez tłum, zostawiając za sobą zdumionego Mikey’a.
– Jules, gdzie ty biegniesz?! – wołał za mną, ale nie zwracałam na to uwagi.
Najgorsze nie było to, że to ja musiałam przeciskać się przez tłum, żeby dotrzeć do Alexa, tylko to, że on również biegł, i co jakiś czas traciłam go z oczu.
Zbiegłam po ruchomych schodach jadących na górę, w ślad za nim. Gdy byłam już dwa metry nad podłogą, przeskoczyłam przez barierkę i dogoniłam go.
Chwytając za kaptur szarej bluzy, odwróciłam go ku sobie. Na początku miał wystraszoną minę, potem szeroko się uśmiechnął.
– Och, to znowu ty, Aniele Lucyfera. To znaczy Jules. Wybacz, ale się śpieszę – powiedział i wyrwał mi się.
– Widziałam, co on ci zrobił. Powiedz mi, jak to się stało – odparłam z nutą groźby.
Alex uniósł brwi.
– Masz na myśli, to, że kiedy miałem dziesięć lat i pojechałem z tatą do Ikei…
– Nie? – Uniosłam brew. Moja jedna, nieco luźniejsza strona chciała się dowiedzieć o czym mówi, ale druga podpowiadała, że to nie jest dobra myśl, jeśli chcę zachować moją psychikę w całości. – Chodzi mi o Rowana! Nie wiem jak to zrobił, ale...
Alex błyskawicznie zakrył mi usta ręką.
– Cicho, nie mów o tym na głos! – syknął i rozejrzał się po tłumie turystów. – Ktoś może nas podsłuchać.
– Powiedz mi, co to było – uparłam się.
Przewrócił oczami i wziął mnie za rękę. Jego skóra była gorąca i wilgotna od potu.
– Nie tutaj.
Zaciągnął mnie do wyjścia na schody ewakuacyjne. Weszliśmy za nie. 
– No więc, kim jesteś? Co tutaj robisz? Czemu tamten chłopak cię zaatakował? I jak on w ogóle to zrobił? – wypaliłam wszystko, co od kilku dni nie dawało mi spokoju.
Alex uśmiechnął się krzywo.
– Ciekawska jesteś, a ciekawość to pierwszy stopień do…
– Wiem, do Reddsa.
– No więc, nie wiem dlaczego mówię to zwykłej śmiertelniczce, może dlatego, że jest wyjątkowo atrakcyjna…
– Do rzeczy! – warknęłam, chociaż w innej sytuacji pewnie ta wzmianka nieźle połechtałaby moje ego.
– No dobrze, dobrze. Jestem czarownikiem, pasuje? Teraz sobie tu stoję i tłumaczę ci, co robię…
– Co ty kurwa brałeś? – Uderzyłam otwartą dłonią o swoją twarz.
– Rowan torturował mnie, bo... już nawet nie wiem o co poszło. Wiesz, mamy inne problemy niż zwykłe rodzeństwo. – Zignorował mój komentarz.
Opadła mi szczęka.
– On jest twoim bratem?
– Przyrodnim.
– On też jest czarownikiem? – zapytałam, próbując przetrawić to wszystko.
– Tak.
Zaśmiałam się.
– Prosiłaś o prawdę. – Uniósł ręce w poddającym się geście.
– Dlaczego miałabym ci wierzyć?
– Bo na jaja Stalina, widziałaś co rozegrało się na boisku. Jak inaczej mam ci to wytłumaczyć?
Zmarszczyłam brwi. Miał rację. Ale kto przyswoiłby to w tak krótkim czasie?
– To dziwne, bo śmiertelnicy nie powinni tego widzieć. Uważaj, bo jeśli będziesz się z tym rozgłaszać, możesz trafić do szpitala psychiatrycznego, albo pod skalpel naszych, bo jesteś wybrykiem natury. – Uśmiechnął się kpiąco.
Pociemniało mi przed oczami.
– Chcesz powiedzieć, że nikt normalny by tego nie zobaczył?
– Tak. Jeśli bym się postarał, mógłbym usunąć to z twojej pamięci – zaproponował.
Cofnęłam się gwałtownie.
– Żartujesz sobie? – Uniosłam brew. – To ty jesteś wybrykiem natury. – Skierowałam na niego palec. – Wiesz jak bogata byłabym, gdybym was wydała? – Rozmarzyłam się.
Zmrużył oczy.
– Naprawdę sądzisz, żebym ci na to pozwolił? – Zaśmiał się, tym razem chłodno. – Naprawdę sądzisz, że teraz puszczę cię stąd, gdy wiesz co i jak?
– Nie?
– A powinnaś. – Wzruszył ramionami. – Nikt ci i tak nie uwierzy. Zresztą jak mówiłem. Żaden śmiertelnik tego nie zobaczy.
– Więc co?
– Nie ma sensu, żebym wprowadzał cię w to wszystko – powiedział zmęczonym głosem. – Po prostu nikomu o tym nie mów i…
– Za późno – przerwałam mu, a na widok jego gniewnej miny, uniosłam ręce do góry. – Spokojnie, tylko jednej osobie.
Mikey’owi.
O nie.
Przypomniałam sobie, że zostawiłam go samego z naszymi bagażami gdzieś na dworcu. Musiał być nieźle wściekły.
– Przepraszam, muszę już iść! – zawołałam, gdy przepchałam się do drzwi i ruszyłam w kierunku, z którego przyszłam.
Alex popędził za mną.
– Dlaczego za mną idziesz? – wrzasnęłam, nadal biegnąc.
– Muszę się upewnić, że nie powiesz nikomu więcej! – krzyknął, ale został w tyle, bo oddzieliła nas grupka dziwnie ubranych azjatyckich nastolatek.
Biegłam, biegłam i biegłam, jak tylko najszybciej mogłam.
Gdy dotarłam do miejsca, gdzie wcześniej stał Mikey, już go tam nie było. Cholera, pomyślałam, teraz już na pewno jest w pociągu.
Stanęłam jak wryta, nie wiedząc co ma teraz robić. Dogonić pociąg? Nie, w życiu mi się nie uda. Pojechać kolejnym? Spojrzałam na tablicę z rozkładem pociągów. To był dzisiejszy ostatni do Woodstade. A Mikey musiał się wkurzyć i pojechać beze mnie. 
– Hej – usłyszałam głos Alexa. – Możemy pojechać autokarem.


Mikey



             Byłem wściekły. Jules pobiegła nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co, a do odjazdu pociągu zostało dwadzieścia minut, a dziesięć z nich zajęło mi przedostanie się na peron. Nie czekając na swoją przyjaciółkę, tam właśnie się udałem. 

Na dworze nie było już tak tłoczno jak w środku, w końcu mogłem odetchnąć świeżym powietrzem. Zobaczyłem swój pociąg i wszedłem na jego pokład. Znalazłem pusty przedział, wślizgnąłem się do niego i zamknąłem za sobą drzwi. Postanowiłem spróbować zadzwonić do Jules, ale za każdym razem odzywała się tylko poczta głosowa.
– Wal się – fuknąłem i włożyłem komórkę z powrotem do kieszeni spodni.
Wtedy usłyszałem, że do przedziału ktoś wchodzi. Był to chłopak z kapturem na głowie, blady i wysoki. Wydawało mi się, że już go kiedyś widziałem.
– Są tutaj wolne miejsca? – zapytał.
– Jak widać – mruknąłem w odpowiedzi.
Nieznajomy usiadł naprzeciwko mnie i zdjął kaptur. Jego włosy miały srebrzysty odcień blondu. Dosyć znajomy, bo raczej rzadko spotykany.
Zamarłem.
To był Rowan, ten z kawiarni. Ten, który podrzucił dziwny liścik Jules.
Rowan chyba zauważył, że zorientowałem się z kim mam do czynienia. Uśmiechnął się krzywo.
– Ale my już się spotkaliśmy, co nie? 
– Czego ode mnie chcesz? – wyjąkałem.
– Chcę, żebyś poszedł ze mną. Nawet nie wiesz, kim jestem. Co ci szkodzi?
Po moim czole spływały krople potu.
– Słyszałem, że robiłeś złe rzeczy.  Ty…
Chłopak zaśmiał się cicho, spokojnie, ale jego ciemnozielone oczy błyszczały szaleńczo.
– Chcę ci tylko coś pokazać – oznajmił. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co potrafisz.
            – Mam nadzieję, że nie to co ty.
            Rowan przełknął ślinę.
            – Siedź spokojnie, jeśli serio nie masz zamiaru nigdzie iść.
            – Dlaczego miałbym ci ufać? – wykrztusiłem.
            – Nie musisz. – Zamrugał. – Ale jutro, za tydzień, miesiąc, rok możesz tego żałować. – Wzruszył ramionami. – Ale nie chcesz, więc trudno. Pójdę sobie. – Pokiwał głową.
            – Przychodzi mi do głowy tylko to, że jesteś dilerem – podsunąłem. – Moja przyjaciółka mówiła mi co zrobiłeś, ale najwyraźniej znalazła się w złym miejscu podczas haju.
            – Nie była naćpana – stwierdził.
            – Skąd wiesz?
            – Bo widziała dokładnie to co powinna.
            – Czyli chcesz mi wmówić, że to prawda? Że umiesz torturować myślą? – Zaśmiałem się bez przekonania.
            Kąciki jego ust uniosły się do góry.
            – Nie tylko to, ale to chyba najlepszy sposób, żeby udowodnić moją rację.
            W jednej chwili poczułem się jakby ktoś zatopił w moim brzuchu siekierę i zaczął nią mielić moje wnętrzności. Zwymiotowałem na podłogę, chwytając się za gardło. Ból był tak wszechogarniający, że niewiele brakowało mi do straty świadomości. Trząsłem się cały, zgryzając własne wargi.
            A potem minął. Tak szybko jak się pojawił. Straciłem poczucie czasu. Może trwał pół minuty albo całą godzinę. Nieważne. Liczyło się tylko to, że się skończył.
            – Przekonało cię to? – Przede mną tkwiły ciemne oczy kata.
            – Odejdź! – wykrztusiłem. – Wierzę ci! Pomocy! Zabierzcie go! – Naprawdę nikt nie słyszał mojego wrzasku?
            – Śmiertelnicy tego nie zobaczą, ani nie usłyszą. Nawet tego nie zrozumieją – wyjaśnił spokojnie Rowan. – W tym tkwi problem.
            Cały czas się trząsłem, chcąc znaleźć się jak najdalej od tego sadystycznego psychola.
            – Już tego nie powtórzę – obiecał wzdychając.
            – Kim ty jesteś?
            – Słuchaj uważnie. Istnieli tacy jak ja którzy już od urodzenia gardzili dumnymi nazwiskami swoich rodziców. Związali się ze zwykłymi śmiertelnikami i z tych związków powstali… Wyklęci. Pół-śmiertelnicy, pół-istoty nadnaturalne. Tacy jak ty.
            – Ja? – powtórzyłem.
            – Po tym co ci się stało, nadal nie jesteś skłonny uwierzyć? – spytał ze znudzeniem w głosie.
            – Nie – zapewniłem szybko.
            – Więcej dowiesz się na własną rękę. – Uśmiechnął się miło i poklepał mnie po ramieniu, a następnie wyszedł, zostawiając mnie samego i zszokowanego.




czwartek, 24 października 2013

Rozdział drugi

„Twarz wro­ga prze­raża mnie wte­dy, gdy widzę, jak bar­dzo jest po­dob­na do mojej.”
~ Stanisław Jerzy Lec


Jules

Po tym co widziałam, byłam w szoku. Minął już tydzień od tego dziwnego zdarzenia, a ja dopiero teraz zdecydowałam się na rozmowę o nim. Mój wybór padł na Mikey’a, gdyż wiedziałam, że on weźmie mnie na poważnie w takich sprawach. Elizabeth by mnie wyśmiała, więc nawet nie miałam zamiaru do niej dzwonić.
– Jesteś tego absolutnie pewna? – Głos Mikey’a z telefonu domagał się więcej szczegółów.
– No w pewnym momencie, po prostu jakby... jakby ci to wytłumaczyć... upadł i wił się w męczarniach, a potem, gdy ten kazał mu umilknąć gestem, ten to zrobił – wyjaśniłam po raz setny.
– Ale nie robisz sobie jaj, prawda? – przyjaciel spytał niepewnie.
– Nie, nie zmieniam płci – mruknęłam.
– Dobrze, twój ponury ton, idiotko, mówi wszystko. Ale wolałbym patrzyć ci w oczy, gdybyś opowiadała całą tą historię, wiesz? – Wszystko stracone. Już nie weźmie mnie na poważnie. Może rzeczywiście lepiej, żeby tak myślał.
– Twój wzrok i tak ześliznąłby się na moje cycki. – Zaśmiałam się.
Może to ze mną było coś nie tak.
Ale przecież nie byłam na haju ani nic.
Więc albo to była prawda, albo dostałam psychozy.
– Idziemy dzisiaj na sok do Vivian? – Kawiarenka u pani Vivian była naprawdę przytulnym miejscem, a właścicielka często nie kazała nam płacić za słodycze. – Więc o której?
– Trzecia. Dobra, ja lecę – odparłam, rozłączyłam się i wróciłam do malowania paznokci na liliowy kolor.
Odczekanie aż wyschną trochę zajęło, więc gdy to się w końcu stało, musiałam się zbierać.
Była za dziesięć trzecia, a do kawiarni Vivian, nie było wcale tak blisko.
Moje łóżko było bardzo przytulne, ale niestety musiałam się już z niego zbierać.
Zdjęłam piżamę i ubrałam się w podkoszulek z logo Metalliki, podarte spodenki w krzyże i creepersy. Nałożyłam też czarny kapelusz na głowę. Chwyciłam plecak, włożyłam do niego portfel, na wypadek, gdyby Vivian miała dzisiaj zły humor, komórkę i klucze, ponieważ taty, ani brata nie było, więc musiałam sama zamknąć dom.
Zeszłam po schodach, wyszłam na zewnątrz i zamknęłam drzwi na klucz. Ruszyłam ulicą w kierunku cukierni.
Gdy tam nareszcie dotarłam, była piętnasta dwanaście. Mikey na pewno się niecierpliwił.
Ku mojemu zdziwieniu w środku było pusto, poza jednym stolikiem. Ale nie był to mój przyjaciel. Jak najdalej od okna siedział Rowan. Tym razem miał na sobie koszulkę z... Metalliki. Taką samą jak moja!
Gdy weszłam do środka, spojrzał na mnie. Jego wzrok prześlizgnął się po mojej bluzce. Zobaczyłam, że kąciki jego ust się unoszą. Speszona spróbowałam zasłonić twarz rondem kapelusza.
Po chwili znowu wrócił do popijania soku jabłkowego i czytania jakiejś książki.
Nie mogłam teraz wyjść, bo to by było podejrzane, ale siedzenie samemu w jednym pomieszczeniu z Rowanem było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Nie znałam go, ale widziałam do czego był zdolny.
Na szczęście wtedy  do kawiarni wszedł Mikey. Widok jego znajomych jasnobrązowych włosów i błękitnych oczu od razu przywołał na moją twarz uśmiech. Był ode mnie wyższy o głowę, co szczególnie zabawnie (dla niego) zwracało na siebie uwagę, gdy zabierał mi telefon w celu przeglądu moich wiadomości a ja musiałam skakać jak głupia, żeby go odzyskać. Irytujące.
– Sorry za spóźnienie, Jul… Och, widzę, że ty też dopiero przyszłaś – przywitał mnie radośnie. Zauważyłam, że obciął włosy i teraz miał je trochę wygolone bo bokach.
Uniosłam brwi.
– Co ty masz na głowie?
Zrobił urażoną minę i przeczesał palcami po jasnobrązowych kosmykach.
– Zostaw w spokoju moją modną, niemiecką grzywkę.
– To jakieś hitlerjugend? – spytałam ironicznie.
Pokazał mi środkowy palce, na co ja parsknęłam śmiechem. Zajęliśmy miejsce przy oknie, co mi bardzo dopisywało. 
Wtedy nie wiadomo skąd pojawiła się obok nas pani Vivian. Była to około pięćdziesiąt letnia kobieta o miłym uśmiechu i radosnych, niebieskich oczach.
– Witajcie, kochani! To co zwykle? – zaświergotała.
– Tak, dwa soki ze świeżych jabłek z lodem i miętą – wyprzedził mnie Mikey.
Vivian pokiwała głową i zapisała zamówienie w notatniku. Następnie poszła za ladę, przygotować napoje. Pochyliłam się do przyjaciela. Powinnam utrzymywać, że wszystko co mówiłam jest kłamstwem, ale teraz miałam dowód.
– Widzisz tego chłopaka? – szepnęłam mu do ucha, a potem dodałam po namyśle: – Nie patrz. Nie chcę, żeby wiedział, że rozmawiamy o nim.
– No, widzę. A co? – odszepnął.
– To jest ten Rowan.
– Ten od... tortur myślami? – spytał z powątpieniem o pół tonu głośniej niż sobie życzyłam.
– Ciszej! – skarciłam go. – Tak, to ten.
Jak na zawołanie, Rowan wstał z miejsca i skierował się do wyjścia. Przechodząc obok naszego stolika, rzucił przede mnie zwiniętą kartkę papieru. Nie patrząc przy tym na nas opuścił kawiarnię. Patrzyłam to na kartkę, to na drzwi.
– Myślisz, że coś tam napisał? – Z zamyśleń wyrwał mnie głos Mikey’a.
Porwałam kulkę papieru blatu i rozwinęłam ją. Było na niej tylko jedno zdanie: „Wiem, że ty wiesz. ^_^”
***
Musiałam przeczytać te słowa z dziesięć razy, zanim w końcu do mnie dotarły. To co widziałam, wcale nie było psychozą ani skutkiem palenia marihuany.
Mikey wydarł kartkę z mojej dłoni i sam ją przeczytał.
– Powinnaś to zgłosić na policję – odezwał się w końcu.
– Co zgłosić na policję? – usłyszeliśmy za sobą głos pani Vivian.
Szatyn podskoczył jak oparzony.
– Nic, proszę pani. – Uśmiechnął się rozbrajająco.
Kobieta przewróciła oczami, i uśmiechając się podała nam napoje.
– Ile płacimy? – zapytałam, wiedząc, że to niepotrzebne.
– Traktujcie to jako prezent – powiedziała i wróciła za ladę.
– Dziękujemy! – zawołał za nią Mikey, a następnie ciszej zwrócił się do mnie. – Więc jak?
Wzruszyłam ramionami.
– No i co miałabym powiedzieć? Że widziałam, jak podejrzany facet myślami torturuje innego, a potem tamten znika?
Mikey zrobił bezradną minę. 
– Czytałem dużo książek fantastycznych. Tam takie rzeczy się zdarzają. Słuchaj, Jules,  odpuść sobie. Przez to wszystko zapomniałem o dobrych wieściach.
Uniosłam brwi.
– Jakich dobrych wieściach?
Mikey uśmiechnął się szeroko i wyciągnął z plecaka jakieś dwie małe kartki.
– Bilety na Zlot Fanów Horrorów! Wygraliśmy!
Mimowolnie się uśmiechnęłam. Jakieś dwa miesiące temu oboje wzięliśmy udział w konkursie na nakręcony amatorsko najstraszniejszy horror. Nagrodą były dwa bilety na zlot w Woodstade. Nie spodziewałam się, że możemy wygrać.
– Kiedy to? – zapytałam.
– W następny weekend.
– No to rezerwuj bilety na pociąg.


Mikey


Pożegnałem się z przyjaciółką pośpiesznie, ponieważ musiałem iść na kolejne spotkanie. Oczywiście o nim Jules nie wiedziała.
Dotarłem na umówione miejsce. Stara kamienica na Achade Street. Zadzwoniłem pod numer trzydzieści jeden. Po kilku minutach, drzwi się otworzyły i stanęła w nich Leach.
Długie ciemno-rude włosy związała w koński ogon. Miała na sobie za duży podkoszulek i postrzępione spodenki. Uśmiechnęła się szeroko na mój widok.
– Wejdź – powiedziała i cofnęła się w głąb mieszkania.
– Dzień dobry! – krzyknąłem.
– Nikogo nie ma – mruknęła, kierując się w stronę salonu.
– No chyba, że tak – rzuciłem, rozglądając się po pomieszczeniu. – To co chciałaś mi pokazać?
Jej pokój miał fioletowe ściany i białe meble. Pod oknem stało dwuosobowe łóżko, które wyglądało na naprawdę przytulne.
Dziewczyna opadła na nie i chwyciła leżącą obok gitarę klasyczną.
– Napisałam nową piosenkę i chciałam, żebyś jej posłuchał. – Przeciągnęła palcami po strunach. – Nie możemy grać samych coverów.
– Masz rację – przyznałem. – Ale to Elliot jest wokalistą, powinnaś mu ją najpierw pokazać – stwierdziłem.
Leach zrobiła zawiedzioną minę.
– Bardziej zależy mi na twojej opinii.
– No to zaczynaj – zachęciłem ją.
Leach zaczęła grać powolną melodię, może nieco ponurą na pierwszy rzut oka, a następnie otworzyła usta i rozpoczęła śpiew.
Tak, śpiewała genialnie. Jej głos nie był wysoki, co szczególnie dobrze ujawniało się, gdy przechodziła w growl. Tu jednak nie było dla niego miejsca.
Gdy skończyła, popatrzyła prosto na mnie.
– To na pewno jest piosenka, którą ma zaśpiewać Elliot? – zapytałem.
– Nie – powiedziała i wtedy mnie pocałowała.
Na początku całowaliśmy się delikatnie. Lekko muskając się ustami. Następnie przyciągnąłem ją do siebie. Jej ręce owinęły mi się na karku, a palce wplotły się we włosy.
Zdjąłem z niej podkoszulek, a ona zajęła się moimi spodniami. Popchnęła mnie na plecy i ich pozbawiła.
            Gdy była w samej bieliźnie, mój wzrok skierował się na jej szczupły brzuch. Miała kolczyk w pępku.
Nachyliła się nade mną i znowu pocałowała. Ten pocałunek był o wiele dłuższy. Trwał i trwał.
– Masz prezerwatywy? – spytała rudowłosa, nagle odrywając się ode mnie.
– Nie. – Przełknąłem ślinę. Nie pomyślałem o tym.
Wstała i wygładziła włosy. Została w samych majtkach.
– Poszukam u rodziców. – Wywróciła oczami z drapieżnym uśmiechem.
Wyszła i po paru minutach wróciła, trzymając w ręku kondom i machając nim tryumfująco.
Wstałem i objąłem ją jeszcze raz, muskając wargami jej usta, a następnie szyję. Uwiesiła się na mojej, więc usiadłem z powrotem na łóżku.
– Rodzice mogą wrócić za jakąś godzinę – oznajmiła ze śmiechem, pozbywając się bielizny.
– Nie szkodzi. – Uciszyłem ją kolejnym pocałunkiem.


środa, 23 października 2013

Rozdział pierwszy

„Szaleństwo nie jest stanem umysłu. Szaleństwo jest miejscem. Pójdziemy tam, dobrze?.” 

Jules

            Patrzyłam się w plecy chłopaka stojącego przede mną w kolejce już od pięciu minut. Takim sprintem właśnie się poruszała.
            – Szybciej, szybciej – mruczałam znużona stukając w szybę wystawy pełnej słodyczy.
            Nie wiem ile czasu minęło, gdy nadeszła moja kolej. Przez okienko stoiska zobaczyłam młodego mężczyznę o krótko obciętych włosach. Miał znudzoną pozę i spojrzenie, którym obrzucił mnie, gdy się odezwałam:
            – Poproszę siedem butelek lemoniady – mój wzrok prześlizgnął się po półce z chipsami – i paprykowe Lays – dodałam – na kreskę. – Posłałam mu porozumiewawczy uśmiech.
            – Ćpunka – usłyszałam zirytowany głos Janice, która stała dwa miejsca za mną.
            Każdy z nas zna taką osobę, której nie lubi. Tym właśnie mianem mogłam określić słodką Janice.
            Była to moja rówieśniczka o miodowych włosach, ciemnych oczach i niskim wzroście. Nie, nie była to wredna, plastikowa suka. Nie powinnam też określać jej mianem puszczalskiej. Po prostu jej nie lubiłam i tyle.
            – Nie zapomnij jutro tego oddać – ostrzegł mnie sprzedawca, a ja pokiwałam głową.
            Wzięłam lemoniady pod pachy, chipsy do ręki i ruszyłam przez tłum nastolatków bawiących się na szkolnym festynie. Na takich imprezach, wszystko praktycznie rozgrywało się na boisku szkolnym, gdzie można było brać udział w rozgrywkach sportowych, kupować pamiątki w przeróżnych stoiskach.
            Weszłam do budynku szkolnego i odnalazłam moją ekipę na pierwszym piętrze koło sali biologicznej, gdzie oczywiście było dość pusto.
            Siedziała już tam Elizabeth, moja najlepsza przyjaciółka razem z Mikey’em, czyli jednym z bliższych kolegów, moim byłym chłopakiem – Chrisem, jego obecną dziewczyną – Adelą oraz Elliotem i Leach.
            – Mam wszystko. – Uśmiechnęłam się. – Cudem mi to nie wypadło. – Położyłam przekąski i napoje na podłodze. Przyjaciele od razu się na nie rzucili.
            – O której gracie? – spytała Adela, mocując się z zakrętką. Chris westchnął i pomógł jej z nią. Z butelki wydobył się syk.
            Jej chłopak, Mikey, Leach i Elliot stworzyli amatorski zespół rockowy Fox Gone. Nie byli dobrzy w pisaniu piosenek, więc jeśli mieli okazję wystąpić na żywo, jechali na samych coverach.
            – O dwudziestej. – Mikey wzruszył ramionami. – Będzie już ciemno. – Jego wzrok prześlizgnął się po Chrisie i Adeli, którzy już zdążyli rozpocząć proces wymieniania ze sobą śliny. Wywrócił oczami. – Wynajmijcie sobie pokój – zaproponował kręcąc z niedowierzeniem głową.
            Nie żebym była zazdrosna mimo, że mój były lizał się właśnie ze swoją dziewczyną na moich oczach, ale musiałam przyznać przyjacielowi rację.
            Tamci jednak nie przejęli się naszą irytacją.
            – Ej, poważnie. – Mikey zaśmiał się.
            – Masakra – skwitowałam.
            – Macie jeszcze dwadzieścia minut – zauważyła Elizabeth, zerkając na ekran swojego telefonu. – Nie musicie przygotować sprzętu? – Uniosła brew.
            – Racja. – Elliot wstał z podłogi i otrzepał spodnie. – Leach, Mik, idziecie?
            Mój były wreszcie oderwał się od Adeli i również powstał.
            – Macie być w pierwszym rzędzie. – Rzucił nam ostrzegawcze spojrzenie. – Najlepiej zróbcie pogo.
            – Tylko dzieciaki napierdalają pogo dopiero po jednej puszce piwa – uznała Lizzy, zerkając na torebkę z drapieżnym uśmiechem. Na stówę w niej je trzymała. – Musicie trochę poczekać. – Założyła sobie kosmyk jasnych włosów za ucho. – Zaraz tam przybędziemy, tylko jeszcze musimy wpaść do łazienki. – Wzięła mnie za rękę.
            – Co to znaczy: musimy? – Zaśmiałam się.
            – Idziesz – mruknęła groźnie i zaciągnęła mnie do kibla.
            Beżowe kafelki były mokre, a pod drzwiami stała tabliczka ostrzegawcza „Uwaga! Ślisko”. O tej porze jedyne co się tutaj odbywało to sprzątanie. Pracowniczki szkoły na pewno nie byłyby zadowolone, że Elizabeth zostawiła błoto wślizgując się tutaj w niezbyt czystych glanach.
            Przyjaciółka podeszła do lustra i przeczesała grzebieniem swoje blond pukle, po czym poprawiła usta czerwoną szminką i otrzepała czarny top z okruszków chipsów.
            Wykorzystując okazję spojrzałam na swoje odbicie. Byłam niższa od towarzyszki z moim marnym metrem sześćdziesiąt, ale mogłam się pochwalić lepszą fryzurą, o tak. Jej jasne kłaki cierpiały od traktowania ich różnorodnymi farbami i prostownicą.
            Miałam opaloną skórę, policzki oraz nos obsypane piegami i proste jasnobrązowe włosy. Moje oczy natomiast posiadały ciekawy kolor. Były zielononiebieskie z brązową obwódką wokół źrenicy.
            Moją matką była Indianka, a ojcem białas, więc odziedziczyłam typowe rdzenno amerykańskie rysy.
            – Chyba się w sobie zakochałaś – uznała szyderczo przyjaciółka, gdy od dłuższej chwili wpatrywałam się w lustro.
            Odkręciłam kurek kranu, nabrałam wody w złączone dłonie i ją ochlapałam.
            – Idiotko, przecież wiesz, że od wody brzydko kręcą mi się włosy! – Zasłoniła twarz, gdy powtórzyłam tą czynność zaśmiewając się sadystycznie.
            Przestałam dopiero, gdy po jej koszulce spływały zimne smugi, a ona w końcu zorientowała się, że ma przeciwko mnie bardzo skuteczną broń – czubki butów.
            – Zobaczysz, będziesz miała taki wpierdol jak nigdy! – krzyczała za mną, gdy z chichotem opuściłam łazienkę. Na szczęście schodzenie w glanach po schodach nie było zbyt prostą czynnością, więc miałam sporą przewagę w ucieczce.
            Gdy znalazłam się na parterze stwierdziłam, że im szybciej stąd zniknę, tym większe szanse będę miała na bezpiecznie schowanie się pośród gości festiwalu.
            Nabrałam rozpędu i skręciłam korytarz prowadzący do głównego wyjścia, ale nie pomyślałam o tym, żeby na nim zwolnić i można się domyślić jak to się skończyło.
            Wpadłabym na jakiegoś chłopaka, ale on zdążył zrobić unik i pewnie wylądowałabym na podłodze, gdyby nie to, że złapałam się klamki drzwi od klasy przeznaczonej na zajęcia artystyczne.
            – Gdzie tak pędzisz? Pali się? – usłyszałam rozbawiony głos.
            Oddychałam płytko, a na twarzy musiałam być cała czerwona, ale i tak spojrzałam na prawie poszkodowanego przeze mnie osobnika. Okazał się nim trochę chuderlawy blondyn o ciemnobrązowych oczach. Mimo to był przystojny.
            – Nie, ale jeśli szybko stąd nie ucieknę, mam małe szanse na przeżycie – stwierdziłam.
            – Hm? – Uniósł brwi.
            – Nie zrozumiesz – pokręciłam głową z zażenowaniem – chłopcze, którego imienia nie znam. – Zmarszczyłam brwi, zerkając na niego podejrzliwie. – Nie chodzisz tu do szkoły – zauważyłam.
            – Masz rację. – Wzruszył ramionami. – Alex – przedstawił mi się.
            Nie odpowiadałam, więc ponaglił mnie ruchem dłoni. Usłyszałam ciężkie kroki i zorientowałam się, że mam przesrane, jeśli szybko stąd się nie zmyję.
            Uśmiechnęłam się tylko krzywo i opuściłam budynek, a następnie wtopiłam w tłum.
            Uff, mało brakowało.
            W powietrzu unosił się zapach popcornu i waty cukrowej, ale niestety również potu przez wszechobecny upał. No błagam, była dwudziesta.
            Ludzie już zbierali się pod sceną, gdzie Fox Gone miał rozpocząć występ. Przepchałam się między uczniami i trafiłam tak blisko barierki, jak tylko tłum mi na to pozwalał.
Pomachałam do Mikey’a, ale on chyba tego nie zobaczył, pomagając Elliotowi uruchomić mikrofon. Po chwili moje uszy wypełniły niesamowite dźwięki gitary i perkusji. Trochę mniej słyszalny był bas. Dopiero po chwili dotarł do mnie genialny głos wokalisty. Rozpoznałam tą piosenkę jako „Zombie” zespołu Cranberries. Byli dobrzy, musiałam im to przyznać.
– Jak się bawisz, Jules?
Ledwo to usłyszałam przez głośną muzykę, ale odwróciłam się i prawie wyskoczyłam ze skóry. Stała za mną Elizabeth. Jej blond „loki” zdążyły już wyschnąć, co dało dokładnie taki efekt, jakiego oczekiwałam. Totalna szopa.
– Mam nadzieję, że umiesz szybko biegać w tłumie – krzyknęła z wzrokiem seryjnego mordercy.
– Nie zabijesz mnie przy publiczności. – Zaśmiałam się głośno bez przekonania.
– Tak myślisz? – Uśmiechnęła się w lekko chory sposób.
– Przepraszam. – Zrobiłam minę smutnego kotka, opierając podbródek na zaciśniętych w pięści dłoniach.
– Normalnie to bym ci wybaczyła wszystko z tym spojrzeniem, ale – zmrużyła oczy – dopuściłaś się tak haniebnego czynu, że…
– Nie będziesz odzywać się do mnie przez tydzień? – Przekrzywiłam głowę.
– Tydzień? – Parsknęła wyrachowanym śmiechem. – Zadzwoń do mnie za rok.
– Ranisz, mała. – Położyłam jej dłoń na ramieniu.
– One też są pokrzywdzone. – Wskazała palcem na swoje włosy.
Piosenka się skończyła, a Lizzy została przez kogoś popchnięta i odwróciła się, oczekując przeprosin, co szybko wykorzystałam i znów od niej uciekłam. Wiedziałam, że nie będzie się gniewać wiecznie, ale raczej nie chciałam jej prowokować, jeśli miała na nogach coś bardziej skutecznego niż cały arsenał. Z drugiej strony ja w zwyczaju miałam noszenie litów z kolcami, które również nadawałyby się na broń.
Niestety dziś miałam tylko czarne creepersy, w których moje nogi zaplątały się w kable od głośników i runęłabym na ziemię próbując je uwolnić, gdyby ktoś mnie nie złapał.
– Alex – krzyknęłam, gdy rozpoznałam swojego wybawiciela. – Dzięki!
– Co? – Wskazał na swoje ucho, dając mi do zrozumienia, że mnie nie słyszy.
– DZIĘKI! – wrzasnęłam, a on skrzywił się czując to prawdopodobnie aż w bębenkach.
– Nie ma za co – odparł równie głośno.
Pomógł wyplątać mi się z kabli i razem opuściliśmy nieprzyjemnie głośny kąt, do którego wcześniej byłam zmuszona uciec.
Fox Gone grało teraz „Another Chance” polskiego zespołu Mothernight. Tym razem do śpiewania dołączyła się Leach, która naprawdę była w tym dobra. Wszyscy byli muzycznie uzdolnieni.
Dziewczyna wyglądała niesamowicie ubrana w czarną sukienkę w stylu Wednesday Addams i czerwonymi włosami rozlatującymi się na wszystkie strony przez przyjemny po tak upalnym dniu wiatr. Do tego miała mocny głos, który idealnie nadawał się do metalowych kawałków. Ale nie tych symfonicznych.
– Co mam zrobić, żebyś w końcu przedstawiła mi swoje imię? – spytał blondyn z krzywym uśmiechem.
Odwzajemniłam go mrużąc oczy i udając, że muszę się nad tym długo zastanawiać.
– Zapłacić? – podsunęłam, powolnym ruchem odgarniając włosy za ramię.
Przez związek z Chrisem, zapomniałam jak świetną zabawą jest flirtowanie.
– Nie jestem materialistą – oznajmił, uśmiechając się przepraszająco.
– To po co mi pomogłeś? – Mój wzrok znów skierował się na scenę.
– Czyli mam rozumieć, że dzisiaj go nie poznam? – Westchnął patrząc na mnie tymi ciemnymi oczami.
– Nie zabawiłeś mnie wystarczająco. – Pokręciłam głową ze smutkiem.
– Czyli będę nazywał cię Aniołem Lucyfera – oświadczył nagle.
Uśmiechnęłam się kpiąco.
– To taka piosenka – dodał nagle. – Ale ładnie brzmi, nie?
– Jestem buddystką – wyjaśniłam.
Otworzył na chwilę usta, po czym je zamknął i uśmiechnął się, wzruszając ramionami.
– To jak się nazywa ktoś zły z twojej religii? – spytał nerwowo bawiąc się zamkiem od bluzy.
– Jules – mruknęłam i zostawiłam go, znikając w tłumie.
Podsumowując, flirt wychodził mi fatalnie i będę się wypierać tego spotkania do końca życia. W końcu nie chodziliśmy razem do szkoły, więc ponowne spotkanie było mało prawdopodobne.
Zostało mi tylko odszukanie Elizabeth, a potem odczekanie aż zespół przestanie grać i pójście z ekipą na miasto.
Gdy tak szłam naokoło sceny, znów zobaczyłam mojego wcześniejszego rozmówcę i odruchowo zakryłam dłońmi twarz, uśmiechając się w żałosny sposób.
Ale on nie zwrócił na mnie uwagi.
            Rozmawiał z jakimś innym chłopakiem. Do moich uszu trafiło imię Rowan.
Odznaczał się on wyższym wzrostem i lepszą budową ciała od towarzysza. Jego włosy były tlenione, albo raczej platynowe, gdyż nie wyglądały na farbowane. Jego rysy mogłam określić jako mieszankę słowiańską i azjatycką, więc nie dałam rady uszacować jego pochodzenia. Z pewnością jednak mogłam je uznać za egzotyczne. Był też nieco blady.
            Nie mogłam też pominąć wzmianki o jego ubiorze. Miał na sobie koszulkę z nadrukiem w postaci zakrwawionej lalki pozbawionej kończyn i napisem „I like toys", ciemne spodnie oraz glany. Dogadałby się z Lizzy.
            Oboje wyglądali na zdenerwowanych. Mogli się przecież pokłócić.
            W pewnym momencie ruszyli powoli w stronę boiska i znajdujących się przy nich trybun. Jeśli doszłoby do bójki, metal miałby dużo większe szansę na zwycięstwo. Czy to nie ironiczne, że znalazłam się dzisiaj w podobnej sytuacji?
Moje nogi same poniosły mnie w ich kierunku. Starałam się robić to jak najciszej i byłam przekonana, że mnie nie widzą.
Zatrzymali się przy zewnętrznej szatni obok boiska i już mogłam być pewna, że dojdzie do bójki. Glanami można rozwalić komuś głowę.
Już miałam dyskretnie się wycofać i kogoś wezwać na wszelki wypadek, gdy stało się coś, czego nie potrafiłam wytłumaczyć.
Alex opadł na kolana i zwinął się na ziemi w pozycji embrionalnej. Zaczął rozdrapywać posadzkę paznokciami. Jego ciało objęły drgawki, ale to było zbyt bolesne jak na atak padaczkowy, który jako pierwszy przyszedł mi do głowy.
Strasznie wrzeszczał, więc Rowan ze stoickim spokojem przyłożył palec do ust, a ten natychmiast zacisnął zęby na swojej pięści, a potem przewrócił się na brzuch, zaciskając dłonie.
W jednej chwili to ustało, a Alex skulił się na podłożu, skomląc niczym zraniony pies.
Tamten kopnął go jeszcze w brzuch i odszedł, zostawiając rannego.
Rozglądnęłam się na boki, po czym ruszyłam w miejsce, gdzie leżał.
Stanęłam jak wryta, orientując się, że po Aleksie nie zostało śladu.